Rewolucyjne zmiany w ukraińskiej energetyce. Polska śpi
Marek Budzisz 19.08.2019

1 lipca rozpoczęła się na Ukrainie druga faza reformy rynku energetycznego, przy czym znacznie ważniejsza od pierwszej, przewidującej uwolnienie dostaw hurtowych, bo obejmująca kontrakty detaliczne. Do ostatniej chwili nie było pewne, czy przyjęte już w 2017 roku rozwiązania zostaną wdrożone, bo część międzynarodowych instytucji finansowych (MFW i EBOR) oraz prezydent Zełenski opowiadali się za przesunięciem startu rynku, argumentując, że reforma nie jest dobrze przygotowana. Po sześciu tygodniach funkcjonowania nowych zasad już widać, że obawy pesymistów dowodzących, iż przedwczesny start systemu doprowadzi na Ukrainie do blackoutu się nie potwierdziły. Wiadomo jednak co innego – walka o nowy układ sił na ukraińskim rynku energetycznym właśnie się rozpoczęła. Jest i będzie to rywalizacja bezpardonowa, która może zmienić polityczno-biznesowy krajobraz kraju i w kluczowy sposób wpłynąć na szanse odniesienia sukcesu przez nową ekipę Zełenskiego. Kolejnym polem starcia będzie uwolnienie rynku ziemi w przyszłym roku, co prezydent oficjalnie potwierdził w swoich niedawnych deklaracjach.

 

Warto wrócić jednak do reformy rynku energetycznego. Do tej pory producenci energii elektrycznej na Ukrainie obligatoryjnie sprzedawali swą produkcję państwowemu operatorowi Energorynok, który odsprzedawał ją lokalnym dystrybutorom na podstawie oficjalnych taryf. Ten system w pewnej części został utrzymany, bo np. energetyka atomowa 90% swej produkcji nadal musiała odsprzedawać według sztywnych taryf, podobnie hydroenergetyka (choć tu udział jest niższy – 20%). Pierwsze efekty reformy nie nastrajają optymistycznie. Wzrosły ceny – według informacji publicznego operatora Ukrenergo, od 14 do 28% dla odbiorców przemysłowych. Wywołało to ostre protesty związku przedsiębiorców zrzeszającego m.in. bardzo energochłonne firmy odlewnicze i stalownie, w tym 5 kontrolowanych przez oligarchę Kołomojskiego, którego ludzie, jak się uważa, stali się „twarzą” sprzeciwu. W rezultacie w połowie sierpnia rząd Grojsmana zmienił swą uprzednią decyzję i zmniejszył do 75% obowiązek sprzedaży państwu energii wyprodukowanej przez elektrownie atomowe. Ma to umożliwić zawieranie długoterminowych kontraktów między Energoatomem a odbiorcami przemysłowymi. Jeden z 4 nowych rynków handlu energią to kontrakty długoterminowe – dwustronne, jednak w obliczu ograniczeń podaży nie wszyscy duzi odbiorcy byli w stanie podpisać umowy i musieli zaopatrywać się na rynkach krótkoterminowych, na których ceny są z reguły wyższe. Manewr ten ma uspokoić zdenerwowany przemysł, przede wszystkim oligarchów kontrolujących największych konsumentów energii elektrycznej na Ukrainie, ale gdyby patrzeć na to z punktu widzenia ludności, to z pewnością oznacza przeniesienie części kosztów związanych ze wzrostem cen na ich barki. Tym bardziej, że wraz z rozpoczęciem reformy znacząco wzrosły opłaty przesyłowe – do 1 lipca wynosiły one 5,7 kopiejki na kilowatogodzinę, a obecnie 34,7 kopiejek, ale na dodatek wprowadzono dodatkową opłatę w wysokości 8,9 kopiejki. To wszystko oznacza sześciokrotny wzrost opłat przesyłowych.

Wcale nieodosobnione są na Ukrainie głosy, że na reformie rynku energetycznego niektórzy mogą nieźle zarobić. Na beneficjenta zmian typuje się firmę DTEK oligarchy Rinata Achmetowa, która jak się szacuje kontroluje 24% rynku umów dwustronnych oraz 12% pozostałych rynków kontraktów zawieranych najwyżej z dziennym wyprzedzeniem. Firma, wykorzystując swą mocniejszą od innych „pozycję przetargową”, mogła podpisać sporą liczbę kontraktów dwustronnych, energię z których oferować może teraz na rosnących rynkach detalicznych i dlatego zależeć jej mogło na szybkim starcie reformy.

I teraz do akcji wkroczyło ukraińskie Biuro do Walki z Korupcją, które znacznie przyspieszyło ślimaczące się od kilkunastu miesięcy śledztwo w sprawie tzw. formuły Rotterdam +. Chodzi o przyjętą w 2016 roku przez Komisję ds. Regulacji Energetyki i Mediów formułę rozliczeniową, jaką publiczne podmioty płaciły za dostarczany węgiel. Ceną miała być cena rynkowa w porcie w Rotterdamie plus koszty przywiezienia na Ukrainę. Agencją kierował Dmytro Vovk protegowany ówczesnego prezydenta Poroszenki. Został on teraz oficjalnie oskarżony, wraz z 5 innymi osobami, o spowodowanie strat dla ukraińskiej gospodarki w kwocie nie mniejszej niż 750 mln dolarów. Kwota ta jest dość umowna, bo np. Andrij Gerus, specjalny reprezentant prezydenta Zełenskiego w urzędującym jeszcze gabinecie Grojsmana i ekspert rynku energetycznego jest zdania, że straty są nie niższe niż 1,2 mld dolarów i to tylko licząc dwa lata obowiązywania systemu. Cała istota tego „schematu” miała polegać na tym, że węgiel był z Donbasu, ale cena z Rotterdamu, plus zupełnie odmienne, niż rzeczywiste koszty transportu. Innymi słowy ten kto kontrolował dostawę węgla z separatystycznych republik mógł na tym sporo ugrać. I tu znów pojawia się firma DTEK Rinata Achmetowa, która jak twierdzą ukraińscy śledczy dobrze na całej operacji zarobiła. Dochód operacyjny firmy kontrolującej 20% ukraińskiego rynku energii elektrycznej wzrósł po wprowadzeniu nowego systemu rozliczeń tylko w pierwszym roku o 200 mln dolarów. I teraz zarzutami objęto dwójkę managerów DTEK-u. Ale nie tylko firma Achmetowa miała zarobić na operacji Rotterdam +. Dobrze wyczuł rynek bank inwestycyjny ICU, który, kiedy DTEK miał słabe rezultaty (przed wprowadzeniem nowego systemu rozliczeń) kupiła całą emisję jego obligacji, ze sporym dyskontem. A potem, kiedy nagłym zrządzeniem losu dla DTEK-u rozpoczęły się złote lata, sprzedał je z zyskiem. ICU jest z kolei powiązane z byłym prezydentem Poroszenką, podobnie jak szef wprowadzającej zmiany Agencji. Dziennikarze w Kijowie głośno się też zastanawiają dlaczego śledztwo NABU, które rozpoczęło się w 2017 roku, dopiero teraz tak przyspieszyło, kiedy firma Achmetowa znalazła się pod obstrzałem innych firm, również powiązanych z Kołomojskim w związku z sytuacją na rynku detalicznym energii.

Wydaje się, że właśnie zaczęła się na Ukrainie rozgrywka o dominację na najciekawszym tamtejszym rynku – energetyce. Chodzi zarówno o rynek gazu ziemnego (koniec umowy z Gazpromem w tym roku), ropy naftowej (wprowadzone niedawno specjalne cła na diesla z Rosji) oraz energetyki zawodowej, w tym jądrowej. Jeśli idzie o ten ostatni obszar, to właśnie rozstrzygnięty został przetarg na wyłonienie podmiotu, który miałby remontować jeden z bloków Chmielnickiej Elektrowni Atomowej. Przetarg i jego rozstrzygnięcie zostały ostro skrytykowane przez Andrija Gerusa, co może oznaczać, że nowy gabinet będzie chciał zablokować jego realizację. A z naszego punktu widzenia jest on istotny, bo przewiduje budowę mostu energetycznego z Ukrainy do Polski (do Rzeszowa). Chodzi o to, że zwycięzca przetargu zainwestuje ok. 250 mln dolarów w modernizację bloku nr 2 tejże elektrowni oraz zbuduje połączenie sieci energetycznych. W „nagrodę” będzie miał monopol na sprzedaż energii elektrycznej w Unii Europejskiej za pośrednictwem tego łącza, w praktyce zapewne w Polsce z marżą 3,5%. Dodatkowym bonusem ma być 14,69% rocznie odsetek od niespłaconego kapitału, bo „inwestycja” jest w gruncie rzeczy pożyczką, którą państwowa elektrownia atomowa będzie musiała spłacić dostawami energii elektrycznej. Ewentualne nadwyżki koncern przeznaczyć ma na modernizację kolejnych bloków. Zważywszy na sytuacją na polskim rynku energetycznym (deficyt energii) oraz cenę kapitału w Europie, inwestycja wygląda na bardzo korzystną dla prywatnego zwycięzcy przetargu, nieco mniej, delikatnie sprawę nazywając, dla Ukrainy. A teraz nieco informacji kto tworzy firmę, która wygrała przetarg. Otóż jest to szwedzki oddział Westinghouse, amerykańskiego giganta specjalizującego się w energetyce jądrowej, którego w 2006 roku kupiła japońska Toshiba, francuski państwowy gigant energetyczny EDF oraz kontrolowana przez Dominikę Kulczyk luksemburska spółka Polenergia. EDF wycofuje się z Polski, więc, jak można przypuszczać za relacje z polską stroną tego przedsięwzięcia odpowiada w całym konsorcjum Polenergia. W ten sposób bierzemy jako Polska, choć mam wątpliwości czy wiemy o tym, udział w grach toczących się właśnie na Ukrainie a związanych z nowym podziałem wpływów na tamtejszym rynku energetycznym. Nie ma chyba obszaru w gospodarce naszego sąsiada na którym będzie się w najbliższych miesiącach więcej działo, może za wyjątkiem równie ważnego dla nas rynku rolniczego, ale to jeszcze kilka miesięcy. I nie mogę pozbyć się wrażenia, że podobnie jak w przypadku trwającej właśnie rewolucji w tamtejszym rolnictwie, równie niezorientowani jesteśmy w tym, że trwa też rewolucja w ukraińskiej energetyce. W obydwu przypadkach, wynik toczących się rozgrywek, może mieć istotny wpływ na naszą gospodarkę. Szkoda, że nie uprawiamy w tym zakresie żadnej polityki.