Prywatni przedsiębiorcy muzealni
Łukasz Warzecha 03.09.2019

Podziemne Miasto na wyspie Wolin otwarto dla zwiedzających zaledwie kilka lat temu. Jedzie się wzdłuż torów kolejowych ulicą Wolińską w kierunku dworca w Świnoujściu, po czym skręca na parking między torami, w stronę lasu. Następnie kilkusetmetrowy spacer i dochodzi się do ogrodzenia, za którym zaczyna się teren dawniej tajny i zamknięty, należący do Wojska Polskiego, wcześniej – Ludowego Wojska Polskiego, a jeszcze wcześniej – do Wehrmachtu jako Bateria Vineta. Najpierw uratowaniem przed rozbiórką, a potem udostępnieniem kompleksu dla zwiedzających zajęło się to samo stowarzyszenie, które od 18 lat prowadzi muzeum w Forcie Gerharda, w pobliżu świnoujskiej latarni morskiej. Muzeum podlega ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego, a jego działalność jest regulowana Ustawą o muzeach, ale fundator jest prywatny. W praktyce jest to więc prywatne muzeum, choć istniejące w państwowym reżimie muzealnym.

 

To nie są już dzisiaj placówki unikatowe. Takich faktycznie prywatnych muzeów jest w Polsce mnóstwo. W innym miejscu na wybrzeżu, na granicy miasta Hel, działa Muzeum Obrony Wybrzeża, także prowadzone przez prywatny podmiot (w formie prawnej stowarzyszenia). Obejmuje spory teren – to kilka rozrzuconych po lesie dawnych placówek obronnych oraz naprawdę ogromny i ciekawy zbiór eksponatów lokalnych w pobliskim Muzeum Helu, mieszczącym się w obiekcie „Anton”, który kiedyś był miejscem posadowienia niemieckiej armaty baterii „Schlezwig-Holstein”. Do tego jest też trasa dawnej wojskowej kolejki wąskotorowej, prowadząca przez las. Kolejką dojeżdża się do małego muzeum z eksponatami związanymi z kolejami wąskotorowymi (i nie tylko). Zwiedzania jest na kilka godzin.

Po angielsku można by mnie zapewne nazwać museum freak. Gdziekolwiek jestem, staram się zawsze zwiedzić jakieś muzeum. Jeżdżąc niemało po Polsce, trafiałem na różne miejsca, lepsze i gorsze. W tym na wiele muzeów prywatnych, nawet jeśli działających w reżimie Ustawy o muzeach (co daje pewne korzyści). W Polsce przywykliśmy jednak przez lata komuny, że zinstytucjonalizowane zachowanie pamięci mają być przede wszystkim domeną państwa – i to mimo, że w Peerelu była to pamięć bardzo wybiórcza i mocno spropagandyzowana. To przekonanie o niemal wyłącznej państwowej roli, gdy idzie o muzealne placówki, przetrwało komunę. Niektórzy sądzą, że bez państwa nic w ogóle by się w tej dziedzinie nie udało. Otóż, jak pokazują opisane przez mnie przypadki oraz wiele innych – mylą się zasadniczo. Prywatne muzea powstają zwykle z autentycznej pasji, którą czasami nadrabia się szczupłość środków. Nie są owocem urzędniczej decyzji – „wicie, towarzyszu, dobrze by tam było jakieś, rozumicie, muzeum zorganizować” – tylko zrozumienia wagi zachowania kultury materialnej i pamięci. Gdyby nie stowarzyszenie, prowadzące wspomniane muzea w Świnoujściu, prawdopodobnie w miejscu Fortu Gerharda byłyby już dzisiaj tylko krzaki i ruiny, a kompleksu podziemnych schronów na Wolinie w ogóle by nie było, istniał bowiem plan, aby teren przejęły Lasy Państwowe, czego warunkiem było wcześniejsze wysadzenie przez wojsko wszystkich obiektów. Był już nawet stworzony kosztorys tej demolki. Zapewne nie byłyby też zagospodarowane obiekty na Półwyspie Helskim. No, może urzędnikom starczyłoby zapału, żeby postawić tam jakieś tablice informacyjne.

W tym roku po raz drugi odwiedziłem Muzeum Narodowe w Szczecinie. Wbrew pozorom nie jest to wielki gmach (znajduje się na Wałach Chrobrego, czyli dawnych Tarasach Hakena, wybudowanych wraz z majestatycznymi budynkami na początku XX wieku). Na jego pierwszym piętrze, gdzie jest większość ekspozycji, poczesne miejsce zajmuje kolekcja kopii starożytnych rzeźb, pochodząca z końca XIX i początku XX wieku. To kolekcja może nie imponująca, ale ciekawa; można by ją bardzo interesująco pokazać, ograć, nawiązując także do niemieckiej historii miasta (bo taki jest rodowód zbioru, czy nam się to podoba czy nie). Tyle że to państwowe przecież muzeum (podlegające MKiDN oraz samorządowi Województwa Zachodniopomorskiego) prezentuje wspomnianą kolekcję w sposób… najłagodniej mówiąc – amatorski. Rzeźby poustawiane są nieco chaotycznie, tu i tam do sąsiadujących z nimi gniazdek powłączane są wtyczki i pomiędzy antycznymi postaciami ciągną się przedłużacze (kable są białe, chyba żeby bardziej się odcinały na tle marmurów i spiżu), hitem zaś są tabliczki wskazujące kierunek ewakuacji, umieszczone na ścianach tuż nad głowami kilku majestatycznych popiersi. Taka organizacja wystawy bardzo utrudnia należyte skupienie uwagi na eksponatach, o ich ładnym sfotografowaniu nie mówiąc.

To nie jest niestety wyjątek. Widziałem wiele zwłaszcza samorządowych muzeów, których stan pozostawiał wiele do życzenia – choćby mocno rozczarowujące Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie, gdzie można by urządzić oszałamiającą ekspozycję. W Gnieźnie akurat zresztą widać typowy i częsty kontrast pomiędzy muzeum samorządowym a diecezjalnym lub archidiecezjalnym. Te ostatnie – w Gnieźnie właśnie, na Wawelu, w Pelplinie i wielu innych miejscach – jakkolwiek czasem nieco chaotyczne, bywają bogatsze i ciekawsze od niemrawych instytucji, podległych sejmikom. Małe muzea gminne czy miejskie na ogół mają się lepiej i wynika to chyba z tego, że częściej są powoływane na podobnej zasadzie jak muzea prywatne – bardziej z pasji niż urzędniczego pomysłu.

Czy to znaczy, że należy zrezygnować ze wspierania przez państwo muzeów czy ich prowadzenia? Absolutnie nie! Widzę doskonale różnicę między niewielkim muzeum, opartym na istniejących już obiektach historycznych, a placówką taką jak Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Historii Polski czy Muzeum Narodowe w Krakowie. Inna jest koncepcja wystawiennicza, inne są też potrzeby finansowe. To jasne. Ale też czym innym jest dbanie o dzieła Matejki, Malczewskiego czy Siemiradzkiego, a czym innym zorganizowanie ciekawego zwiedzania bunkrów z II wojny światowej. W tym drugim czasami lepsi są fascynaci historii niż tradycyjni muzealnicy. Jeśli moje spostrzeżenia nie są obarczone zbyt dużym subiektywizmem, być może należałoby przemyśleć powierzanie prowadzenia muzeów województwom – to wydaje się wychodzić najsłabiej.

Nie jestem też zwolennikiem tego, aby państwo prywatnych muzealników nadmiernie rozpieszczało, rozrzucając granty na prawo i lewo. Siłą prywatnych muzealników jest, że musieli się nauczyć występowania nie tylko o granty, ale też o prywatne dotacje. To w gruncie rzeczy przedsiębiorcy, w dodatku działający w bardzo trudnej dziedzinie i należy im się tym większy szacunek. Z drugiej jednak strony państwo powinno uznać, że nie tylko nie ma monopolu na dbanie o pamięć (to, z pewnym oporem, ale jednak się stało), ale także, że w wielu przypadkach prywatni muzealnicy są w stanie zrobić coś lepiej, szybciej, z większym zaangażowaniem niż ci zawodowi, żyjący na państwowym.