Putinowska ruletka
Tomasz Wróblewski 18.04.2016

W dwa lata po zestrzeleniu Malezyjskiego Boeninga i uśmierceniu 299 osób na pokładzie, Rosja powraca do swojej ryzykownej gry. Niemal dzień po dniu prowokując amerykańskie siły na Bałtyku.

„Rosyjska ruletka nie przypadkiem nazywa się rosyjska” – Ronald Reagan uwielbiał puentować tym zdaniem każde kolejne doniesienie o rosyjskich awanturach w świecie. Związku Radzieckiego już nie ma, ale mentalność i metody zostały. Przepastne państwo z mocarstwowymi kompleksami, za wszelką cenę usiłuje wymusić dla siebie uznanie świata. Szacunek, który normalne państwa zdobywają dobrobytem swoich obywateli, Rosja chce zdobyć traumą obywateli wszystkich państw wokół.

W końcówce sowieckiego komunizmu Rosja nie była w stanie wyprodukować jednego produktu, który miałby szansę na wolnym rynku. Niektórzy z nas pamiętają konserwy, których bez dłuta i młotka nie dało się otworzyć. A tym, którzy mieli okazję podróżować po ówczesnej Rosji, utkwiła w pamięci buta, duma i głębokie przekonanie o supermocarstwowości, której jedynym objawem był strach podbitych narodów. Po 91 roku Rosja dalej nie musiała nic produkować, swoje konserwy kupował, razem z technologią do wydobywania gazu i ropy. Surowce mineralne, jeszcze do niedawna pozwalały na finansowanie pozorów rozwoju gospodarczego. Nowa generacja satrapów, wykorzystała naiwność Zachodu do odbudowy arsenału wojennego, znowu zaniedbując własnych obywateli.

Wolny rynek ograniczony został do grupy kilku tysięcy uprzywilejowanych, a autorytet władzy zasadza się w nieustannym podgrzewaniu międzynarodowych napięć i przekonaniu, że świat nie chce się pogodzić z odbudową międzynarodowego znaczenia Rosji i obdarzyć Putina należnym szacunkiem. Tego szacunku starcza na tyle ile uda mu się zastraszać kolejne bezbronne państwo. Ukrainę, Syrię, Gruzję. Rosja wbrew całej swojej retoryce, pozostaje ważnym, ale tylko regionalnym graczem. Jej potencjał wojskowy może zagrozić państwom nadbałtyckim, może być skuteczny w konfrontacji z gangami islamskich fundamentalistów, ale w konfrontacji z NATO nie ma żadnych szans. Co najwyżej może dokonywać swoich spektakularnych wyczynów, przelatując nad amerykańskimi okrętami, naruszając przestrzeń powietrzną Litwy, Estonii, ale jak pokazał przykład Turcji – do czasu. Do czasu aż ktoś nie załaduje do magazynku prawdziwego naboju i cała ta rosyjska fanfaronada pryśnie. Historia patiomkinowskiej mocarstwowości uczy, że to co Rosję ostatecznie wykończy, to nie totalna wojna, ale właśnie to pozoranctwo. Przygotowywanie się do agresji, na którą nigdy Putin się odważy, ale której koszty doprowadzą kraj do kolejnego bankructwa.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. mariusz kluzniak/ na lic. Creative Commons/ flickr.com