Program Kopacz nie uratuje górników, ale nas zrujnuje
Tomasz Wróblewski 12.01.2015

To naturalne, że miliardowe koszty zamykania kopalń i w niektórych przypadkach, nawet dwuletnich odpraw dla górników, budzą emocje. Każdy chciałby dostać dwa lata płatnego urlopu, każdy przedsiębiorca chciałby mieć gwarancje, że w razie bankructwa przyjdzie rząd i powie nic się nie stało. Ale nie to jest największym problem programu premier Kopacz. Pal licho 2,3 mld kosztów zamknięcia kopalń. Już dziś Kompania Węglowa zalega z płatnościami na ponad 4 mld. Każdy kolejny rok to kolejny miliard plus odsetki. Także z ekonomicznego punktu widzenia podatnik dostał niezły pakiet ewakuacyjny. Szlag nas trafia i powinien, ale to jest cena wielu lat rządów inercji, kupowania spokoju i poparcia społecznego za wszelką ceną. Po latach rynek wycenił ten „spokój” i nic więcej z tym nie zrobimy.

Czego należy się bać,  to kolejnego etapu programu rekonstrukcji. Kopacz zapowiada wykupywanie kopalń przez firmy energetyczne. Molochy kontrolowane przez skarb państwa. Budowa swoistych karteli energetycznych – od kopalni do gniazdka w domu, oznacza ostateczną zapaść energetyczną Polski.

Już dziś cena energii w Polsce, licząc parytetem siły nabywczej (PPS), należy do najdroższych w Europie – czwarta od końca. Teraz elektrownie, siłą rzeczy będą skazane na węgiel „ze swojej” kopalni. To oznacza koniec jakiejkolwiek konkurencji na rynku węglowym. Nie liczmy też na naprawę samych kopalń. Firmy energetyczne pozostają na krótkiej smyczy polityków i ci nie pozwolą na dogłębne reformy i dalsze zwolnienia z pracy. Obsadzanie stanowisk dalej będzie się odbywało według klucza partyjnego.

Za to wszystko zapłacą po prostu odbiorcy. Każdy z nas i każda z polskich firm. Premier Kopacz nazywa swoją reformę nowoczesną. Gorzej będzie z nowoczesnością polskich firm, których produkty stracą na atrakcyjności cenowej, a przedsiębiorcy środki na poprawę wydajności, rozwój technologiczny i poprawę warunków pracy dla swoich pracowników.

Przypomina to jako żywo historię amerykańskiej stali. W okresie rządów pierwszego Georga  Busha, rząd wprowadził subsydia dla rodzimych producentów i bariery handlowe na tańszą stal z Azji i z Europy. Producenci stali zatrudniali w Ameryce 60 tyś osób, a przemysł zależny od taniej stali zatrudniał w całej Ameryce 2 mln osób. Produkcja samochodów, nowoczesnych maszyn, systemów wydobywczych, statków, konstrukcji budowlanych. W rezultacie nałożonych sankcji pracę w Ameryce straciło 800 tyś osób. Głównie za sprawą zamykanych fabryk i uciekających do Azji miejsc pracy. Najzabawniejsze, że do 1997 roku, pracę straciło również 60 proc. Pracowników przemysły stalowego. Po prostu nie było komu już  kupować tej stali. Po 2000 roku Kongres zdjął większość obostrzeń, ale na powrót miejsc pracy Ameryka musiała czekać kolejną dekadę i to głównie dzięki taniej energii.