Rewolucja jest. Gilotyn brak
Jerzy Marek Nowakowski 09.06.2019

Ulubionym „targetem” reklamodawców, partii politycznym i w ogóle wszystkich jest mityczna klasa średnia. Co prawda wszystkie analizy z państw rozwiniętych potwierdzają, że od dobrych parunastu lat klasa średnia kurczy się czy wręcz zanika, ale tym intensywniejsze są jej poszukiwania w Polsce. Kłopot w tym, ze szukamy jej tam, gdzie jej nie ma.

 

Cały XX wiek był w Polsce epoką inteligencji. Oczywiście długo można się spierać o definicję inteligenta, ale w uproszczeniu można uznać, że za takowych aż do początku lat siedemdziesiątych były uznawane osoby legitymujące się co najmniej maturą i wykonujące tzw. pracę umysłową.

Zaraz, zaraz: cały XX wiek, a gdzie cezura epoki komunistycznej? A gdzie straszliwi obszarnicy i burżuje II Rzeczypospolitej? A gdzie władza robotników i chłopów z PRL?

Otóż kiedy przyjrzymy się historii polski międzywojennej to okaże się, że jedyną grupą społeczną, która w sensie materialnym zyskała na polskiej niepodległości, byli właśnie inteligenci. Poziom życia chłopa, robotnika, ale też sklepikarza z Kołomyi a nawet Radziwiłłów z Nieświeża w II RP nie osiągnął właściwie nigdy poziomu życia z roku 1913. Odradzające się państwo potrzebowało urzędników, żołnierzy, nauczycieli… I ta grupa – czyli właśnie inteligenci, od razu znalazła się we względnie dobrej pozycji.

Gospodarka tymczasem najpierw cierpiała przez wojnę (1918-1921), potem hiperinflację (do reformy Grabskiego w 1924 r.), potem wojnę celną z Niemcami. Krótki okres prosperity (1926-1929) boleśnie zakończył Wielki Kryzys. Chłop głodował, sklepikarz czy ziemianin ledwie wiązał koniec z końcem, każdego dnia wysłuchując coraz gorszych wiadomości. A pracownik państwowy dostawał jednak normalnie swoją pensję. Skoro zaś wszystko potaniało to czuł się całkiem nieźle.

Skoro zaś przeciętny inteligent egzystował w miarę normalnie, to także dziennikarz czy pisarz mieli się normalnie, bo obsługiwali niemal wyłącznie te grupę społeczną. Złota legenda II Rzeczypospolitej, wspaniałych dancingów w Adrii i brydża w Zakopanem została stworzona właśnie przez polską inteligencję.

Po II wojnie światowej znowu dramatycznie brakowało ludzi wykształconych. Poza tym komuniści sami (na poziomie kierowniczym) wywodzący się z inteligencji odczuwali wyjątkowy szacunek wobec słowa pisanego. Cenzurowali do bólu, ale umizgiwali się do środowisk literackich, kulturalnych, twórczych jak tylko mogli. Ot taki drobiazg. Opozycyjnych pisarzy prześladowano zakazując druku, skazując na zapomnienie. Ale egzystowali dzięki różnym stypendiom, tłumaczeniom robionym pod pseudonimami etc. Kiedy Antoni Słonimski uległ wypadkowi samochodowemu – w czasie gdy był wyjątkowo zajadle zwalczany przez reżim – wylądował oczywiście w klinice rządowej. Pisarze, aktorzy, dziennikarze stanowili elitę PRL – finansową także – jednocześnie opowiadając (zazwyczaj szczerze) na prawo i lewo jak oni tego komunizmu nie znoszą.

Komuniści deklarując, że są władzą robotnika i chłopa, wprowadzili przy tym podział na dwie kategorie pracowników: umysłowych i fizycznych. Już sama nazwa wskazywała, kto jest gorszy. Inteligent zazwyczaj zarabiał lepiej a przede wszystkim był depozytariuszem wartości i last but not least surogatem klasy średniej. Co więcej, czuł się i to z wzajemnością, członkiem tej samej grupy co intelektualiści. Krótko mówiąc, PRL z tysięcy Zołzikiewiczów uczynił elitę, a właściwie przedłużył i wzmocnił proces, który zaszedł już w II Rzeczypospolitej. Gdzieś w latach siedemdziesiątych Daniel Passent, w jednym ze swoich felietonów napisał, że najdziwniejszym zjawiskiem, z jakim się spotkał, był widok dwóch kombajnistów z PGR-u na wycieczce w Hiszpanii. Dla niezorientowanych dodajmy, że kombajnista zarabiał jak na PRL astronomiczne pieniądze. Ale nie pasował do wczasów w ogóle, a wycieczki do Hiszpanii w szczególności. Bo przewaga inteligenta była ufundowana nie tylko na zarobkach (charakterystyczne, że cenzura nie wycinała narzekań, że jest skandalem, iż spawacz zarabia więcej od inżyniera), ale na aspiracjach. Referent w urzędzie w Baranich Głowach żył w przekonaniu, że jest jednym z depozytariuszy wielkiej tradycji Rzeczypospolitej. I czuł się lepszy nie tylko od majstra na budowie, ale też od będącego rzeczywistą elitą finansową sąsiada „badylarza”. Zabawne, że PRL twórczo rozwinął szlachecką pogardę dla produktywnej pracy, a do biznesu w szczególności.

Polski inteligent i robotnik wielkoprzemysłowy, obalając pospołu komunizm i żądając normalności, nie zdawali sobie sprawy, że normalność ich w ogromnej części spauperyzuje i – co gorsza – zdeklasuje. Opowieść bojowników walczących z elitami w Polsce, o ojkofobicznym inteligencie oglądającym się na zagraniczne wzorce jest kompletnie nieprawdziwa. Oczywiście klasa średnia – wyższa, czyli menedżerowie, doradcy, ci z twórców, którzy odnieśli sukces materialny, wywodzą się w ogromnej części z inteligencji. Ale nie oni są dzisiejszą elitą czy trzonem klasy średniej.

W Polsce, co zdaje się być niedostrzegane przez sporą część polityków, powstała potężna klasa średnia złożona z milionów przedsiębiorców. Kiedy spojrzymy na skład wczasowiczów w Turcji, Hiszpanii, ale też Kenii czy Meksyku to zobaczymy tam przede wszystkim średni i mały biznes. Zazwyczaj z kultowego „Miastka”. Właściciela hurtowni, taksówkarza, ajenta stacji benzynowej…. No i mamy kłopot. Inteligent, przyzwyczajony od stuleci do swojej przewagi nagle orientuje się, że ten sklepikarz, na którego popatrywał z wyższością nie tylko ma się lepiej materialnie (zazwyczaj znacznie lepiej), ale z nieznanych powodów objawia aspiracje dotychczas zarezerwowane dla „umysłowych”. Urzędnik czy nauczyciel odkrywa, iż taksówkarz ma poglądy. Co gorsza artykułuje je nie tylko podwożąc pana naczelnika czy redaktora do pracy (co było ulubionym modelem „badań społecznych” w epoce PRL) ale pisze na fejsie czy twitterze albo wręcz domaga się by były ona brane pod uwagę jako równoprawne w życiu społecznym.

Reakcją jest oczywiście obnoszenie się z pogardą dla „Januszów w białych skarpetkach” albo oburzenie na „hołotę” paskudząca na nadmorskich wydmach. Tak potraktowana klasa średnia odwdzięcza się odrzuceniem elit i autorytetów. A że życie nie znosi próżni, zastępuje ich szarlatanami, czyli celebrytami różnego typu.

Dodajmy, że nie jest to zjawisko typowo polskie. W całym świecie zachodnim następuje zanik klasy średniej a właściwie jej rozbicie na klasę średnia niższą, która zlewa się z bogacącą się i – co ważne – aspirującą, częścią klas niższych i wyższa klasę średnią, która aspiruje do bycia częścią klasy wyższej. Doskonale widać to na rynku samochodowym, gdzie powoli wymiera dominująca dotychczas klasa kompaktów na rzecz albo samochodów definiowanych dotąd jako luksusowe, albo przeróżnych wariacji taniej klasy „B”, która ma udawać SUV-y, Vany, etc.

Na rewolucję w stratyfikacji społecznej nakłada się wzrost potęgi państwa. Oglądając stare kryminały z politowaniem patrzymy na detektywa wyciągającego ze sterty śmieci kwit z pralni wskazujący, że ścigany opryszek był w danym miejscu o danym czasie. Współczesny policjant otwiera komputer z danymi sieci komórkowej, albo wyciąg z karty kredytowej i już wie wszystko o delikwencie. Pożyczył komuś telefon? Sprawdzimy na obrazie jednej z tysięcy kamer monitoringu – w końcu mają funkcję rozpoznawania twarzy… Ten policjant, a jeszcze częściej jego polityczny nadzorca, zarabia tyle, że plasuje go to w klasie niższej. A on ma większe aspiracje. Ma więc pokusę, by użyć posiadanych narzędzi do wzbogacenia się.

Można tak bez końca. Mamy dziś w całym świecie zachodnim rewolucję o skali porównywalnej z epoką rewolucji francuskiej. Na razie bez masowego użycia gilotyny i bez pacyfikacji Wandei. Na razie.

W Polsce ta rewolucja ma swoją specyfikę. Jest nią identyfikacja elit z tzw. klasą umysłową. To zaś oznacza odrzucenie na masową skalę nie tylko autorytetów, ale również ekspertów. Po raz pierwszy w historii mamy dziś w Polsce klasę średnią, która ledwie powstała to zaczęła zgodnie z modelem zachodnim się rozpadać. Transfery socjalne rządów PiS stały się impulsem modernizacyjnym w tym sensie, że zbliżyły (podobnie jak to się stało na Zachodzie) klasę niższą do niższej klasy średniej. I kluczem do jakiejkolwiek politycznej zmiany, ale także do rozwoju Polski, jest znalezienie języka dialogu z tą warstwą. Ona, a zwłaszcza jej młodsze pokolenie, wkurzone na brak stabilizacji, będą decydować o przyszłości Polski. Oby podejmowało decyzje na podstawie realnej wiedzy, a nie wrzasku umysłowych szarlatanów.