Realpolitik po polsku
Jerzy Marek Nowakowski 27.02.2020

Ambasador Leszek Szerepka na łamach „Rzeczypospolitej” podjął się ambitnej próby reanimacji polityki promocji demokracji uprawianej przez polską dyplomację na przełomie XX i XXI wieku. I oczywiście przywołał ukochany przykład „zbrodniczego dyktatora Białorusi”, któremu nie należy broń Boże podawać ręki tylko wspierać mityczne demokratyczne siły na Białorusi.

 

W teorii brzmi to pięknie i szlachetnie. Tylko, po pierwsze, opozycja demokratyczna na Białorusi jest tak słaba, że nawet przy bardzo sprzyjającej koniunkturze politycznej trudno sobie wyobrazić przejęcie władzy w Mińsku przez siły prozachodnie. Od lat najsilniejszym segmentem struktury opozycyjnej byli tam promoskiewscy komuniści. Po drugie zaś należy odpowiedzieć sobie na proste pytanie: czy ważniejsza dla Polski jest białoruska niepodległość czy demokratyzacja? Skądinąd mocno wątpliwa, bo realna alternatywa w Mińsku brzmi: Łukaszenka albo Rosja.

Jakieś 20 lat temu przewodniczyłem polskiej delegacji na jeden ze szczytów Ruchu Państw Niezaangażowanych. Na sesji w południowoafrykańskim Durbanie do Ruchu została przyjęta Białoruś. Podczas kolacji kończącej szczyt siedziałem przy stoliku z kilkorgiem przywódców państw i ministrów. Kiedy z lekką ironią skomentowałem przyjęcie Białorusi, jako kraju niezbyt demokratycznego ówczesna Prezydent Sri Lanki – dama ze starego cejlońskiego rodu politycznych przywódców – powiedziała: „Młody człowieku rozejrzyj się po sali – tu obok siedzi Fidel Castro, o a tam delegaci z Północnej Korei, tutaj kilku rzeźników z Afryki. W tym towarzystwie Białoruś jest jednym z najbardziej demokratycznych państw”. Warto o tej proporcji pamiętać i dzisiaj. W porównaniu do satrapów z Azji czy Afryki Łukaszenka może uchodzić za modelowego demokratę, a nie zrywamy relacji z tymi państwami.

Co więcej, kilka argumentów użytych przez ambasadora Szerepkę jest mocno wątpliwych. „Armia białoruska jest częścią rosyjskiej” powiada Autor. Czy na pewno? Także po czystkach, które niedawno przeprowadził Łukaszenka wśród generalicji. Dlaczego w takim razie Rosjanie chcą tworzyć na Białorusi swoje bazy i słyszą „nie” ze strony prezydenta Białorusi ? A skoro o armii mowa, to warto pamiętać, że absolutnym mitem społecznym na Białorusi jest hasło „nigdy więcej wojny”. W latach dziewięćdziesiątych poparcie dla integracji z Rosją gwałtownie spadło, kiedy opozycja zaczęła mówić, że białoruscy żołnierze zostaną wysłani na wojnę w Czeczenii. Trauma po II wojnie światowej jest na Białorusi tak silna, że słowo wojna jest absolutnym tabu dla Białorusinów.

Leszek Szerepka w swoim szlachetnym zapale zdaje się zapominać, że Aleksander Łukaszenka jest wciąż politykiem popularnym, i że otrzymawszy z Moskwy już wiele lat temu zimny prysznic wobec swoich marzeń o przejęciu władzy na Kremlu dość systematycznie wzmacnia białoruską tożsamość narodową. Zgoda, nie czyni, a dokładniej nie czynił do niedawna tego przez promocję języka czy odrębności kulturowej Białorusi. Zgoda, jest mentalnie blisko Rosji. Natomiast to Łukaszenka konsekwentnie od ponad dwóch dekad buduje białoruską świadomość państwową. Mając wdrukowany jednoznacznie negatywny stereotypowy portret białoruskiego Prezydenta zapominamy, że konsekwentnie promuje białoruską odrębność. Zapominamy też, że wybór Łukaszenki był dokonany w opozycji do postsowieckiej oligarchii politycznej.

Z punktu widzenia polskich interesów wsparcie Łukaszenki nie musi oznaczać wyboru „diabła”. Oczywiście „Baćka” jest anachronicznym – zwłaszcza z europejskiej perspektywy – autokratą. Ale nie gorszym, a raczej lepszym niż hołubieni przez Zachód liderzy Uzbekistanu czy Azerbejdżanu. Poza tym trudno odmówić mu umiejętności odczytywania nastrojów i oczekiwań Białorusinów. Od lat również prowadzi Łukaszenka konsekwentną politykę oporu przed rosyjską dominacją. Kiedy liczył na to, że zostanie następcą Jelcyna, pogłębiał integrację. Gdy ambicje te zostały wykpione przez Władimira Putina Aleksander Grigorjewicz konsekwentnie sypie piasek w tryby integracji.

Nasz były ambasador w Mińsku oskarża Łukaszenkę o prorosyjskość. A czy ten ma inne wyjście? Białoruś jest gospodarczo dramatycznie uzależniona od Rosji. Mentalnie spora część Białorusinów jest sierotami po Związku Sowieckim (to akurat Łukaszenka utrwalał). Ale też w istocie nikt nie wyciągnął do niego ręki. Ostatnia wizyta sekretarza Pompeo wygląda na pierwszą od lat ofertę realnego wsparcia dla Białorusi.

Szkoda tylko, że poza paroma pustymi gestami (na dodatek kosztownymi politycznie) Polska nie jest w stanie od lat przedstawić Białorusi realnej oferty politycznej. Nikt zdrowy na umyśle nie zaprzeczy, że niewielkie nawet zbliżenie Mińska do Zachodu byłoby dla nas korzystne. A z drugiej strony prowadzimy wobec Białorusi taką politykę jak USA w epoce Kennedy’ego wobec Kuby. Popychamy Białoruś w ramiona Rosji.

Ot drobny przykład. W ramach retorsji po zakupie rafinerii w Możejkach przez Orlen, i w odpowiedzi na wejście Łotwy do NATO Rosjanie przestali przesyłać ropę odnogą rurociągu „Przyjaźń” prowadzącą do Możejek i dalej do łotewskiego portu w Windawie (Ventspils). Tak się składa, że ta odnoga odgałęzia się od „Drużby” w Nowopołocku, siedzibie jednej z dwóch białoruskich rafinerii ropy. Co stoi na przeszkodzie by rurociąg (o ile się nie mylę będący częściowo własnością Orlenu) uruchomić i przesyłać na Białoruś ropę obiecaną przez sekretarza Pompeo. Skądinąd można to było zrobić wcześniej, gdy Hugo Chavez przyjaźnił się z Łukaszenką i obiecywał mu darmową ropę z Wenezueli. I na koniec, co szkodziło, by przynajmniej zapowiedzieć rozważenie uruchomienie rewersu pozwalającego na odwrócenie kierunku przesyłu rurociągiem „Przyjaźń” co sam prezydent Białorusi zapowiadał.

Białoruś jest obecnie pierwszym celem rosyjskiej ekspansji. Kolejne spory z Władimirem Putinem o „nowy etap” integracji, dogadywanie się z Amerykanami – tu warto zwrócić uwagę na sformułowanie sekretarza Pompeo, że USA i Białoruś są od dawna w kontakcie – a z drugiej strony ponawiane propozycje „pogłębienie integracji” nie wróż spokoju. Zwłaszcza, że Białoruś czekają wybory i opozycja demokratyczna jest pełna optymizmu. Obawiam się, że nieuzasadnionego. Uważny obserwator spraw rosyjskich i białoruskich, Marek Budzisz pytał: Jaki zatem scenariusz, na najbliższe tygodnie ma ekipa Łukaszenki? Wydaje się, że stawia na opcję „umiarkowanego zamordyzmu”, rozkręcenia inflacji, czyli ryzykowania makroekonomiczną stabilnością kraju oraz porozumienia się z Rosją, na gorszych niźli do tej pory warunkach, stąd potrzeba dwóch pierwszych działań.

Pewne wydają się dwie rzeczy. Łukaszenka nie chce roztopienia się Białorusi w rosyjskim morzu. A z drugiej strony nie zamierza iść na jakiekolwiek reformy, które mogą zagrozić jego władzy. Inaczej mówiąc, przekonanie że Zachód może wymusić liberalizację polityczną w zamian za pomoc finansową jest mrzonką. Wypada dokonać wyboru: czy jesteśmy skłonni przymykać oko na – dyplomatycznie mówiąc – deficyty demokracji w zamian za utrzymywanie pewnego dystansu wobec Rosji, czy też będziemy twardo żądali reform, ryzykując przekroczenie rubikonu za którym uzależniona od Rosji, ale dysponująca atrybutami niepodległości Białoruś zamieni się w Gubernię Mińską Federacji Rosyjskiej. Z punktu widzenia interesów Polski wybór wydaje się oczywisty.

Podsumujmy. Niepodległość Białorusi jest realnie zagrożona. A powstanie bazy wojsk Federacji Rosyjskiej koło Grodna oznacza tyle, że nikt w NATO nie będzie nawet myślał o jakimkolwiek planie obrony Państw Bałtyckich. Nie mówiąc już o tym, że dysponując bez ograniczeń narzucanych przez Łukaszenkę granicą białorusko – łotewską i białorusko – litewską Moskwa otrzymuje wręcz zaproszenie do prowadzenia działań hybrydowych wobec tych państw. Przyłączenie Białorusi do Rosji oznacza także wzięcie Ukrainy w kleszcze na tyle szczelne, że wspieranie Kijowa może się okazać dla Zachodu nadmiernie kosztowne. No i wreszcie dla Polski nie jest tak całkiem obojętne czy granica w Brześciu Litewskim jest granicą z Rosją czy z Ukrainą. I żadne argumenty o uzależnieniu Białorusi od Moskwy tych prostych faktów nie zmienią.

Czy istnieją realne szanse na demokratyzację Białorusi? W tym na obronę praw mniejszości polskiej. Obawiam się, że znacząco bardziej prawdopodobne jest to w ramach niepodległej Białorusi niż w zachodnich guberniach Rosji. Opozycja wobec Łukaszenki jest na tyle słaba, że obalenie jego władzy mogłoby się odbyć wyłącznie rękami sił prorosyjskich. A potem mamy realizację scenariusza zarysowanego w poprzednim akapicie.

Administracja amerykańska zrozumiała jak się zdaje, iż izolowanie Białorusi popycha władze w Mińsku w ramiona Rosji. Nie wydaje mi się, by taki pogląd był natomiast popularny w Polsce.

W relacjach z Białorusią (ale przez długi czas także z Litwą i paroma innymi krajami) polska polityka była w roli psa którym trzęsie polonijny ogon. To kolejny kłopot. Nota bene polityka wobec wschodu jest w ogóle królestwem nieprofesjonalizmu i mitologii. Armenia jest systematycznie ignorowana pod hasłem „ruski satelita”, Białoruś to rzekomo krwawa dyktatura, Ukraina – banderowcy, Azerbejdżan – nadzieja gospodarcza a Kazachstan to ojczyzna gnębionych Polaków. A Rosji nie ma w ogóle – oczywiście poza gazetowymi wywiadami w których politycy ścigają się w opowieściach o tym jak walczą z Putinem. Tylko kiedy przyglądamy się realnym efektom tej walki to się okazuje, że izolujemy Armenię i Białoruś popychając je w ramiona Rosji, handel z Azerbejdżanem nie istnieje, a odnalezienie Polaka w Kazachstanie staje się coraz trudniejsze. Szkody w relacjach z Ukrainą wyrządzone przez niemądrą politykę historyczną są w dużej mierze nie do naprawienia. Natomiast Rosji zdecydowanie częściej pomagamy niż szkodzimy.

Od dawna twierdzę, że nasza polityka zagraniczna zamieniła się w operę. Stoją nasi oficjele na scenie i śpiewają „ach ucieka nam, ach musimy dopędzić go…”. I tak ad infinitum. Nieszczęście polega na tym, że tylko my sądzimy, iż jest to opera. Inni naprawdę gonią i uciekają.