Państwo i Prawo
Różnica między kijem a marchewką
Łukasz Warzecha 09.03.2021

Rząd PiS, jak wiadomo, lubi niskie podatki, więc szykuje nam kolejny niski podatek, który ma szansę podwyższyć ceny napojów, i tak już podwyższone przez inny niski podatek, a mianowicie cukrowy. Ma to być podatek od plastiku, przedstawiany obłudnie jako „kaucja”. W tym kontekście warto przypomnieć kilka podstawowych pojęć i rozprawić się z pewnymi mitami.

 

Przede wszystkim, gdy ostatecznie kształt systemu zostanie ujawniony, wiele osób może czekać szok. Bardzo bowiem możliwe, że podatek zostanie nałożony nie tylko na butelki z napojami, ale też na praktycznie wszystkie opakowania plastikowe, a więc także np. te z jogurtem czy kefirem. Rachunek za typowe zakupy w markecie wzrośnie skokowo nawet o kilkadziesiąt złotych (kaucja może wynieść ponad 1 zł za każde opakowanie), co dla wielu uboższych osób będzie barierą nie do przejścia. Mało tego – mowa jest o tym, że zwrot wcale nie będzie w gotówce, ale w jakich bonach na zakupy. Kto miałby zapewniać obsługę takiego systemu i za ile? 

Zacząć trzeba jednak od wątpliwości podstawowej: aby faktycznie był to system kaucyjny, trzeba by sprawić, że kupujący będzie miał możliwość zwrócenia plastikowych butelek praktycznie wszędzie. A w to, obserwując sprawną organizacyjną polskiego państwa, jakoś nieszczególnie chce mi się wierzyć. Rozwiązania logistyczne są tutaj dwa. Albo butelki plastikowe przyjmowałyby wszystkie sklepy, może poza najmniejszymi – ale to oznacza dla tych sklepów ogromne dodatkowe koszty, związane z koniecznością przechowywania takich butelek i przekazywaniem ich dalej. Te koszty, rzecz jasna, ponieślibyśmy my sami, bo sklepy wrzuciłyby sobie to w marże – chyba że dostaną na to pieniądze, ale przecież będą to nasze pieniądze. Co ciekawe, w rozmowach z lobbystami systemu kaucji kwestia kosztów po stronie sklepów w ogóle się nie pojawia. Tak jakby system miał być bezkosztowy. 

Albo – wersja druga – państwo, zapewne we współpracy z producentami napojów, stworzyłoby sieć automatów, zwracających kaucję. Jednak jest to przedsięwzięcie bardzo poważne, o ogromnym zasięgu – bo aby miało to sens, sieć musiałaby obejmować faktycznie każdą gminę, a przecież w ogromnej części z nich jeden automat by nie wystarczył. Ba, w tych większych takich punktów musiałoby być po kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt. A teraz proszę uważnie obserwować, kto i za ile zaoferuje odpowiednie rozwiązania techniczne. 

Możliwe jest także rozwiązanie mieszane. Tak czy owak, każdy z tych wariantów generowałby niemałe koszty. 

A przecież my już ponosimy absurdalnie wysokie koszty pozbywania się odpadków, w tym również plastikowych. Wobec coraz bardziej restrykcyjnego systemu nadzoru (przypominam, że rząd umożliwił już gminom wprowadzanie śmieciowej inwigilacji), dodatkowe utrudnienie w postaci kaucji za plastikowe butelki jawi się nie jako krok w jakimkolwiek stopniu racjonalny, ale jako nonsensowne utrudnienie dla ludzi. 

Po drugie – kaucję tę przedstawia się jako „zachętę” dla kupujących, co by następnie odnosili plastikowe butelki do skupu. To jednak bezzasadne użycie pojęcia „zachęta”, podobnie zresztą jak w wielu tego typu przypadkach (i przy polityce miejskiej, dyskryminującej kierowców, a przedstawianej jako „zachęta” do korzystania z transportu miejskiego, i przy selektywnej zbiórce odpadów, gdzie drakońskie kary za jej brak przedstawia się jako „zachętę” do recyklingu). Co byłoby prawdziwą zachętą? Sytuacja, w której ktoś byłby za określone zachowanie premiowany, ale nie traciłby niczego, gdyby się na nie nie zdecydował. W tym przypadku konkretnie oznaczałoby to premię wypłacaną za zwrot plastiku, a nie kaucję nakładaną na każdy produkt w nim sprzedawany. Dla konsumenta, który nie chce butelki zwracać, nic by się nie zmieniło. Kto by natomiast chciał ją zwrócić, byłby premiowany niewielką kwotą. Nietrudno przewidzieć, że tego typu rozwiązanie uruchomiłoby bardzo pożyteczny społecznie mechanizm: zbieraniem ewentualnie zaśmiecających przestrzeń plastików zajęliby się obywatele żyjący w sposób, powiedzmy, swobodny, dla których dodatkowe kilka złotych oznaczałyby szansę na dodatkowe piwo. I bardzo dobrze. 

Tyle że ten model, oddający właściwie sens pojęcia zachęty, nie jest przez rządzone przez socjalistów państwo uwzględniany – pod naciskiem ekologicznych NGO-sów. Ustawa śmieciowa – przypominam: autorstwa PO, pogorszona dramatycznie przez PiS – nie opiera się przecież na zachętach. Drastycznie wyższe koszty wywozu śmieci w przypadku braku selekcji i wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej to nie są żadne zachęty czy, mówiąc w przenośni, żadna marchewka. To wyłącznie kij, wielki i sękaty, trzymany przez tępego, socjalistycznego nadzorcę. Unijnego w tym przypadku, bo tam jest źródło tego nonsensu. 

System zachęt musiałby wyglądać całkiem inaczej. Na przykład powstałby program, do którego zgłoszenie się byłoby dobrowolne, a który dawałby możliwość znaczącej obniżki opłat lub wręcz ich umorzenia dla osoby, która zdecydowałaby się na selekcję śmieci. Ale uwaga: dla pozostałych stawki musiałyby pozostać takie, jakie były przed tym, nim fatalna ustawa śmieciowa całkowicie popsuła rynek, praktycznie likwidując konkurencję, tworząc lokalne monopole, nowe możliwości korupcyjne (firmy mają potężny impuls, żeby wygrywać lokalne przetargi, bo oznacza to dla nich – inaczej niż przedtem – być albo nie być, znacznie większe przychody oraz często trwałą eliminację konkurencji) oraz absurdalnie windując ceny. 

Niektórzy zwolennicy systemu kaucji posługują się argumentem „niemożeciewytrzymizmu”, który stał się przysłowiowy za sprawą pytań powtarzanych w kontekście lockdownu wiosną 2020 r. przez Eryka Mistewicza („naprawdę nie możecie wytrzymać dwóch tygodni bez podróży/restauracji/spacerów/siłowni itd.?”). Argumentują, że „wodę można sobie przecież nalać do ekologicznej wielorazowej butelki z kranu”. No jednak nie. 

Pierwsza kwestia to ta, że jest to nieuprawniona ekstrapolacja własnych preferencji na innych. Mniej więcej taka sama, jak gdy zatwardziali samochodofobi przekonują, że zawsze i wszędzie można dojechać rowerkiem, ewentualnie transportem miejskim. Czy zawsze i czy wszędzie – mocno wątpię. Ale zostawiając to pytanie na boku – dlaczego inni mieliby być zmuszani do dostosowania się do czyjegoś stylu życia, w dodatku wynikającego z jego ideologicznych idiosynkrazji? 

Druga jest kwestia praktyczna. Jeśli ktoś pija wyłącznie wodę niegazowaną i nie przeszkadza mu smak wody z kranu, modna ekologiczna buteleczka faktycznie będzie dla niego świetnym rozwiązaniem. Ale jeżeli ktoś – jak ja – zdecydowanie woli wodę gazowaną, a od czasu do czasu inne gazowane napoje, to nie jest to już rozwiązanie dla niego. Piszę to, żeby ekomodnisiom uświadomić, że są wokół nich ludzie z innymi niż oni upodobaniami, których stosowane przez nich rozwiązania nie zadowolą. 

Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, rozwiązaniem nie jest również zmuszenie producentów do przerzucenia się na szkło. Szkło jest znacznie cięższe niż plastik, więc nietrudno pojąć, iż jego transport będzie nie tylko droższy, ale też będzie generował większe zanieczyszczenia – i to nawet gdybyśmy nieracjonalnie uznali, że będzie się on odbywał w stu procentach „ekologicznymi” ciężarówkami o napędzie elektrycznym (co jest zwyczajnie nierealne). Nie mówiąc już o aspekcie praktycznym na poziomie konsumenta: noszenie ze sobą szkła obciąża znacznie bardziej niż noszenie plastiku. 

Jest wreszcie aspekt ekonomii czasu. Jeżeli komuś nie odpowiada woda z kranu i kupuje regularnie napoje w plastikowych butelkach, to oznacza, że chcąc odzyskać swoje pieniądze w jakiejkolwiek formie, byłby zmuszony (a przypominam kolejny raz, że mamy już selekcję śmieci!) również regularnie poświęcać swój czas i wysiłek na spakowanie zapewne dużej liczby pustych butelek do jakichś worków i odtransportowanie ich do punktu zbiórki. Pół biedy, gdyby mógł to być każdy sklep, ale w to jakoś nie wierzę. To oznacza, że konsument musi zainwestować swój własny czas i wysiłek, ale nie będzie miał z tego żadnej wartości dodanej. Będzie to jedynie minimalizacja, bo nawet niezniwelowanie strat, które i tak będą (czas, paliwo, wysiłek – kwestie w większości niewymierne, ale przecież ostatecznie też przeliczalne na pieniądze). 

A teraz zróbmy wysiłek i postawmy się w sytuacji ubogiego i z trudem poruszającego się polskiego emeryta (niestety – jest to sytuacja typowa). Taki ktoś dostanie rachunek w sklepie o kilka lub kilkanaście złotych wyższy i będzie to dla niego dramat. Żeby jakoś odzyskać te pieniądze, choćby w formie bonu na kolejne zakupy (pytanie, gdzie takie bony byłyby honorowane), będzie musiał wykonać wysiłek dla osoby starszej będący poważną uciążliwością: zebrać puste plastiki i iść z nimi do punktu zbiorczego. Pół biedy, jeśli taki punkt będzie przy sklepiku, gdzie zawsze robi zakupy. A jeśli nie? Ale to już ekomodnisiów, dojących sojową latte z ekologicznych kubków, nie interesuje. 

Jak więc w praktyce skończy się wprowadzenie kaucji za plastikowe butelki? Łatwo przewidzieć. Napoje w nich sprzedawane podrożeją (część kolejny już raz), większość je kupujących nie będzie miała chęci ani czasu, żeby zajmować się ich dostarczaniem do punktów zbiorczych, których zapewne będzie niewiele (kto próbował kiedykolwiek skorzystać z tzw. PSZOK wie, o czym mówię – PSZOK–i to instytucje skrajnie nieprzyjazne, na ogół otwarte w absurdalnych godzinach i położone w odległych miejscach), a wpływu na zaśmiecanie plastikiem nie będzie to miało żadnego. Jedyny zatem skutek będzie taki, że wzrosną ceny. Nie będziemy też mieli efektu zatrudnienia do oczyszczania okolicy panów kloszardów, jeśli – jak mówi część przecieków o spodziewanym kształcie systemu – zwrot nie będzie w gotówce, ale w kuponie do wykorzystania w sklepie (co, nawiasem mówiąc, tworzy kolejne problemy organizacyjne i logistyczne). 

Ten projekt to kolejne ekooszołomskie wymysły, ignorujące rzeczywistość ekonomiczną i społeczną, wychodzące z wyjątkowo szkodliwego Ministerstwa Klimatu, a wynikające z jednej z nowych obsesji Zachodu – walki z plastikiem, jedną z najpożyteczniejszych, najbardziej ułatwiających życie substancji, jakie człowiek kiedykolwiek wynalazł. Znów płyniemy tu w głównym nurcie ekoświrostwa, nie zbaczając ani o centymetr.