Przedawnienie, czyli populizm. Czy na pewno wiesz, co robiłeś 16 maja 1984 r.?
Artur Kiełbasiński 16.05.2019

Brak przedawnienia w przypadku przestępstw pedofilskich. Brzmi świetnie, nieprawdaż? Ale to skrajnie niebezpieczne rozwiązanie.

 

Krytyka zmian prawnych wprowadzanych w imię skutecznego zwalczania pedofilii zawsze jest ryzykowna – naraża autora na zarzut „obrońcy pedofilii”. Ale nie zmienia to faktu, że o zagrożeniach pisać trzeba.

Nie mam kłopotu z akceptacją podnoszenia „widełek” zagrożenia karnego, nie mam kłopotów z przepisami ograniczającymi czy zaostrzającymi zasady stosowania warunkowego, przedterminowego zwolnienia z zakładu karnego. Ale mam problem z eliminacją instytucji przedawnienia w przypadku jakiejkolwiek kategorii przestępstw.

W obecnym stanie prawnym okres przedawnienia jest uzależniony nie tylko od czasu, który upłynął od czynu zabronionego. Uzależniony jest też od wieku ofiary – przedawnienie nie może nastąpić przed ukończeniem przez pokrzywdzonego 30. roku życia. To zasadne i dobre merytorycznie rozwiązanie.

Teraz ustawodawca chce zapisać, że przedawnienie nie następuje nigdy. Takie rozwiązanie trafia do „poczucia sprawiedliwości” szerokiego kręgu obserwatorów życia publicznego. Ścigać pedofila do końca życia, nie odpuszczać, karać stojących nad grobem. Nie ma przebaczenia dla krzywdzicieli dzieci. Kto się nie zgodzi z tymi hasłami? Są przecież słuszne.

Ale z brakiem przedawnienia wiąże się jeden fundamentalny problem. Przedawnienie trzeba analizować nie tylko w kontekście ścigania i karalności sprawcy. Przedawnienie trzeba też analizować w kontekście prawa do obrony osoby niewinnej.

No więc teraz wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś słyszy zarzut, że 35 lat wcześniej molestował nieletniego lub nieletnią. Był maj 1984 r. Na jaw „wyszły nowe, ważne okoliczności” i ścigać trzeba. Co więcej – ścigać można, bo przecież tak ohydne czyny się nie przedawniają.

I tu trzeba postawić pytanie zasadnicze – czy człowiek niewinnie oskarżony po wielu dekadach od zaistnienia czynu ma jakiekolwiek szanse na obronę. Czy jest w stanie skutecznie odtworzyć w pamięci, co robił latem 35 lat temu. A jeśli jest w stanie odtworzyć, jak może udowodnić po takim czasie gdzie dokładnie przebywał.

Nie oszukujmy się – szansa na zebranie dowodów na własną niewinność wraz z upływem czasu drastycznie maleje. Oczywiście, ktoś zaprotestuje – nie musisz zbierać dowodów na własną niewinność, to prokurator musi udowodnić winę oskarżonego.

Formalnie tak to wygląda, formalnie dowody musi przedstawić prokurator, formalnie istnieje domniemanie niewinności. Ale faktycznie – podejrzany czy oskarżony, który będzie zmieniał zeznania np. co do miejsca, gdzie mieszkał 35 lat temu zrujnuje swoją wiarygodność. Osoba, która będzie się myliła w zeznaniach – gdzie i kiedy podróżowała – natychmiast uwiarygodni oskarżenie.

Ktoś kto pomyli miejsce zatrudnienia przed laty stanie się w oczach opinii publicznej winny w chwili udowodnienia mu kłamstwa. No właśnie – kłamstwa czy pomyłki. Czy naprawdę będziemy za 40 lat pamiętać, kiedy byliśmy na wspaniałej wycieczce w Rzymie, kiedy zmieniliśmy pracę, kiedy dokładnie zmieniliśmy mieszkanie, w którym klubie najczęściej się bawiliśmy?

Nie, nikt nie jest w stanie tego pamiętać. Dlatego brak przedawnienia jest rozwiązaniem skrajnie wiarygodnym. I w żadnym przypadku nie traktujmy przedawnienia jako rozwiązania, które „ma pomóc przestępcy”. Przedawnienie w równym stopniu ma zapobiegać wadliwym oskarżeniom. I w trakcie obecnej, gorącej debaty trzeba o tym szczególnie mocno pamiętać.

Polecamy także Stanowisko WEI: Ustawa o pedofili – szybciej nie znaczy rozumnie.