Prywatne nerki w państwowej służbie zdrowia i CBA
Robert Gwiazdowski 10.01.2020

W lutowym numerze Forbes’a z 2007 roku był mój felieton. O stosunku prywatnej nerki pacjenta do zarobków lekarza i ciężkiej pracy agentów CBA. Nic nie musiałem zmieniać! Brzmi jakbym napisał dziś.

 

“Jeden z działaczy nieboszczki PZPR przypomniał mi ostatnio związek starej doktryny marksistowskiej opartej na przekonaniu o nieprzezwyciężalnej sprzeczności prywatnych środków produkcji i społecznego procesu pracy z sytuacją w tak zwanej „służbie” zdrowia. Marksizm przyjmował, że jedynym sposobem rozwiązania tego konfliktu jest uspołecznienie środków produkcji. Taki sam „nieprzezwyciężalny” konflikt istnieje między prywatna nerką, czy wyrostkiem robaczkowym, a „uspołecznionym” lekarzem. Niestety, zwolennicy, czy nawet mimowolni poplecznicy marksizmu, nie potrafią myśleć w kategoriach związków przyczynowo-skutkowych. Jak bowiem rozwiązać konflikt, który wygenerowało stworzenie państwowej służby zdrowia? Można upaństwowić nerki… i wszystkie operacje przeprowadzać pod nadzorem prokuratury i Najwyższej Izby Kontroli. Przecież już dziś i prokuratorzy i kontrolerzy z NIK uważają, że lepiej wiedzą, jak należy zarządzać firmami i stawiają zarzuty menadżerom, że zarządzali nimi inaczej, niż się wydaje prokuratorom i kontrolerom. I to nie tylko w państwowych firmach. W prywatnych też!!! Równie dobrze mogą lepiej znać się na robieniu operacji! Skoro menadżer nie powinie zaciągać kredytu na jakąś inwestycję, to może lekarz nie powinien robić przeszczepu??? Drugim sposobem na rozwiązanie tego konfliktu mogłoby być byłoby… sprywatyzowanie służby zdrowia. Ale taka herezja to chyba nikomu nie przyjdzie do głowy. Byłoby to zbyt obrazoburcze, kontrrewolucyjne i niezgodnie z zasadą sprawiedliwości… Oczywiście społecznej…

Państwo, w imię tej sprawiedliwości, postanowiło onegdaj otoczyć obywateli powszechną opieką medyczną. Niesprawiedliwe byłoby, aby ludzie umierali tylko dlatego, że ich nie stać na lekarza. Ale państwo jak się zaczyna czymś zajmować, to zawsze coś popsuje. Zamiast więc sfinansować biednym pewien zakres świadczeń medycznych, państwo wzięło się za kompleksowe organizowanie „służby zdrowia”. Dlatego dziś zajmuje się pensjami nie tylko lekarzy i pielęgniarek, ale nawet dyrektorów ZOZ i innej maści urzędników. Jak zwykle w takich sytuacjach na organizowaniu „bezpłatnej opieki medycznej” najlepiej wychodzą ci, którzy ją organizują. W efekcie „służba zdrowia” nie tylko z jednego członu nazwy zaczyna przypominać „służbę wojskową” – trzeba mieć końskie zdrowie, żeby przez nią przejść, no i można zginąć.

Za komuny, może nieoficjalnym, ale powszechnie przyjmowanym wytłumaczeniem niskich płac w „służbie zdrowia” było to, że lekarze i tak dostają od pacjentów, więc po co im płacić więcej? Ten sposób myślenia, via III Rzeczpospolita, dotrwał do IV. W efekcie w samym środowisku lekarskim krąży dowcip, że jedynie anestezjolodzy nie biorą, bo oni tylko usypiają pacjenta i nie mają z nim żadnego kontaktu. Z sytuacją dotąd powszechnie akceptowaną nowa władza postanowiła walczyć przy pomocy policji i prokuratury. Zamiast likwidować przyczyny korupcji, zwalcza samą korupcję. Jak zakładał Marks, musimy zbudować nową moralność i nowego człowieka. Decydenci zapominają tylko, że zgodnie z podstawowymi zasadami marksizmu człowiek nie miał się zmienić sam przez się, ani nawet nie pod wpływem policjanta i prokuratora, tylko na skutek zmian w stosunkach produkcji. Człowiek jest bowiem podobno z natury dobry, a psują go złe okoliczności, w których przyszło mu żyć. Jak zmienimy tę rzeczywistość i wyeliminujemy przyczyny zła, to w człowieku uwolnimy naturalne skłonności do dobra. Lekarze, choć źle opłacani, przestaną brać. Pacjenci, choć bojący się, że źle opłacany lekarz nie będzie miał ochoty się nimi dobrze zająć, przestaną płacić… Szansa na urzeczywistnienie tego ideału jest taka sama jak na urzeczywistnienie marksistowskiej wizji sprawiedliwości społecznej …

Jak człowiek jest chory, to nie potrzebuje ani ministra zdrowia, ani dyrektora ZOZ, ani prokuratora. Potrzebuje lekarza i pielęgniarki. I, choć to może wydać się obrazoburcze, chce im płacić. Jak pacjent lekarzowi nie może zapłacić, to się martwi, bo żyje w głębokim przekonaniu, że jak płaci, to ich wzajemna relacja jest bardziej osobista. Więc ja jestem za tym, żeby lekarz mógł brać pieniądze od pacjenta. Tylko wprowadziłbym jedną modyfikację do obecnej praktyki… Lekarz (a najlepiej jego asystentka) powinien wystawiać pacjentowi fakturę i płacić podatki.

W prywatnych klinikach i przychodniach, które powstają jak grzyby po deszczu, udało się ten problem rozwiązać. Nikt tam nie wciska w łapę lekarzowi żadnych kopert tylko po prostu płaci w kasie i dostaje na to oficjalny rachunek. Wiele firm prywatnych wykupuje nawet dla swoich pracowników abonament: płaci składkę miesięczną i jak ktoś zachoruje, idzie do lekarza z kartą i to wcale nie z kredytową tylko z abonencką. Jest to takie w miniaturze „ubezpieczenie zdrowotne”. Pracodawcę opłacającego abonament dla swoich pracowników nie interesuje skąd dana firma medyczna ma tomograf i jakie pensje płaci swoim lekarzom. Dlaczego nie może zrobić tego samego państwo, opłacając dla obywateli jakiś pakiet usług medycznych, o świadczenie których rywalizowałyby prywatne przychodnie i szpitale???

Igrzysk by wówczas nie było…”