Prywaciarze kiedyś i dzisiaj
Łukasz Warzecha 21.10.2020

„Prywaciarze” – tak z pogardą mówią i piszą dzisiaj niektórzy o przedsiębiorcach. Z moich obserwacji wynika, że najczęściej tego peerelowskiego określenia używają wyborcy Zjednoczonej Prawicy, która oczywiście tak naprawdę prawicą przecież wcale nie jest. W tym określeniu zawiera się niemały ładunek pogardy dla ludzi, którzy własnym wysiłkiem i ciężką pracą tworzą biznesy, dające ludziom pracę, a państwu – dochody budżetowe. 

 

Podobnie pogardliwy wydźwięk miało to słowo w Peerelu. Wówczas zasadą było upaństwowienie wszystkiego, a „prywaciarze” wyłamywali się z tego schematu, zaś ich osobiste powodzenie w interesach było żywym – i dlatego znienawidzonym przez ideologów – dowodem na wyższość prywatnej inicjatywy nad państwowym. Dzisiaj co prawda mamy gospodarkę rynkową, ale PiS przesunął nas w stronę socjalizmu i etatyzmu bardziej niż jakakolwiek inna władza w III RP wcześniej. Postkomuniści powinni się tutaj zapaść pod ziemię ze wstydu. Ogromna grupa wyborców uważa dzisiaj, że państwowe znaczy solidne, stabilne i efektywne, bo rządowa propaganda tworzy taki wizerunek kilku „narodowych czempionów”, czyli największych spółek skarbu państwa (w rodzaju Orlenu czy KGHM), a prywatne to cwaniackie, kombinatorskie, złodziejskie i oparte na wyzysku ludu pracującego. Paradoks polega na tym, że w Peerelu mało kto wierzył w opowieść o sensie planowanej państwowej gospodarki – zwłaszcza że zderzał się z jej absurdami na co dzień, i we własnej pracy, i gdy starał się cokolwiek kupić – podczas gdy dziś ogromna część wyborców święcie wierzy w opowieść o omnipotentnym i nieskończenie efektywnym państwie na tle „prywaciarzy” – złodziei i oszustów. 

Udało mi się kupić w internetowym antykwariacie cymelium: książkę „Prywaciarze 1945-89”, wydaną wspólnie przez Fundację Bankową im. Leopolda Kronenberga i Ośrodek KARTA w 2001 roku. Na książkę składa się kilkadziesiąt archiwalnych zdjęć, pokazujących „prywatną inicjatywę” w różnych epokach socjalistycznej Polski oraz 21 relacji „prywaciarzy”. Przy czym historie ludzi, którzy zajęli się handlem lub produkcją na własny rachunek są najróżniejsze: od Polki, która po wojnie znalazła się nagle w Związku Sowieckim, choć nigdzie się nie ruszała, i jeżdżąc na handel do ówczesnego Leningradu musiała zarobić na powrót swój i rodziny do ojczyzny; poprzez syna piekarza, który wraz z ojcem próbował jeszcze przez kilkanaście lat po wojnie prowadzić interes o przedwojennej jakości w skrajnie niesprzyjających warunkach; aż po łóżkowego handlarza bibelotami i osobiście przywożonymi z Węgier ubraniami z przełomu epok. Jedno łączy te wszystkie historie: konieczność przeciwstawienia się, w mniejszym lub większym stopniu, opresyjnemu – w różnym rzecz jasna stopniu w różnym czasie – systemowi, a przede wszystkim – systemowi na wskroś głupiemu, który starał się zniszczyć jedyne dobrze w nim (a raczej: na jego obrzeżach) działające elementy. 

W wielu opowieściach powtarza się ten sam motyw: choć produkty „prywaciarza” były jakościowe lepsze od państwowych, często tańsze, a często po prostu były, podczas gdy państwowych nie było – socjalistyczne państwo obsesyjnie dążyło do zaorania przedsiębiorcy, czasami tylko dając mu trochę wytchnienia, jak choćby po dojściu do władzy Gomułki w 1956 roku. Nie było ważne, że „prywaciarz” opłacał podatki, produkował deficytowe towary i jeszcze dawał ludziom zatrudnienie. Liczyło się tylko to, żeby go dopaść i zgnoić.  

Własna działalność, o ile była legalna, prowadzona była w atmosferze ciągłej obawy przed kolejnymi kontrolami, które stawały na głowie, byle się czegoś doszukać, ewentualnie które trzeba było pod stołem opłacać, aby się nie doszukały, lub przed wydziałami finansowymi i potem izbami skarbowymi, które dowalały przedsiębiorcom domiary podatkowe w wysokości zwykle wziętej z sufitu, a bardzo często oznaczające nie tylko zwinięcie interesu, ale też popadnięcie w długi na lata. Jeśli zaś działalność była nielegalna – w późniejszych latach groził proces, we wcześniejszych można było wylądować na UB. 

Jest rok 1949, Tadeusz Dąbrowski rozkręcił dzięki znajomościom, kontaktom i znakomitemu zmysłowi handlowemu śledziowy interes na wybrzeżu, zaopatrując między innymi państwową Centralę Rybną. Ale oto do akcji włącza się UB, Dąbrowskiego zwija, najpierw do Gdańska, potem do Warszawy. 

Przewieziony do Warszawy, umieszczony w gmachu UB na rogu Alej Ujazdowskich i Koszykowej [dziś Ministerstwo Sprawiedliwości], w wąskiej separatce bez przewiewu, w końcu doszedłem do takiego rozstroju nerwowego, że dla świętego spokoju przyznałem się do dania Jeśmanowej tych nieszczęsnych 300 tysięcy zł. Nie sądziłem, że było to przestępstwem, gdyż z naszych ksiąg handlowych jasno wynikało, że otrzymaliśmy jedynie 3 procent od sumy sprzedaży, a więc kwotę nieznaczną i odpowiednio w nich zapisaną. 

Ale przecież UB nie chodziło o to, czy coś było zgodne z prawem czy nie. To w ogóle nie miało wtedy znaczenia. 

Czas tuż po wojnie. Żeby się utrzymać „po aresztowaniach ojca i siostry przez NKWD, po powrocie ciężko rannego w powstaniu warszawskim brata” Janina Przewłocka-Okęcka przeprowadza się z rodziną do Warszawy. Tam instaluje w prywatnym mieszkaniu warsztat tkacki i zaczyna działalność, bazując oczywiście na nielegalnie zdobywanych materiałach – bo innych nie ma. Od 1947 roku działa legalnie. Wspomina:

Każda wyprawa do Urzędu Skarbowego była dla mnie przerażająca. Złośliwi i niekompetentni urzędnicy, obskurny lokal. 

Do dziś pamiętam przejmujące wydarzenie. Stałam w kolejce w ciemnym korytarzu urzędu i nagle stojący przede mną mężczyzna przewrócił się, zmarł na miejscu. To były wielkie nerwy i strach przed ewentualnymi szykanami, domiarami. 

Marian Krupa skończył studia na KUL w 1961 roku. Uwierzył Gomułce, postanowił kupić własne gospodarstwo rolne, bo marzył o byciu na swoim. Niestety, okazało się, że urzędnicy odmówili umorzenia gigantycznych zaległości podatkowych po ojcu (136 tys. zł – pensja nauczyciela wynosiła 1200 zł), które narosły, gdy ojca aresztowano w 1951 r. za bycie upartym kułakiem, niewywiązującym się z obowiązkowych dostaw. Krupa miał jednak zmysł do interesu: w kupionym, zrujnowanym gospodarstwie uruchomił wraz z dwoma wspólnikami z okolicy wytwórnię bardzo potrzebnych cegieł. Cegły były znakomitej jakości, znacznie lepszej niż te z państwowych wytwórni, i rozchodziły się na pniu. 

Działalność się rozwijała, przyszła bardziej optymistyczna epoka gierkowska…

Powinienem jednak pamiętać, w jakim świecie żyjemy. Uniesiony euforią pierwszych sukcesów zapomniałem, że istnieje władza, która czuwa, żeby zrównać wszystkich do szczebla najniższego, do pokornych, słuchających i przytakujących. 

Jesienią 1974 otrzymałem pismo z Wydziału Finansowego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Tomaszowie Lubelskim, informujące mnie o nałożeniu domiaru podatkowego w wysokości 750 tysięcy zł, co stanowiło całkowitą wartość paroletniej naszej produkcji. Początkowo nie wierzyłem, dopatrywałem się pomyłki ze strony urzędników, ale na miejscu w urzędzie postawiono mnie pod ścianą – płacimy albo zaprzestajemy produkcji. To była suma przeogromna, szokująca tak bardzo, że prawie nie dyskutowaliśmy i podpisaliśmy podsunięte nam pismo o zaprzestaniu produkcji cegieł i likwidacji cegielni. Nie należało wierzyć komunistom. 

Gdy czyta się takie opowieści, chce się płakać, bo uświadamiamy sobie, jaki potencjał gospodarczy był przez 45 lat tłamszony przez tępych ideologów socjalizmu. Jeśli mimo represji, zagrożenia więzieniem, zniszczeniem życia, mimo nerwów i ryzyka tak wielu ludzi było w stanie rozkręcić interesy często oryginalne, potrzebne, prosperujące doskonale w peerelowskiej rzeczywistości czystego nonsensu – to co Polska mogłaby osiągnąć, gdyby po drugiej wojnie znalazła się po przeciwnej stronie żelaznej kurtyny? Nie, socjalizm nie przyniósł nam nic dobrego. Przeciwnie: niszczył to, co w ludziach najlepsze, również gdy idzie o przedsiębiorczość. 

Najbardziej jednak uderza mnie, że czytając opowieści o użeraniu się ze skarbówką, walce o kolejne pozwolenia na działalność, czeladnicze i rzemieślnicze dyplomy, przydziały surowca, o unikaniu domiarów, kontrolerów i donosicieli – mam wrażenie, że zmieniło się mniej niż nam się wydaje. Owszem, żyjemy w demokracji, w wolnej Polsce, SB nikogo w karcerze nie zamyka, ale…

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców w swojej Dziesiątce – zbiorze propozycji, uzgodnionych ze środowiskiem – proponuje między innymi „ograniczenie praktyki nadużywania tymczasowych aresztowań dla przedsiębiorców”. „Problemem jest nadużywanie wobec przedsiębiorców przez prokuratorów i sądy praktyki stosowania tymczasowych aresztowań w kontekście przestępstw gospodarczych, czyli są to tzw. przestępstwa na dokumentach, gdzie większość materiału dowodowego nie opiera się na wiedzy zdobywanej z przesłuchiwania świadków, a jedynie na zabezpieczeniu odpowiednich zbiorów dokumentów” – wyjaśnia biuro rzecznika. Przecież ta propozycja nie wzięła się z niczego. 

ZUS i skarbówka dla wielu to nadal wrogowie, nie dlatego, że przedsiębiorcy notorycznie oszukują, ale dlatego, że te organy wykorzystują wciąż – mimo licznych obietnic, że się to zmieni – każdy pretekst i każdą możliwą interpretację przepisów, aby „prywaciarzom” dokopać, a może i puścić z torbami. Tyle że dziś nie dzieje się to w imię ideologicznej wrogości wobec prywatnego biznesu, ale w imię „uszczelniania” systemu, a tak naprawdę karmienia nienasyconego lewiatana budżetu. Nie miejmy złudzeń – będzie gorzej, bo nasze nieprzygotowanie na dalszy ciąg epidemii w połączeniu z dawkowaną codziennie histerią medialną już dusi gospodarkę, ledwo kilka miesięcy po wiosennym lockdownie – a to dopiero początek.