Przed wizytą Tillersona
Tomasz Wróblewski 22.01.2018

Jeżeli dobrze pamiętam ten stary żydowski szmonces, to na pytanie Aarona – „Jak się miewa twoja żona ?” Naftali odpowiedział – „Zależy z kim ją porównać”. To samo Rex Tillerson może odpowiedzieć na pytanie o stan polskiej Demokracji.

W piątek do Warszawy przylatuje amerykański sekretarz stanu. Wizyta poprzedza zaplanowane na luty nieformalne spotkanie Premiera Morawieckiego z Wiceprezydentem Mike’iem Pence’m. Wcześniej mieliśmy spotkanie szefa MON z doradcą Trumpa do spraw Bezpieczeństwa – McMaster’em. A wszystko w cieniu nowej strategii bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych nazwanej „międzynarodową rywalizacją strategiczną”.

Po dwudziestu latach koncentrowania się na wojnie z terrorem i wspieraniu liberalnych wartości Ameryka wraca do rudymentów globalnej polityki opartej o tradycyjne wartości. Jak to zauważył amerykański Sekretarz Obrony James Mattis – „dalej będziemy walczyć z terrorem, ale nasz priorytet to obrona interesów amerykańskiej demokracji na świecie”. I tu największym zagrożeniem są Chiny, Rosja, Korea Północna i Iran. Różnią się między sobą potencjałem ekonomicznym, zbrojnym i zasięgiem swoich operacji, ale to te cztery państwa, są źródłem większości napięć na świecie.

Prostolinijność amerykańskiej wykładni doczekała się już całej literatury i zmasowanej krytyki. Głównie ze strony europejskich rządów, przerażonych powrotem do zimnowojennej histerii. Zostawmy na boku pytanie kto tak naprawdę rozpętał Zimną Wojnę, pytanie czy zasadny jest taki sztywny podział świata na „swoich” i „wrogów”. Na demokrację i anty-demokrację. Ta twarda linia podziału umykała nam ostatnio, w niekończących się sporach o granice wolności, o mowę nienawiści, o sakralizację klimatu, o ziemię bez granic czy rodziny bez płci.

Z coraz bardziej zamgloną definicją demokracji i praw człowieka coraz trudniej szło nam definiowanie wrogów. Czy Rosja, z ukraińską krwią na rękach ale z rurami pełnymi ekologicznego gazu, jest wrogiem czy już przyjacielem? Czy kraj zakazujący ślubów homoseksualnych jest jeszcze demokracją, czy tylko homofobiczną demokracją? Czy referendum w sprawie członkostwa w UE to jeszcze demokracja czy już populizm? Czy podważanie społecznego mandatu niewybieralnych urzędników Unii to prawo obywatelskie czy już faszyzm? Czy wycinka Puszczy to wewnętrzna polityka leśna czy zbrodnia przeciwko człowieczeństwu? I wreszcie, czy ochrona granic narodowych to gwarancje bezpieczeństwa obywateli czy rasistowski imperializm?

W tej biegunce rozmyślań o demokracji, doprawdy ciężko jest odróżnić wroga od przyjaciela. Łatwo natomiast o nowe podziały i frakcjonowanie zachodniej cywilizacji. Podziały na pełne i częściowe demokracje, na opresyjne, autorytarne, homofobiczne czy populistyczne. Podziały, gdzie chińska czy putinowska dyktatura może nagle okazać się jedną z wielu odmian demokracji. Gdzie wrogiem pozostaje anonimowy terror, a istotą zła jest tajemniczy populizm. Terror – ta mroczna, bliżej niesprecyzowana siła, która gwałci kobiety na ulicach, strzela do przypadkowych przechodniów i wciąż gdzieś wybucha, ale nie sposób ją przypisać jednej nacji czy wierze. Populizm – diabelskie wcielenie demokracji co zwołuje wybory i ogłasza referenda, w których zadaje prostackie pytania – jak to powiedział premier Macron – pytania, których nie wolno zadawać ludziom, bo można usłyszeć odpowiedź.

No to Trump ma dla nas prostą odpowiedź. Jasny podział na złych i dobrych, na demokracje i nie-demokracje. Świat, w którym nie ma powodu troszczyć się o stan polskiej demokracji, ale czas zacząć się troszczyć o stan ducha wszystkich wciąż poszukujących odpowiedzi czym jest prawdziwa demokracja.