Propaganda w czasach zarazy
Dariusz Matuszak 07.05.2020

Pandemia, pandemią, ale życie musi toczyć się dalej. Jak mógłby powiedzieć poeta, wiatr historii musi wiać i obracać żarnami młynów propagandy. Nie chodzi tylko o jakąś zwykłą młóckę, jaka ma miejsce w Polsce, czy Stanach Zjednoczonych, gdzie opozycja bezprzytomnie oskarża władze o śmierć obywateli, a ta zaś twierdzi, że gdyby to przeciwnicy akurat rządzili, to plagi byłyby znacznie większe. To zjawisko tak naprawdę możemy zaobserwować tylko u nas i nad Potomakiem. W pozostałych krajach bieżączka polityczna spadła. Nawet jeśli w Hiszpanii, czy Włoszech temperatura jest wysoka, emocje buzują, to raczej kierują się one w stronę Unii, a nie rodzimego rządu. Oczywiście dochodzi też do patologii jak choćby objawy radości u niektórych Lejburzystów z powodu choroby Johnsona, ale to naprawdę margines.

 

Jeśli komuś z Państwu się wydaje, że jakieś nasze media kłamią – tu każdy może podłożyć sobie wybrane wedle własnego uznania, że manipulują, uprawiają propagandę – to chyba nigdy w partyzantce nie był. By pojąć, co tam w Ameryce się dzieje, trzeba przekalibrować sobie miarę. To zupełnie nie ta skala. To jak zapora Sieniawa na Wisłoku w porównaniu z tamą Hoovera, błękitny wieżowiec w Warszawie przy Sears Tower w Chicago, szosa na Małkinię, a autostrada San Diego – Los Angeles, półtora metra w Warszawie i metro w Nowym Jorku.

Ta historia ma pół roku, ale przeszła do kanonu kłamstw, więc zaserwują ją jako apetizer.

Zdarzyła się w listopadzie. Dziennikarka „Newsweeka” opisała jak to Donald Trump spędza Święto Dziękczynienia grając w golfa. I pewnie gdyby obżerał się cały dzień hamburgerami, kleił modele samolocików Messerschmitt, grał w komputerową zabijankę wcielając się w członka Ku Klux Klanu, albo czytał sobie „Mein Kampf” i mazaczkiem podkreślał co tłustsze kawałki, no nie wróć – przecież on nie umie czytać, więc co najwyżej słuchałby audiobooka, a Max von Sydow, no nie wróć – Trump nie wie kto to, więc słuchałby sobie jak John Wayne mu recytuje Hitlera, to upiekłoby się jej. Ale dynamiczna reporterka na tropie miała pecha. Trump wylądował w bazie wojskowej w Afganistanie i tam spotkał się żołnierzami. Na stołówce zjadł z nimi tradycyjną kolację. Nie dało się już więc kłamstw przykryć. Okazało się więc, że nałgała, wszystko po prostu od początku do końca zmyśliła. Takich historyjek mniejszego, większego kalibru są setki.

Na początku zarazy Trump mówił o leku na malarię – hydroxychlorochinie, który jest na rynku od kilkudziesięciu lat, uchodzi za bezpieczny, i z którym lekarze łączą wielkie nadzieje. Ot takie tabletki, które lekarz przepisuje np. tym, którzy wybierają się w tropiki. Trump zezwolił na stosowanie leku, mimo braku wszystkich badań dotyczących skuteczności przy koronawirusie etc.

Może lek jest skuteczny, może nie, ale nie ma nic do stracenia – mówił na jednej z konferencji. Tę opinię podziela wielu lekarzy – w obliczu tak wielkiej tragedii i zagrożeń, trzeba chwytać się każdej szansy, a doniesienia ze świata są obiecujące. Stowarzyszenie Amerykańskich Lekarzy i Chirurgów (AAPS) ze stanu Arizona przedstawiło badania mówiące o skuteczności specyfiku u 91 proc. pacjentów. Następnego dnia po konferencji, na której pierwszy raz wspomniano o hydroxychlorochinie, w mediach pojawiły się informacje, iż Trump doprowadza ludzi do śmierci, bo nie do końca sprawdzony lek zabija. Wiadomość o pierwszym zgonie po zażyciu hydroxychlorochiny nie schodziła z czołówek portali i stacji telewizyjnych. Szybko się jednak okazało, że jedynym zmarłym jest pewien, no zwyczajnie głupi, mężczyzna z Arizony, któremu skojarzyło się hydrochloro-cośtam i zaaplikował sobie środek do czyszczenia akwariów.

Potem pojawiła się historia jakoby Trump radził ludziom, by połykali wybielacze i lampy z ultrafioletem.

Od tygodni powtarzane jest, iż Trump mówił, iż koronawirus to hoax – ściema, fałszywka. Pokazywany jest fragment jego wystąpieniu na wiecu jeszcze w lutym. Kłamstwo na wprost, manipulacja, bo Trump mówił, iż to Demokraci chcą wykorzystać koronawirus do usunięcia go ze stanowiska. Gdy tylko w USA zarażone zostały pierwsze osoby, wielu Demokratów znów zaczęło mówić o impeachmencie. Tym razem z powodu epidemii, więc Trump odpowiada, że to ich nowa ściema, jak oskarżenia o współpracę z Rosjanami, by wygrać wybory. Wtedy już obowiązywał wprowadzony pod koniec stycznia zakaz przyjazdu z Chin. Jak tylko go wprowadził znów zaczęto mówić, iż jest rasistą.

Władze Nowego Jorku, które jest teraz centrum epidemii, namawiały zaś wtedy mieszkańców miasta do okazania solidarności Chińczykom – odwiedzanie Chinatown i udział w wielkim ulicznym festiwalu tam zorganizowanym. Komisarz ds. zdrowia Oxiris Barbot urządziła konferencję prasową w sprawie epidemii i właśnie na niej zachęcała nowojorczyków do udziału w masowych imprezach. Większym kretynizmem wykazał się tylko burmistrz Florencji, który we Włoszech rozpoczął akcję „Uściskaj Chińczyka”. Burmistrz Nowego Jorku, Bill de Blasio jeszcze w marcu, gdy już pojawiły się doniesienia o masowych zarażeniach we Włoszech i ofiarach, namawiał, by odrzucać uprzedzenia i pójść do kina na włoski film „The Traitor” – „Zdrajca” o mafii. To wszystko miało stać w opozycji do rasizmu, ksenofobii, panice i nienawiści rozsiewanej przez Trumpa.

Czasami w tej propagandzie kończy się skala podłości. Oto Jennifer Rubin, publicystka „Washington Post”, na początku pandemii w USA mówiła, że na koronawirusa umrze więcej Republikanów niż Demokratów. A to dlatego, że słuchają Trumpa, który nie słucha naukowców. Chodzi także o kłamstwa przekazywane przez konkurencyjną stację Fox News. Republikanie są starsi, niedouczeni, słuchają jej i się zarażają, bo są też w grupie większego ryzyka. Życie napisało ponurą pointę do tych podłych spekulacji. Największe ogniska pandemii są tam, gdzie większość wyborców to Demokraci – w Nowym Jorku – mieście i stanie, w New Jersey, Massachusetts, Illinois i Kalifornii.

Oczywiście tragedia nadaje się nie tylko do prowadzenia walki wyborczej, ale może być też wykorzystana do celów wyższych: dalszego budowania postępującego postępu i nowoczesności. Weźmy taką budzącą w świecie zachwyt Szwecję. Tam panuje socjalistyczny raj, więc z definicji wszystko, co tam się dzieje, jest mądre i troską obywatelską przepojone. I żadne statystyki, ani dane dotyczące zarażeń i liczby zgonów nie sprawią, że to się zmieni. Szwecja jest prymusem i tyle.

W przeciwieństwie do innych krajów postanowiła się nie zamykać i to jest dalekowzroczne, strategicznie słuszne, więc media na świecie pieją z zachwytów nad szwedzką drogą. Ludzie masowo umierają, a już odtrąbiono wielki sukces. Tymczasem domniemany autor tej strategii, główny epidemiolog kraju Agnus Tegnell mówi, że dopiero za kilka lat przekonamy się czy miał rację. A więc nie wie co tak naprawdę robi. Po prostu sobie eksperymentuje, a wszyscy biją brawo.

Szwecja jest krajem o jednej z najniższych gęstości zaludnienia w Europie. W kraju półtora razy większym od Polski mieszka około 10 milionów osób. To daje 23 osoby na kilometr kwadratowy. Mniej jest tylko w Norwegii i Finlandii. Islandia to zupełnie inna kategoria. I oto w kraju gdzie choćby z powodów demograficznych stosunkowo najłatwiej poradzić sobie z rozprzestrzenianiem się epidemii, wskaźniki zarażeń i zgonów należą do najgorszych na świecie. Ustawmy sobie to we właściwych proporcjach i wyobraźmy sobie, że w Polsce, w najgorszych dniach zarazy, umiera dziennie ok. 700 osób, a 3 tysiące zaraża się. A kraj sobie działa, wszystko jest otwarte jak gdyby nigdy nic. Tzw. społeczność międzynarodowa zaszczułaby nas. Unie, wuhao i oenzety słałyby groźby i apele tak, że drukarki by się poprzepalały. Media postępowego świata nadawałyby jak z linii frontu. To samo byłoby w przypadku Węgier, czy jakiegokolwiek innego, nieprawidłowego kraju. Jakoś tam potępia się otwartą Białoruś, ale nie za wiele, bo kogo w Brukseli obchodzą jakieś tam białoruskie kmiotki. Po za tym to kraj leżący poza cywilizacją.

Ktoś się jednak w tym Sztokholmie zorientował, że ze Szwecją jest coś nie tak, więc może trzeba się unijnie wypowiedzieć, ale broń Boże nie tak, by mieszkańców lewicowego raju urazić. Trzeba przekaz ładnie opakować. Tak więc po 3 miesiącach od wybuchu zarazy odezwało się Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) – unijna agencja ds. epidemii. Siedzibę ma właśnie w Sztokholmie. I teraz o jej istnieniu się dowiedzieliśmy, bo głos zabrała dyrektor Andrea Ammon, która oznajmiła, iż we wszystkich krajach unijnych sytuacja się poprawia, a tylko w trzech nie. Mianowicie w Polsce, Rumunii i Szwecji. Czwarta jest Wielka Brytania, tyle, że ona jest już właściwie poza Unią, więc sama sobie winna. A pogarsza się w Bułgarii.

Nie wiem na jakie statystyki owa dyrektor patrzyła. Może ma jakieś własne tajne. Taaa. W Bułgarii się pogarsza – właśnie odnotowano wzrost liczby zgonów o 200 proc. W niedzielę zmarła 1 osoba, a w poniedziałek 3. Liczba zarażeń oscyluje pomiędzy 30 a 50 dziennie. Czyli jest gorzej niż w Szwecji, która ma 3 miliony mieszkańców więcej, ale za to 15-20 razy więcej dziennych przypadków zachorowań i 50-60 razy więcej zgonów. W Polsce gdzie nic się nie poprawia nadal umiera proporcjonalnie 15 razy osób mniej niż w Belgii i 10 razy mniej, niż we Włoszech, czy Hiszpanii.

Być może informacje dyrektor ECDC miałyby jakąś wartość, gdyby ta instytucja zdołała z siebie wydukać coś przed miesiącem, czy dwoma. Teraz to tylko propagandowe przykrywanie tragedii jaka dotknęła Zachodnią Europę.

Jak się okazuje pandemia może być świetną okazją nie tylko do promowania socjalizmu, ale też feminizmu. I tak kilka tygodni temu świat obiegła informacja jak to wspaniale – najlepiej, radzą sobie kraje, w których rządzą kobiety. Czempionami okazały się Nowa Zelandia, Dania, Niemcy, Islandia, Finlandia. Początkowo na tej liście była też Belgia, gdzie niby premier (niby, bo tam od półtora roku nie ma rządu) jest socjalistka Sophie Wilmes, ale potem ten kraj wycofano.

Co na liście robią Niemcy, to nie wiadomo. To znaczy wiadomo – chodzi o Merkel, ale żadne statystyki nie wskazują na to, by nasi zachodzi sąsiedzi radzili sobie jakoś nadzwyczajnie. Owszem lepiej niż pozostałe kraje Europy Zachodniej, ale nie na tyle, by uznawać za światowego czempiona. Zdecydowanie lepiej jest w takiej Turcji, Grecji, czy Austrii. Nie wiadomo też na czym miałoby polegać też to, że lepiej radzą sobie Finlandia, czy Norwegia, gdzie rządzą kobiety. Radzą sobie gorzej niż Polska, Węgry, Czechy, Izrael czy Australia.

Tak naprawdę na tej liście mogłyby się ostać być może Islandia i Nowa Zelandia. Co łączy te kraje oprócz tego, że na czele rządów stoją kobiety – Jacinda Ardern w Nowej Zelandii i Katrin Jakobsdottir? Otóż kraje te są literalnie puste – prawie nikt tam nie mieszka. Na Islandii gęstość zaludnienia wynosi 3 osoby na kilometr kwadratowy, a w Nowej Zelandii – 17 osób. Obydwa kraje są wyspiarskie i położone w ogromnej odległości od innych. To miejsca gdzie słońce się chowa, albo wyłania. Z Sydney do Wellington leci się tyle co z Londynu do Nowego Jorku. Wyspy rzucone na oceany, odizolowane od reszty świata. Nie trzeba być geniuszem od epidemiologii, by stwierdzić, że w takich warunkach łatwiej sobie poradzić z zarazą. Ale gdyby nawet pominąć to, to i tak nie da się nie zauważyć, że Nowa Zelandia wypada tak jak Australia. Sama Islandia ma zaś wskaźniki gorsze nawet niż Polska, Węgry, czy Litwa, albo nawet owa najgorsza Bułgaria. A w ogóle to tak naprawdę najlepiej jest w Mongolii i na Tajwanie.

Forbes, po którym bzdury powielały różne media w tym CNN, media francuskie, czy w Polsce „Gazeta Wyborcza”, opisał też Tajwan. I to jest jedyny przypadek, który da się obronić. Tak, czy owak generalnie chodzi o to, że kobiety mają więcej empatii i są bardziej decyzyjne, niż mężczyźni, dlatego też znacznie lepiej niż oni poradziły sobie z kryzysem pandemii. W artykule Forbesa przeciwstawiono młode, dynamiczne, kochające kobiety starym, ponurym mężczyznom jak Trump, Orban, Putin, Bolsonaro, Netanjahu, czy premier Indii Modi. Autorką elukubracji była Avivah Wittenber-Cox, konsultantka ds. gender, czy jak to się tam po polsku nazywa.

Przyjrzyjmy się Belgii, która była na liście czempionów w różnych mediach, ale potem zniknęła. Tam mamy rządy kobiece do kwadratu, bowiem nie tylko domniemaną premier jest kobieta, ale także minister zdrowia – Maggie de Block. Nie ma drugiego kraju na świecie, w którym sytuacja byłaby tak tragiczna. Wskaźniki są wręcz szokujące. Śmiertelność wynosi tam 720 osób na milion mieszkańców. Dla porównania: w Polsce 19, a w Hiszpanii 548. Rożne są teorie dotyczące tego dlaczego akurat Belgia, skoro nawet w sąsiedniej Holandii wskaźnik umieralności wynosi 302 osoby. Belgijskie media piszą o całkowitym nieprzygotowaniu kraju i zniszczeniu w poprzednich latach wielkich zapasów strategicznych ,w tym maseczek, by opróżnić magazyny i przerobić je na schroniska dla imigrantów. Efekt był taki, że maseczek nie było nawet w szpitalach.

Tragiczna w skutkach miała być także decyzja minister zdrowia o niehospitalizowaniu pensjonariuszy domów opieki i seniora. Minister bała się, że braknie łóżek dla tych, którzy mają większe szanse na przeżycie. Domy opieki stały się więc wielkimi wylęgarniami koronawirusa i umieralniami. Mam swój pogląd na tę decyzję i jest on bardzo radykalny. Uważam, że Belgia urządziła sobie państwową, systemową eutanazję. To kraj, w którym poddaje się jej nawet dzieci. Jakkolwiek by nie było, to Belgia nie musi się martwic o tzw. opinię międzynarodową, o to, że zwróci jej uwagę Unia, czy WHO. Nic z tych rzeczy. Bo Belgia to słuszny i prawidłowy kraj, a Bruksela jest stolicą Europy. Teorie można sobie snuć różne, ale z pewnością nikomu do głowy nie przyszyłoby łączyć tragedii Belgii z płcią premier i minister zdrowia.

Wróćmy na koniec do Stanów Zjednoczonych. Przyjmijmy podobną logikę co owe postępowe media i odnieśmy ją do tego, jak wygląda zaraza w poszczególnych stanach. Wtedy wywnioskujemy, że najgorzej jest w północno-wschodnich stanach, bo tam właśnie rządzą Demokraci i to przez nich zmarła połowa obywateli USA. Jak kiedyś na naszych wydziałach dziennikarskich będzie normalnie, to powstanie niejedna praca magisterska i doktorska o propagandzie w czasach zarazy.