Problem PiS z miastami i ich mieszkańcami
Łukasz Warzecha 23.10.2018

Wprawdzie wybory lokalne rządzą się własną specyfiką i nie da się ich porównać w skali jeden do jednego z wyborami parlamentarnymi, ale w niedzielę ujawniły się czynniki, które i mogą dać o sobie znać również w 2019 roku.

 

PiS wiedział, że będzie mieć problem z dużymi miastami, więc starał się tutaj nie tworzyć nadmiernych nadziei. Jednak sytuacja, w której teoretyczny hegemon sceny politycznej nie jest w stanie wygrać żadnego większego miasta, powinna dać do myślenia. Owszem, jest Marcin Krupa w Katowicach, ale Krupa nie jest człowiekiem PiS, a jedynie kandydatem, pod którego PiS się podłączył. Naprawdę niezły wynik – jak na niedoświadczonego i młodego polityka – zrobił w Gdańsku Kacper Płażyński, ale jego ostateczna wygrana jest skrajnie mało prawdopodobna. Być może uda się to Małgorzacie Wassermann w Krakowie, choć dużych pieniędzy raczej nie warto na to stawiać.

W Łodzi PiS poniósł druzgocącą klęskę. Jednak jeszcze dotkliwsza jest porażka w Warszawie. Powszechnie spodziewano się tu drugiej tury, która okazuje się zbędna. Kandydat KO wygrywa już w pierwszej, choć Patryk Jaki zebrał większy odsetek głosów niż Jacek Sasin cztery lata wcześniej.

Drugim ciekawym i ważnym punktem jest niezły wynik PSL. Wyraźnie gorszy (zwłaszcza według late poll) niż w 2014 roku, ale jednak bardzo przyzwoity jak na ofensywę, którą przeciwko niemu prowadziło PiS.

W przypadku dużych miast, i miejskiego elektoratu w ogóle, PiS solidnie pracował na swój słaby wynik przez ostatnie trzy lata. Janosikowa retoryka wspierania „zwykłych Polaków”, wzbogacana w dodatku sugestiami, że jeśli ktoś w III RP zdobył pozycję i jako takie pieniądze, to nie mógł tego osiągnąć uczciwie, skutecznie zrażała szczątkową wciąż klasę średnią.

Polityka polega dziś w dużej mierze na tym, żeby z poszczególnych wypowiedzi, deklaracji, ale także działań pozostawało określone, ogólne wrażenie, bo na zagłębianie się w detale nikt nie ma czasu. Otóż ogólne wrażenie, które PiS świadomie wypracował, sprowadza się właśnie do janosikowania: zabrać bogatym, dać biednym. Pół biedy dla partii rządzącej, gdyby ugruntowywało to jedynie stały i niezmienny od lat stan politycznego posiadania. Stawiam jednak tezę, że tak nie jest. W 2015 roku PiS potrafiło wzbudzić nadzieję u części również klasy średniej, różnicując przekaz. I dostało jej głosy, nawet jeśli sprowadzały się one jedynie do wstrzymania się od głosowania przeciwko partii Kaczyńskiego. Bez tego wsparcia uzyskanie samodzielnej większości nie byłoby prawdopodobnie możliwe. Jednak przez trzy lata sprawowania rządów PiS nie tylko nie dało klasie średniej niczego, ale nie miało dla niej nawet ciepłego słowa. Nawet na poziomie czysto retorycznym jedynym obiektem uwagi PiS byli biedni „zwykli Polacy”. Nie było ani jednego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego czy Beaty Szydło, skierowanego do tych, którzy w III RP odnieśli sukces. Chyba że służyli za przykład patologii, kombinatorstwa i cwaniactwa.

Gdyby stworzyć listę mniejszych lub większych bodźców, które zniechęcały typowego mieszczucha do dania PiS drugiej szansy, byłoby na niej wiele punktów. Od ewidentnego oszustwa w sprawie podniesienia kwoty wolnej (PiS chwali się jej podniesieniem, ale znów – dla absolutnie najuboższych, za co zapłacili zamożniejsi, którym ją zmniejszono lub zlikwidowano), poprzez zignorowanie kwestii kredytów indeksowanych we frankach (mimo obietnic, dawanych głównie przez Andrzeja Dudę), poprzez znaczące ograniczenie katalogu zawodów, w których przysługuje prawo do odliczenia 50 procent kosztów uzyskania przychodów czy poprzez zniesienie limitu 30-krotności w przypadku ZUS, aż po wprowadzenie zakazu niedzielnego handlu pod dyktando „Solidarności”. Każda z tych i wielu innych spraw odegrała jakąś rolę, ugruntowując obraz rządzącego ugrupowania jako starającego się niemal wyłącznie o uboższą, słabszą część wyborców, a ignorującego tę, która uważa, że odnosi sukces lub do niego aspiruje.

W przypadku przyzwoitego wyniku PSL zawiniło kilka antyrynkowych i antywolnościowych obsesji PiS, które już na wstępie nastawiły wieś sceptycznie do partii Kaczyńskiego. Najwcześniej była ustawa o ziemi, która nie tylko sprawiła, że rolnicy nie mogli swojego własnego gruntu swobodnie sprzedawać, komu chcieli, ale też, że nie byli w stanie wziąć kredytów hipotecznych z ziemią jako zabezpieczeniem. Co ciekawe – i to rolnicy doskonale wiedzą i widzą – ziemią nadal handluje się w najlepsze i sprzedaje ją cudzoziemcom, tyle że robią to firmy, które omijają prawo, utrudniające życie zwykłym ludziom. Hurrapatriotyczne uzasadnienia, wygłaszane przy okazji uchwalania ustawy, przekonywały jedynie rolników, że PiS nie ma kontaktu z wiejską rzeczywistością, a ustawa jest uchwalana głównie dla efektu piarowego.

Z kolei rozważanie przez wiele miesięcy zakazu hodowli zwierząt futerkowych – która to kwestia zresztą powróciła tuż przed wyborami samorządowymi w wypowiedziach niektórych polityków partii rządzącej – wywołało kryzys w branży, będącej na wsi znaczącym pracodawcą oraz istotnym ogniwem w łańcuchu produkcji rolnej, bo to fermy futrzarskie kupowały od rolników resztki, stanowiące następnie pokarm dla hodowanych zwierząt.

Uzasadniane wyłącznie ideologicznie nowe prawo łowieckie z kolei spowodowało kryzys w szacowaniu szkód łowieckich. Przed wejściem w życie ustawy szkody wyrządzane przez dzikie zwierzęta były sprawnie wyceniane przez koła łowieckie. Ustawa przeniosła ten obowiązek na sołtysów. Myśliwi w proteście przeciwko nowym regulacjom odmówili brania udziału w szacowaniu strat, sołtysi nie mieli o tym pojęcia. Prawo trzeba było po jakimś czasie znowelizować.

Na wszystkich tych problemach zagrał PSL.

Rządy ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego w wielu dziedzinach – zwłaszcza tych mniej widocznych, bardziej niszowych, dotyczących jedynie określonych grup, jak przedsiębiorcy, myśliwi, rolnicy, przedstawiciele wolnych zawodów – charakteryzuje hiperaktywność, zwykle nieprzemyślana i mocno chaotyczna. Brakuje czasu i woli konsultacji z zainteresowanymi środowiskami, często pojawiają się na horyzoncie bardzo niekorzystne rozwiązania, które potem przepadają, gdy sprawa przedostaje się do mediów. Wszystko to pogłębia wrażenie braku stabilności i istnienia trwałych instytucjonalnych fundamentów. Te fundamenty mogą nie być istotne dla tych, ku którym głównie kieruje swój przekaz PiS, ale są ważne dla tych, którzy coś mają, do czegoś doszli, coś muszą w dłuższym okresie zaplanować: inwestycje, funkcjonowanie firmy czy gospodarstwa rolnego, dochody, poważniejsze zakupy. Prawo i Sprawiedliwość sądzi jednak, że to nie jego elektorat.

Czy PiS jest w stanie na nowo pozyskać choćby bierność tych grup, tak aby nie zmobilizowały się przeciwko niemu w 2019 roku? Wątpię. PiS zainwestował zbyt wiele w strategię – nie taktykę – zgodnie z którą aspirująca klasa średnia jest nie tylko poza obszarem zainteresowania, ale jest traktowana w najlepszym razie jako dojna krowa, a w najgorszym – jak negatywny punkt odniesienia dla dobrych „zwykłych Polaków”. I to będzie mieć – już ma – swoje konsekwencje.