Redukcja administracji, czyli więcej administracji
Tomasz Wróblewski 09.10.2014

Nawet nie pytam dlaczego, bo przecież wiem jaka będzie odpowiedź. Rośnie zatrudnienie w samorządach, rosną płace, a drastyczna reforma administracji się nie powiodła. Wiadomo, cywilizowane państwo europejskie wymaga cywilizowanej obsługi urzędniczej, a to kosztuje.

Nie winię tu nawet samych urzędników, bo przecież każdy bierze pracę, gdzie może. Rzecz raczej w nieustannie komplikowanych przepisach prawnych, do których obsługi potrzeba coraz więcej ludzi. Ostatnie propozycje ustaw węglowych czy zmian podatkowych nieuchronnie przysporzą nam więcej urzędników skarbówki, koncesariuszy węglowych, kontrolerów – ktoś to przecież w cywilizowany sposób musi robić.

Poprzedni premier zapowiadał zmniejszenie wydatków na administrację. Płace faktycznie pozostają zamrożone od 2009 roku. Stąd też ucieczka urzędników do samorządów, gdzie płace rosną szybciej niż inflacja. Nie potrzebnie jednak padł taki strach na pracowników administracji państwowej. Zamiast kilkunastu tysięcy zwolnień mamy o 2,4 tysiąca mniej urzędników, ale też – jak pisze Dziennik Gazeta Prawna – pojawiły się już pieniądze na nowe etaty.

Płace może i są zamrożone, ale i tak są wyższe od średniej w prywatnym sektorze. Co nie przeszkadza, że urzędnicy czują się pokrzywdzeni i coraz częściej demonstrują swoje frustracje. Stąd po cichu tworzone nowe etaty.

Czyżby jeszcze większa armia sfrustrowanych? Oczywiście bardzo mi ich żal, ale zawsze pozostaje im postawa Christophera Walkena, który w filmie „Siedmiu Psychopatów” gra złodzieja psów i na pytanie swojej partnerki, dlaczego nie poszuka sobie jakiejś normalnej pracy, „choćby w administracji państwowej”. Z obrzydzeniem odpowiada, że jako prywatny złodziej może sam sobie przynajmniej wybierać ofiary.