Rosyjska Arktyka
Andrzej Krajewski 09.12.2019

W Arktyce robi się coraz bardziej gorąco i to nie do końca za sprawą ocieplenia klimatu.

Wedle dorocznego raportu duńskiej Wojskowej Służby Wywiadowczej (FE), opublikowanego pod koniec listopada, wkrótce region północnego koła podbiegunowego wraz z Grenlandią i Islandią może stać się miejscem zaostrzającego się konfliktu pomiędzy mocarstwami.

„Jeszcze 11 lat temu Arktyka nie była nawet wspomniana w ocenie ryzyka, a teraz została uznana za najważniejsze zagadnienie” – skomentował tezy zawarte w dokumencie, analityk Duńskiej Królewskiej Akademii Wojskowej Jon Rahbek-Clemmensen w rozmowie z agencją Ritzau.

Przy czym spośród konkurujących tam ze sobą: Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji, ta ostatnia wykazuje największą determinacją w wyścigu do roztoczenia kontroli nad Daleką Północą. Kreml ma bowiem aż nazbyt wiele powodów, żeby bić się o Arktykę i to do upadłego.

Pierwszy z nich jest nieustannie aktualny od dobrych pół tysiąca lat. Już car Iwan Groźny zauważył, że Rosja aby rosnąc w siłę, musi posiadać własne porty. Stoczył więc serię wojen o dostęp do Bałtyku z Rzeczpospolitą i Szwecją. Na trwałe wyrąbał go car Piotr I, przenosząc też stolicę do zbudowanego przez siebie portowego miasta Petersburg. Wszystko w imię modernizacji imperium. Ale Bałtyk łatwo może zamknąć ten, kto panuje nad Cieśninami Duńskimi. Przez cały XVIII oraz XIX wiek kolejni carowie prowadzili więc ekspansję na południe, żeby przejąć kontrolę nad Morzem Czarnym. Jednak żegluga po nim, podobnie jak po Bałtyku, uzależniona jest od dobrej woli państwa trzymającego w swym ręku cieśniny Bosfor i Dardanele. Kilkakrotnie znajdowały się one dla Kremla na wyciągnięcie ręki, gdy rosyjscy żołnierze gromili Turków. Po raz ostatni było tak w 1878 r., kiedy carska armia stanęła na przedmieściach Konstantynopola. Jednak w takich momentach za każdym razem do akcji wkraczała Wielka Brytania, posyłając swą potężną flotę na Morze Czarne i organizując koalicję państw, biorących Turków w obronę.

Zjednoczone Królestwo nie tylko skutecznie odcinało Rosję od możliwości swobodnego korzystania z Morza Śródziemnego ale też uniemożliwiło opanowanie Afganistanu i Iranu. Trwająca kilka dekad rozgrywka między dwoma mocarstwami o te region świata zyskała sobie nazwę „Wielkiej Gry”. Petersburg znów poniósł porażkę i nie spełniło się marzenie, ujęte w głośnym już dwieście lat temu zdaniu o „rosyjskim żołnierzu myjącym buty na brzegu Oceanu Indyjskiego”. O mały włos a udałoby się to nad brzegami Pacyfiku. W 1898 r. Rosja wymusiła na Chinach wydzierżawienie bazy morskiej Portu Arthur wraz z przyległymi ziemiami. W ten sposób Petersburg odebrał wynagrodzenie za pożyczkę udzieloną Pekinowi na spłatę reperacji wojennych, należnych Japonii. Szczęście trwało krótko, bo w Tokio dostrzeżono, jak wielkim zagrożeniem jest Rosja, posiadająca swobodny dostęp do Oceanu Spokojnego. Po zaskakującym ataku w 1904 r. i wygranej wojnie Japonia przejęła Port Arthur i odepchnęła Rosję od Pacyfiku.

Pomimo podbicia olbrzymich obszarów w XIX w. i wyrośnięciu na największe państwo globu Rosja nie osiągnęła pozycji kluczowego mocarstw świata, którą dzierżyła, panująca nad oceanami Wielka Brytania. Po niej zaś przejęły ją Stany Zjednoczone. Poza tym po rewolucjach i wojnie domowej, opanowany przez komunistów kraj potrzebował trochę czasu, by powrócić do planowania swej ekspansji. Jednak w 1932 r. Józef Stalin nakazał szukać rozwiązania, jak sowieckie statki mogłyby dotrzeć do Władywostoku, bez konieczności pokonywania całego Atlantyku, Kanału Panamskiego, a następnie Pacyfiku. Mając do dyspozycji nieliczne magistrale kolejowe, ciągnące się przez Syberię, trudno było myśleć o odebraniu Japonii dominującej pozycji na Dalekim Wschodzie. Utworzonym z polecenia Stalina Komitetem Północnej Drogi Morskiej, kierował dyrektor leningradzkiego Instytutu Arktycznego prof. Otton Schmidt. Komitet ów stał się znany na całym świecie, gdy przeprowadził oryginalny eksperyment z udziałem kupionego od Danii małego frachtowca o wyporności 7,5 tys. Na statku, nazwanym na cześć rosyjskiego podróżnika imieniem „Czeluskin”, zaokrętowano 112 ludzi i w połowie lipca 1933 r. wypłynął on z Leningradu, żeby dotrzeć przez Arktykę do Władywostoku. Zupełnie jak w sztandarowej taktyce Armii Czerwonej, nazywanej „rozpoznawanie pozycji wroga bojem” postanowiono sprawdzić, czy zwykła jednostka handlowa, a nie specjalnie przystosowany lodołamacz, może przebić się północnym szlakiem morskim. Eksperyment udał się średnio, bo „Czeluskin” utknął w lodowej krze, a następnie został przez nią zmiażdżony. Jednak załoga zeszła na pole lodowe i dryfowała wraz z nim przez Arktykę. Jej losem emocjonował się cały świat. Co zmobilizowała władze ZSRR do zorganizowania akcja ratunkowej, której sukces (zginęło jedynie 10 uczestników wyprawy) bardzo poprawił wizerunek Związku Radzieckiego na arenie międzynarodowej.

To potknięcie nie zniechęciło Kremla do starań o znalezienie sposobu, by Arktyka stała się pożądanym oknem na świat. Z tej przyczyny pierwszym statkiem cywilnym o napędzie atomowym zbudowanym w ZSRR był lodołamacz „Lenin”. I Sekretarz KC Nikita Chruszczow planował nie tylko budowę jeszcze ośmiu kolejnych lodołamaczy atomowych, lecz chciał też sprawić, by w dalszej przyszłości okazały się one… zupełnie niepotrzebne. Goszczącemu w Moskwie w 1958 r. dziennikarzowi Lucienowi Barnier zaprezentowano przygotowywany przez Instytut Energetyki ZSRR projekt podgrzania Dalekiej Północy przy pomocy ciepłej wody, przepompowywanej przez Cieśninę Beringa z Oceanu Spokojnego. „Przy użyciu kilkuset olbrzymich pomp, poruszanych energią jądrową z elektrowni o mocy 3 milionów kilowatów” – tłumaczył Barnier na łamach organu prasowego Komunistycznej Partii Francji dziennika „L’Humanite”. Gigantyczne przedsięwzięcie umarło jeszcze w fazie projektów, a na początek roztapiania się lodów Arktyki Kreml musiał poczekać pół wieku. Nim rozpoczęło się na dobre, rozpadła się Związek Radziecki.

Kryzys, w jakim znajdowała się Rosja w latach 90. ubiegłego stulecia, zaowocował ugodową postawą bardzo rzadką w polityce zagranicznej Moskwy. Ówczesny prezydent Borys Jelcyn przystał w 1996 r. na kanadyjską inicjatywę stworzenia Rady Arktycznej. Weszło do niej osiem państw, posiadających terytoria w okolicach kręgu polarnego: Rosja, Stany Zjednoczone, Dania, Kanada, Norwegia, Finlandia, Islandia i Szwecja. Wszelkie sprawy dotyczące Dalekiej Północy miały być załatwiane podczas posiedzeń Rady. Międzynarodowa instytucja funkcjonowała dobrze do momentu, gdy nowym prezydentem Rosji został Władimir Putin, a pod arktycznym dnem odkryto ogromne złoża ropy i gazu. Wówczas do kluczowego powodu stałego zainteresowania Rosji dla Dalekiej Północy, jakim jest strategiczny szlak morski, doszedł jeszcze drugi. Wedle szacunków agencji naukowo-badawczej US Geological Survey ogłoszonych w 2008 r., arktyczne złoża mogą zawierać nawet 46 trylionów metrów sześciennych gazu, i 90 mld baryłek ropy. To oznacza, że pod Oceanem Arktycznym może znajdować się nawet połowa dostępnych dla ludzkości zasobów tych paliw. Do tego dochodzą pokłady: złota, srebra i miedzi. Jest więc o co się bić. Zaś putinowska Rosja regularnie udowadnia, że no boi się bijatyk. Pierwszym pokazem siły była ekspedycja „Arktika-2007”. Dwa batyskafy „Mir” (po polsku „Pokój”) latem 2007 r. opuściły się na dno morskie przy Biegunie Północnym, by zatknąć tam, wykonaną z tytanu flagę Federacji Rosyjskiej. „Celem ekspedycji nie była eskalacja roszczeń, ale dostarczenie dowodów, że nasz szelf kontynentalny rozciąga się aż do bieguna północnego” – oświadczył wówczas minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow. W tym samym czasie Rosjanie rozpoczęli budowę infrastruktury wydobywczej na Półwyspie Jamalskim i podpisali szereg porozumień z zagranicznymi koncernami na eksploatację złoża Sztokmana, uznawanego za jedno z najzasobniejszych w gaz na świecie. Gazprom zaś przygotowywał kolejne platformy morskie, przeznaczone do eksploatacji złóż spod morskiego dna.

Ale w momencie, gdy ekspansja przyśpieszała w Ameryce spadały ceny ropy i gazu za sprawą rewolucyjnej technologii, umożliwiającej wydobyciem tych surowców z pokładów łupków bitumicznych. Spadek rynkowych cen sprawił, że eksploatacja surowców w Arktyce przestała się opłacać z racji kosztów. Mimo bolesnego rozczarowania Kreml nie zamierza na Dalekiej Północy odpuszczać, bo przecież z roku na rok lody znikają, co otwiera wreszcie wymarzony szlak żeglugowy a i eksploatacja bogactw staje się łatwiejsza. Dlatego w 2014 r. powstał w Rosji nowy okręg wojskowy – Połączone Dowództwo Strategiczne Północ. Jego głównymi siłami są Flota Północna oraz kolejne baterie rakiet ziemia-powietrze S-400, sukcesywnie rozmieszczane na Półwyspie Kola oraz grupie wysp nazywanych Nową Ziemią. Kiedy prezydent USA Donald Trump zaproponował rządowi Danii odsprzedanie Grenlandii, to jego głośna oferta stanowiła odpowiedź na politykę Kremla na Dalekiej Północy. Trudno bowiem zakładać, by Stany Zjednoczone, a także Chiny obserwowały poczynania Rosji w tak ważnym regionie świata z założonymi rękami. Nadciągające arktyczne lato może więc być jedynie gorętsze.