Rosja – Saudowie do przerwy 0:1
Andrzej Krajewski 09.03.2020

„Rosja może przetrwać ceny ropy od 25 do 30 USD za baryłkę przez sześć do dziesięciu lat” – takimi słowami przywitał poranek 9 marca 2020 r. minister finansów Anton Siłuanow. (A przynajmniej tak przekazała z Moskwy agencja Reuters). Od kiedy Rosjanie zaczęli hucznie obchodzić Międzynarodowy Dzień Kobiet każdy poranek 9 marca bywa tam bolesny. Jednak akurat ten ma szansę na długo wryć się w pamięci, bo kac tym razem szybko nie zniknie. Acz winą za niego można obarczyć nie wódkę, lecz ropę naftową.

 

W zeszłym tygodniu na szczycie krajów OPEC Arabia Saudyjska szukała porozumienia z Kremlem, oferując wspólne ograniczenie limitów wydobycia surowca, żeby zapobiec dalszym spadkom cen. Rzecz szła o marne 1,5 miliona baryłek dziennie tak, żeby utrzymywać rynkową równowagę, gdy epidemia koronawirusa zdusiła światowy popyt na paliwa płynne. Tymczasem, ku zaskoczeniu uczestników wiedeńskiego spotkanie, w piątek Moskwa przekazała im na pożegnanie twarde „niet”. Tu trzeba przyznać Władimirowi Putinowi, że w ciągu tygodnia udało mu się pokazowo przeczołgać kluczowych, bliskowschodnich przywódców.

Szukający sposobu na zapobieżenie dalszym starciom z siłami syryjskimi i rosyjskimi w prowincji Idlib, prezydent Turcji Recep Erdoğan musiał, podczas wizyty na Kremlu, przełknąć kilka bolesnych upokorzeń. Na rozpowszechnianych przez rosyjskie media nagraniach widać, jak razem z doradcami pokornie czeka na audiencję, mając za plecami portret generała Aleksandra Suworowa. Potem car Putin przyjmuje go w sali, gdzie w tle widać rzeźbę Katarzyny Wielkiej. Ankara czułaby się o wiele mniej poniżona, gdyby prezydent Polski przyjmował Erdoğan na tle wielkiego malowidła z cyklu Jana III Sobieskiego pod Wiedniem. Polski król jedynie uniemożliwił Turkom zdobycie stolicy Austrii i zadał kilka bolesnych klęsk. Rosyjscy bohaterowie byli bliscy doprowadzenia Turcji do definitywnego upadku i jej rozbiorów.

Po takim samodowartościowaniu się Putin, tuż przed rozpoczęciem fetowania Dnia Kobiet, przywalił jeszcze Saudom, a pośrednio także Amerykanom. Niskie ceny ropy boleśnie uderzają w dynastię władającą od wieków Arabią Saudyjską. Ich spadek po 2008 r. zmusił naftowy kraj do zadłużania się, ograniczania wydatków oraz zainicjowania nieśmiałych reform, mających rozładować społeczne napięcia.

Z kolei jeśli baryłka ropy kosztuje mniej niż 50 dolarów, wydobywanie jej z łupków bitumicznych przestaje się opłacać. To oznacza poważny kryzys dla nowej gałęzi przemysłu, jaka w ciągu ostatniej dekady wyrosła w USA. Kreml gra więc va banque, licząc na wpędzenie dwóch największych konkurentów na rynku naftowym w poważne kłopoty. Minister finansów Siłuanow w poniedziałkowy poranek oznajmił optymistycznie, iż na rosyjskim funduszu rezerwowym zgromadzono ponad 150 mld dolarów i Moskwa może sobie pozwolić na „wojnę naftową” trwającą nawet dekadę.

Nota bene już w niedzielę wypowiedzieli ją, mający głęboko w nosie Międzynarodowy Dzień Kobiet, Saudowie. Pierwszy strzał, czyli zwiększenie przez nich wydobycia z 9,7 mln baryłek dziennie do ponad 10 mln, przyniósł natychmiast załamanie rynku. Od zakończenia w 1991 r. wojny w Zatoce Perskiej ropa nie taniała tak błyskawicznie. W jeden dzień baryłkę można kupić średnio już nie za 55 lecz ledwie 35 dolarów. A może być jeszcze taniej, bo Arabia Saudyjska nie wykluczyła dalszego wzrostu wydobycia.

Tak niepostrzeżenie coś, co jeszcze do piątku było przede wszystkim grą ekonomicznych interesów, zamieniło się w polityczny mecz. Zaczyna on przypominać rozgrywkę, jaką trzydzieści pięć lat temu prowadziły miedzy sobą, z jednej strony Związek Radziecki, z drugiej zaś Arabia Saudyjska oraz Stany Zjednoczone.

Preludium do niej stanowiła ekspansja ZSRR na Bliskim Wschodzie za rządów Leonida Breżniewa. W jej trakcie w sowieckiej strefie wpływów znalazły się reżymy, rządzące w: Syrii, Jemenie Północnym, Jemenie Południowym, Etiopii i Iraku. Do tego jeszcze Armia Radziecka zajęła Afganistan. Zasiadający na tronie w Rijadzie od czerwca 1982 r. król Bin Abdul Aziz Fahd z wielkim niepokojem śledził te sukcesy Kremla.

Podobnie rzecz się miała w Waszyngtonie. Choć akurat tam ekipa prezydenta Ronalda Reagana, na czele z dyrektorem CIA Williamem Casey’em, skupiła się przede wszystkim na poszukiwaniu słabych punktów sowieckiego imperium. „Analitycy CIA obliczyli, że jednodolarowy spadek ceny baryłki ropy oznacza dla Moskwy stratę od pięciuset milionów do miliarda dolarów rocznie, i to w walucie wymienialnej, mającej decydujące znaczenie dla gospodarki sowieckiej” – zapisał Peter Schweizer w książce „Wojna Reagana”. Tymczasem jedynym krajem, który samodzielnie mógł dyktować światu ceny ropy była, posiadająca największe złoża, Arabia Saudyjska.

Jedyną przeszkodą, by Waszyngton i Rijad solidarnie dobrały się do skóry wspólnego wroga, stanowiła przeszłość. Ród Saudów długo nie mógł zapomnieć wsparcia, jakiego USA udzieliły Izraelowi w 1973 r. podczas wojny Yom Kippur. Jednak poczucie zagrożenia znakomicie rozwija umiejętność wybaczania.

Wedle Petera Schweizera, pierwszym, który zaproponował w Waszyngtonie, by zdestabilizować ZSRR przez radykalne obniżenie ceny ropy naftowej na światowych rynkach, był dyrektor CIA William Casey. Namówienie wszystkich krajów zrzeszonych w OPEC do podjęcia takich działań nie miało szansy powodzenia. Natomiast zawarcie cichego układu z Saudami wydawało się możliwe. Prezydent Reagan, od początku swych rządów wykonywał pod ich adresem kolejne, przyjazne gesty. Arabia otrzymywała najnowocześniejszą broń, a ponadto Waszyngton zagwarantował jej militarne wsparcie, w razie zagrożenia ze strony: Iraku, Iranu lub ZSRR.

Wreszcie w lutym 1985 r. do USA z przyjacielską wizytą wybrała się sam król Fahd. Towarzyszący mu minister do spraw wydobycia ropy szejk Yamani w jej trakcie podjął dyskretne rozmowy z sekretarzem stanu George’em Shultzem i sekretarzem do spraw energii Johnem Harringtonem. Obie strony omawiały różne scenariusze obniżenia światowych cen ropy. Saudowie godzili się na wspólną rozgrywkę, żeby mocno „przywalić” sowietom, lecz w zamian domagali się rozlicznych gwarancji finansowych i militarnych od Amerykanów, żeby samemu zbyt mocno nie oberwać.

O tym, że w końcu osiągnięto porozumienie najlepiej świadczyło to, co zaczęło się dziać z cenami ropy w połowie 1985 r. Arabia Saudyjska nagle zwiększyła wydobycie surowca. Dla kraju, posiadającego jedną czwartą światowych zasobów, zbicie ceny ropy nie okazało się specjalnie trudne. Po tym, jak Saudyjczycy z 2 mln baryłek dziennie podnieśli wydobycie do 9 mln, na giełdach cena spadła z ponad 31 do zaledwie 10 dolarów za baryłkę. To sprawiło, że do budżetu ZSRR wpłynęło o jakieś 30 proc. mniej dewiz, niż w roku poprzednim i był to dopiero początek nieszczęść. Tania ropa uderzyła w dochody głównych importerów sowieckiej broni. Z powodu zapaści finansowej Irak i Libia musiały wstrzymać kolejne zamówienia.

„Obniżka cen ropy była rujnująca, po prostu rujnująca. Była to katastrofa. Przepadły setki miliardów” – wspominał złamanie gospodarki ZSRR członek Komitetu Centralnego KPZR Jewgienij Nowikow. Chcąc zapewnić ludności imperium żywność Kreml musiał zacząć płacić swoim zachodnim dostawcom złotem. Pojawienie się nadmiaru kruszcu na rynku natychmiast przyniosło spadek jego wartości. Tak budżet ZSRR wpadał w trudny do opanowania korkociąg.

Świeżo upieczony I Sekretarz KC Michaił Gorbaczow nakazał wówczas wstrzymać w ZSRR dziesiątki inwestycji przemysłowych, jednocześnie zaciągając kredyty w zachodnich bankach. Na początku 1986 r. Biuro Polityczne KPZR wysłało do Arabii Saudyjskiej pełen gróźb list. Ostrzegano w nim króla Fahda przed „nieobliczalnymi konsekwencjami”, jakie poniesie jego kraj, jeśli nie zaprzestanie zaniżania ceny ropy. Jednocześnie proponując tajne negocjacje w Genewie. Mając pełne poparcie Waszyngtonu Fahd nie godził się jednak na żadne ustępstwa do połowy 1986 r. W tym samym czasie Związek Radziecki „wykrwawiał się” finansowo także w Afganistanie. Wedle ostrożnych szacunków tamta wojna kosztowała ZSRR ok. 100 mld dolarów.

Upór Fahda i Afganistan stały się tymi czynnikami, które ostatecznie zrujnowały sowieckie finanse. W październiku 1986 r. Michaił Gorbaczow jechał do Rejkiawiku na spotkanie z Ronaldem Reaganem, by prosić o pokój. Natomiast Arabia Saudyjska mogła spokojnie zacząć ograniczać wydobycie ropy, windując jej ceny. Mecz rozegrany z Moskwą skończył się wynikiem 0:1 dla Saudów.

Dziś były oficer KGB Władimir Putin, najwyraźniej planuje srogi rewanż za ówczesną porażkę. Ma na to szansę, jeśli Waszyngton i Rijad z powodu sprzecznych interesów nie połączą sił. Ale z graniem va banque bywa tak, że łatwo jest przelicytować, zwłaszcza gdy ma się niewątpliwy talent do robienia sobie wciąż nowych wrogów. Nie ma bowiem gwarancji, że obniżenie ceny baryłki ropy poniżej 25 dolarów nie okaże się ceną, jaką Saudowie uznają za wartą do zapłacenia, jeśli w efekcie przyniesie to im wygranie z Kremlem kolejnego meczu.