Rozprawa o Pochodzeniu i Podstawach Nierówności Między Ludźmi
Robert Gwiazdowski 04.01.2020

Zdaniem Vilfreda Pareto „twierdzenie o obiektywnej równości ludzi jest tak absurdalne, że nie zasługuje nawet na to, aby je obalać”. Ale w kontekście narastających sporów o nierówności, trzeba jednak zająć się tym tematem. Więc postanowiłem skrócić trochę to, co napisałem w książce „Równość i (Nie)sprawiedliwość”. Tu nie będzie przypisów i grafik (jak ktoś koniecznie chce znajdzie je w wy, to taka wersja elektroniczna powinna być łatwiejsza w udostępnianiu. Skoro bowiem kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą, to prawdę trzeba powtórzyć 2000 razy, żeby się obroniła przed kłamstwem.

 

Ludzie rodzą się równi – jak ogłosili liberałowie już w XVII wieku – tylko w sensie formalnoprawnym. Pod innymi względami równi nie są. Różnice między nimi są tak samo naturalne, jak – dajmy na to – między jeleniami. Jeleń, który głośno ryczy i ma największe poroże, staje się królem rykowiska. Prawda, że to trywialne i w zasadzie nie ma o czym pisać? Nie byłoby, gdyby nie teorie głoszące, że wśród ludzi powinno być inaczej, bo to kultura kształtuje naturę, a ludzie tym się różnią od jeleni, że są „kulturalni”. Kultura jednak nie jest w stanie zmienić faktu, że ludzie, podobnie jak jelenie, mają swoje atraktanty, które działają jak poroże u jelenia. Z tą różnicą, że niektóre z nich ludzie sami potrafią wytworzyć. Jeleń nie zmieni wielkości swojego poroża, a mężczyzna może zmienić zasobność swojego portfela – bez względu na to, jak „seksistowsko” to nie zabrzmi. Mieczysław Wilczek – zasługujący na miano ojca polskiego kapitalizmu bardziej od Leszka Balcerowicza – opowiadał, że jego narzeczona mówiła koleżankom dziwiącym się, co widzi w takim niskim mężczyźnie, że jak stanie na portfelu, to jest wyższy od niej. Niesprawiedliwa różnica w grubości portfela może wyrównać inne niesprawiedliwe różnice.

Gdy amerykańscy Ojcowie Założyciele, podążając za ideą Johna Locke’a, ogłaszali światu w Deklaracji Niepodległości „prawdy oczywiste, że ludzie rodzą się wolni i równi”, chodziło im o równość wobec prawa i równość szans – coś, czego nie było w skutej okowami feudalizmu Europie. Ale równości genów ustanowić się nie da. Dlatego, gdy zaczęto posługiwać się ideą równości wszystkich ludzi, nie postulowano, by każdy posiadał tyle samo, lecz by miał równe z innymi, nieograniczone żadnymi przywilejami prawo do korzystania ze swojej pracy i własności. Tak rozumiana równość oznaczała jedynie „równą ochronę” dóbr i praw, które bynajmniej nie są równe.

Równi możemy być jedynie wobec prawa. Pod każdym innym względem jesteśmy nierówni. Mamy różne cechy fizyczne i psychiczne i w różny sposób je wykorzystujemy. Różnic tych nie da się ani oszacować, ani wyeliminować. W efekcie mamy różnej wysokości dochody i majątek. I to jest ta różnica, którą biorą na cel zwolennicy zwalczania nierówności, bo przecież nie mogą zwalczać różnic w urodzie. Nierówność ekonomiczna jest jednak tylko jedną z form nierówności i konsekwencją innych nierówności.

Egalitaryzm jest możliwy do osiągnięcia tylko poprzez naruszenie praw natury, wolności i zasady równości wobec prawa. Skoro bowiem istnieją naturalne różnice między ludźmi, to można je zniwelować tylko poprzez nierówne ich traktowanie. W ten sposób cel popada w konflikt ze stosowanymi środkami, gdyż na doskonałą równość składa się także równe traktowanie poszczególnych jednostek. Jeżeli będziemy traktować w równy sposób ludzi różniących się między sobą, w efekcie nadal pozostaną oni nierówni. Jeśli zaś potraktujemy ich w sposób różny, to tym samym nie mogą oni być równi – są nierówni pod względem sposobu traktowania. Jak z tego wynika, „równość wobec prawa i równość ekonomiczna nie tylko różnią się między sobą, ale pozostają wzajemnie w konflikcie. Możemy uzyskać jedną albo drugą, ale nigdy obydwie naraz” – twierdził Friedrich Hayek.

Może więc pytanie „dlaczego niektórzy ludzie są biedni?”, trzeba zastąpić pytaniem – jak czyni to David Boaz – „dlaczego niektórzy ludzie są bogaci?”. Przecież w całej historii ludzkości biednych było dużo, a bogatych mało! No właśnie! Dlaczego?

  1. Biologia

O nierównościach między ludźmi, możemy się trochę dowiedzieć, czytając choćby O powstawaniu gatunków. Ale kto dziś czyta Darwina, zwłaszcza spośród tych, którzy podzielają jego ewolucjonistyczne przekonania? A może powinni, bo to bardzo ciekawa książka i – wbrew powszechnemu przeświadczeniu – nie o tym, że „człowiek pochodzi od małpy”. Można też poczytać Jana Jakuba Rousseau. Zwłaszcza Rozprawę o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi. Są nierówności naturalne i „obyczajowe”. Oczywiście nieprawdą jest, jak głosił Rousseau, że „organizm krzepki lub wątły (…) w surowym lub zniewieściałym trybie wychowania mają swe źródło niż w budowie ciała przy urodzeniu”. Ale przecież autor tych słów też uchodzi za autorytet tych, którzy zwalczają nierówności, bo „wielkim demokratą był”.

W stanie natury rekonstruowanym przez Rousseau ludzie byli samotni. Każdy żył na własny rachunek. Innych potrzebował tylko w celach prokreacyjnych. Nikt więc nie mógł nikomu narzucać swej woli, a nawet jeśli zdarzyły się takie próby, nie miałyby poważnych konsekwencji, bo człowiek – przegoniony przez silniejszego – z jednego drzewa wdrapywał się na inne. „Dziki człowiek” był więc wolny, a różnice między ludźmi były dużo mniejsze, niż w warunkach cywilizacji. Było to spowodowane z jednej strony prostotą życia, z drugiej – brakiem nierówności instytucjonalnej. „Dziki człowiek” nie kierował się rozumem, lecz instynktem – pragnieniem przetrwania i odrazą do cierpienia. Z tego właśnie pierwotnego instynktu wypływają wszystkie cnoty społeczne współczesnych ludzi. W doskonałym stanie natury zasada sprawiedliwości wyraża się w formule: „Czyń dobrze samemu sobie z możliwie najmniejszą krzywdą bliźniego”. Dopiero, gdy człowiek zauważył korzyści wynikające z porzucenia samotniczego trybu życia, pojawiły się nierówności. W stadzie było łatwiej polować i bronić się przed drapieżnikami, ale ludzie zaczęli obserwować innych i sami byli przez nich obserwowani. Zauważali, że jedni górują nad innymi siłą, sprawnością, urodą. Zrodziło to próżność i zawiść. I zapoczątkowało nierówności. Ta „uroda” to już z pewnością nie był efekt „wychowania”. Zresztą siła i sprawność też nie są efektem wychowania – wbrew sugestii Rousseau. A mają one istotny wpływ na współczesne nierówności – przezwyciężanie jednych i powstawanie drugich.

Nawet John Rawls uznał, że naturalna dystrybucja w oparciu o naturalne przymioty nie jest sama w sobie niesprawiedliwa, choć oczywiście nie jest też sprawiedliwa. Naprawdę sprawiedliwe, bądź nie, może być dopiero to, w jaki sposób naturalne różnice cech poszczególnych ludzi zostaną wykorzystane przez instytucje społeczne. Z tego, że nikt nie zasługuje na dane mu przez naturę większe możliwości niż inni, nie wynika, że należy te różnice eliminować. Istnieje – zdaniem Rawlsa – inny sposób, aby sobie z nimi poradzić. „Można tak urządzić podstawową strukturę, by te akcydentalne właściwości pracowały dla dobra najgorzej sytuowanych”. Jak stwierdził Zygmunt Ziembiński, założenie, że w przypadku występowania nierówności, należy chronić najsłabszych członków danej społeczności, nie jest ani nowe, ani specjalnie odkrywcze, jako że w XII wieku Wincenty Kadłubek pisał, że iustitia est quae maxime prodest ei, qiu minime potest. Jednakże w tym miejscu zaczynają się poważne problemy: które nierówności, jeśli jakiekolwiek, i jak duże, są korzystne dla najmniej uprzywilejowanych, jak je oceniać, jak o nich decydować, czy je ustanawiać odgórnie, jeśli w jakiś sposób uznano by je za korzystne, czy jedynie pozwolić istnieć, gdy same się ujawnią i jak je korygować, gdy już istnieją? Oczywiście, tak samo jak przy ograniczeniu wolności, w myśl zasady ei incumbit probatio qui dicit non qui negat, ciężar przeprowadzenia dowodu, że nierówny podział dóbr przynosi największe korzyści najmniej uprzywilejowanym, powinien spoczywać na tych, którzy tak właśnie uważają. Zważywszy jednak, że w realnym świecie dobra nie są podzielone równo, to czy w przypadku nieosiągnięcia consensusu, co do tego, że istniejące nierówności służą najmniej uprzywilejowanym, należałoby utrzymać podział dotychczasowy, czy pod przymusem wprowadzić zasadę równego rozdziału?

Co zrobić, pyta krytykujący Rawlsa Robert Nozick, gdyby jednak „nie istniał żaden sposób, aby sobie poradzić z naturalnymi różnicami”? Czy znaczyłoby to, że należy wyeliminować te różnice? Aktorka Sharon Stone, czy najlepiej ostatnio opłacana modelka świata Gisele Bundchen, zostały „uposażone” w swoje nogi z całą pewnością całkowicie przez przypadek. Tłumy, nie tylko mężczyzn, wędrowały do kin na Nagi instynkt, by zobaczyć jak Sharon w słynnej scenie przesłuchania, zakłada nogę na nogę i się przyjrzeć, czy rzeczywiście nie ma na sobie bielizny. W jaki sposób państwo mogłoby wyrównać nierówności jakie powstały między dochodami pani Stone, a nie aż tak ładnymi i odważnymi aktorkami z prowincjonalnych teatrzyków? Przecież stosując kryterium Rawlsa uroda, a więc i długość nóg, jest całkowicie „arbitralna z moralnego punktu widzenia”. Nota bene najsłynniejsza Polska modelka – Anja Rubik – według szacunków Forbesa w 2014 roku zarobiła 13 mln zł. Było to znacznie więcej niż zarobki najlepiej zarabiających prezesów spółek giełdowych – Markusa Tellenbacha z TVN, który zarobił 8,06 mln zł, Janusza Filipiaka z Comarchu – 8,1 mln zł, czy Luigi Lovaglio z Pekao – 7,17 mln zł. A na dodatek męskie opinie o nogach pani Anji są mocno podzielone.

Nawet wyjątkowo surowy tryb wychowania, który tak wychwalał Rousseau, nie zmieni ludziom ani urody, ani cech motorycznych. Nie uczyni dobrym koszykarzem kogoś, kto ma 170 cm wzrostu. A zawodowe uprawianie koszykówki ma wpływ na nierówności ekonomiczne między tymi, którzy dobrze w nią grają i tymi, którzy tego nie potrafią. Sam wzrost też nie wystarcza. Trzeba mieć jeszcze talent, dobrą koordynację ruchową, być skocznym, silnym i pracowitym. Pracowitość to też cecha charakteru, bo można mieć cechy fizyczne jak Michael Jordan i zamiast wylewać poty na treningach, grać w koszykówkę jedynie grając w grę video. Nota bene „Air” Jordan zarabia obecnie więcej na reklamach, niż wówczas gdy jeszcze grał w koszykówkę. Dzięki dochodom z kontraktów reklamowych oraz udziałom w zyskach ze sprzedaży butów i ubrań sygnowanych jego nazwiskiem, Jordan tylko w 2014 roku zarobił 100 mln dolarów. To już nie jest przychód z pracy, jaką była gra w koszykówkę, tylko z „wizerunku”, jaki udało mu się stworzyć. Rzadko kto to potrafi, choć wybitnych sportowców było przecież bardzo wielu. Czy Jordan powinien pod przymusem oddawać więcej na utrzymanie utracjusza, jakim był na przykład Mike Tyson?

  1. Wiek

Naturalną różnicą między ludźmi powodującą nierówność ich dochodów i majątków jest wiek! Thomas Piketty rozpisuje się o „strumieniach spadkowych” i efekcie μ x m gdzie m jest współczynnikiem umieralności, a μ mierzy stosunek między średnim majątkiem zmarłych i średnim majątkiem żyjących. Na tej podstawie snuje rozważania o znaczeniu dziedziczenia, ale abstrahuje od wieku jako przyczyny powstawania nierówności.

Grupa jednego procenta najbogatszych, czy chociażby dziesięciu procent, nie stanowi grupy statystycznej! Przewagę w tych grupach mają właśnie ludzie starsi! Według szacunków GUS, w Polsce średnie zarobki pracujących w wieku do 24 lat to 2.500 zł brutto, a tych, którzy ukończyli 65 lat – 6.300 zł brutto. To też jest niesprawiedliwe, że wraz z nabywanym doświadczeniem rosną nasze dochody? To zjawisko opisuje Andrew Syrios w artykule Nierówności dochodowe pod lupą. Wyobraźmy sobie, że każdy obywatel na starcie otrzymuje taki sam dochód! Sprawiedliwe? No chyba tak. Powiedzmy, że dochód ten wynosi 10.000. Co 10 lat zwiększa się o kolejne 10.000. Sprawiedliwe? Czy już nie? Bo dochód dwudziestolatka wyniesie 20.000, trzydziestolatka – 30.000 itd. Niech każdy co roku odkłada systematycznie po 5% swojego rocznego dochodu. Dla uproszczenia załóżmy, że w każdym przedziale wiekowym jest tyle samo osób i że majątek w ogóle „nie pracuje” – czyli nie mamy żadnych dochodów z odłożonego kapitału. I co mamy? Nierówności dochodowe i majątkowe wyglądają następująco (dane w rubryce „majątek” to wartości posiadane na koniec każdej dekady życia):

Wiek

Dochód Majątek % w odniesieniu do całości
20 20 000 10 000 4%
30 30 000 25 000 10%
40 40 000 45 000 18%
50 50 000 70 000 28%
60+ 60 000 100 000 40%

Nawet jeśli przyjmiemy drugie uproszczenie, że ludzie ci mają zbliżone cechy psychofizyczne, nie predestynujące nikogo do niczego, już tylko z powodu samego wieku będziemy mieć różnicę dochodów i majątków ponad pięciokrotną!

Zrezygnujmy teraz z ewidentnie nieprawdziwego założenia o zbliżonych cechach różnych ludzi i przyjmijmy, że tylko jeden z dwudziestolatków odkłada 5% swojego dochodu. W wieku lat 60+ będzie miał dochód + majątek = 160. A ten, który nie odkładał, będzie dysponował tylko samym dochodem 60 – prawie trzy razy mniej. Jeśli do tego dodamy procenty od oszczędności to różnica dramatycznie wzrośnie. I co? To źle i niesprawiedliwie? A teraz załóżmy, że ten, który nie oszczędza, dodatkowo się zadłuża – co jest przecież powszechnym zjawiskiem. I to nie w celach inwestycyjnych, a konsumpcyjnych. Niech obsługa kredytu kosztuje go jedynie 10% dochodu. Różnica ich dochodów rozporządzalnych wzrośnie jeszcze bardziej.

Dodatkowo, ci starsi są także – po części z racji samego wieku – bardziej doświadczeni – ergo bardziej wykwalifikowani. Pierwszy (kwalifikacje) i drugi (wiek) czynnik nierówności nakładają się więc na siebie i kumulują. Dla Piketty’ego bogacenie się osób starszych jest „uderzające”. „Osoby starsze, posiadające największe majątki, uzyskują często roczne dochody ze swego kapitału zdecydowanie większe od tego, czego potrzeba im do finansowania swego stylu życia”. Mamy więc doskonały powód by ich bardziej opodatkować na rzecz młodszych, którzy jeszcze majątku nie zgromadzili. Tych młodszych, którzy świetnie dają sobie radę, trzeba zaś bardziej opodatkować na rzecz tych rówieśników, którzy radzą sobie gorzej i na rzecz tych starszych, którzy przez całe życie radzili sobie gorzej.

Wspomina Piketty o teorii Franco Modiglianiego, zgodnie z którą jednostki i gospodarstwa domowe dążą do jednakowego poziomu konsumpcji w ciągu całego życia. Ta „hipoteza cyklu życia” stanowi alternatywę zarówno dla hipotezy dochodu absolutnego Johna Keynesa, według której wydatki konsumpcyjne zależą od bieżącego dochodu rozporządzalnego, a oszczędzają tylko jednostki o wysokich dochodach, jak i dla hipotezy dochodu permanentnego Miltona Friedmana, czyli średniego dochodu, jaki ludzie spodziewają się osiągnąć w długim okresie. W modelu Modiglianiego młodzi ludzie, którzy zarabiają niewiele, a potrzeby mają większe, zaciągają kredyty. Wydają więc więcej, niż zarabiają. Ich oszczędności są ujemne. W średnim wieku osiągają najwyższe dochody, spłacają kredyty z młodości i jeszcze oszczędzają na starość. Ich oszczędności są dodatnie. Kiedy się zestarzeją, żyją z majątku nabytego w młodości, spłaconego w wieku średnim i z oszczędności wówczas zgromadzonych. Ich oszczędności znowu są ujemne. Jak pisze Piketty, w modelu tym stosunek μ dążyłby do zera, ponieważ „każdy urządzałby się tak, by umierać bez kapitału albo umierać z kapitałem bardzo niewielkim”, co byłoby uzasadnione utwierdzającym się przekonaniem, że następuje „kres roli dziedziczenia”. Skąd to przekonanie? Modigliani przyjął kilka uproszczeń i nie wziął pod uwagę kilku faktów. Celem oszczędzania nie musi być tylko odkładanie na starość – zgodnie z cyklem życia. Niektórzy nie oszczędzają w ogóle. Z kolei emeryci nie zawsze konsumują wszystkie oszczędności, a często nawet dalej oszczędzają, zostawiając spadek potomnym. Motywem oszczędzania może też być nie tylko starość, ale także chęć zabezpieczenia się na wypadek nagłej utraty dochodów (bezrobocie) lub nagłym wzrostem wydatków (choroba). Czasami ludzie posiadający majątek oszczędzają mniej niż ci, którzy majątku nie posiadają, gdyż w razie potrzeby mogą spieniężyć jego część lub zaciągnąć kredyt pod jego zastaw (to tak zwany efekt majątkowy).

W niektórych ludziach tkwi jednak genetycznie zakodowana troska o dzieci i wnuki, która powoduje chęć wspierania ich i zostawienia im jak największego spadku. O dziwo dostrzega to Piketty, pisząc, że „motyw przekazania kapitału rodzinie odgrywał zawsze kluczową rolę”. A jednak chce ten kapitał, wbrew naturalnym ludzkim postawom, bardziej opodatkować. Wiemy jednak z historii, że działania sprzeczne z naturalnymi postawami ludzi muszą skończyć się stosowaniem wobec tych ludzi narastającego przymusu, co zawsze dotąd kończyło się tragicznie.

  1. Małżeństwo

Mentor Thomasa Piketty’ego, ortodoksyjny zwolennik etatyzmu, Sir Anthony Atkinson, autor książki Co robić z nierównościami?, tłumaczył niski poziom nierówności utrzymujący się w USA po II wojnie światowej masowym wchodzeniem kobiet na rynek pracy oraz tym, że dobrze zarabiający mężczyźni poślubiali wówczas gorzej zarabiające kobiety – bo to właśnie sprzyjało w oczywisty sposób spłaszczaniu nierówności odnoszonych do gospodarstw domowych. A zatem niezależność samych kobiet potęguje nierówność całych rodzin. Czyż to nie urocza konsekwencja walki z nierównościami między pracującymi mężczyznami i niepracującymi kobietami? Mamy bowiem do czynienia ze zjawiskiem „kojarzenia selektywnego” – utalentowani profesjonaliści żenią się z utalentowanymi profesjonalistkami w podobnym do nich wieku, gdyż ze sobą najczęściej przebywają, mają podobne zainteresowania i podobne sposoby myślenia. I co z tym robić? Zakazać kobietom pracować? Czy przyznawać licencję na małżeństwa, sprawdzając przy okazji jak wpłyną one na rozkład dochodów w społeczeństwie?

Ale jest też druga strona małżeńskiego medalu. Im większa różnica dochodów i wieku między małżonkami tym mniejsza liczba rozwodów i większa liczba dzieci w małżeństwie – zwłaszcza gdy starszy jest mężczyzna. Dlaczego? Starszy mężczyzna jest statystycznie bogatszy niż inni mężczyźni o podobnych cechach fizycznych, ale młodsi – co wprost wynika z mechanizmu akumulacji oszczędności. Dodatkowo ma większe doświadczenie, które pozwala mu lepiej rozumieć nie tylko świat, ale i partnerkę. Co więcej – psychologowie zauważyli, że często starszy mężczyzna bardziej podoba się młodszym kobietom, co nazwali George Clooney Effect.

Jeden z artykułów o nawoływaniu przez prezydenta Obamę do walki z nierównościami opatrzony został zdjęciem pięknej łodzi motorowej – symbolu bogactwa. Pewnie przez przypadek z równie piękną dziewczyną na jej dziobie. Kogo należałoby opodatkować? Ją? Czy raczej właściciela? Podobną ma Clonney. Z jakiegoś jednak powodu dziewczyny, które nie dostały się na jego łódź (ciekawe zresztą, czy to nie jest niesprawiedliwe, że tylko jedna została w końcu panią Clooney), zamiast jeździć metrem z jakimś upodobniającym się do niego swoim rówieśnikiem, pływają na łodziach starszych panów, którzy do filmowego Danny’ego Oceana mogą upodobnić się przynajmniej grubością portfela.

Socjaliści, od czasów Charlesa Fouriera, którzy zwalczali nierówności społeczne, zwalczali instytucję rodziny. Stosunki między kobietą a mężczyzną miały być oparte na „prawdziwej miłości”. Ale jeśli wszyscy mieliby taki sam majątek, albo mało zróżnicowany, to czy nieatrakcyjni panowie mogliby liczyć na oddanie pięknych kobiet? A jakby z definicji liczyć na to nie mogli, czy byłoby to sprawiedliwe? Oczywiście – odpowiadają niektórzy. Kobiety nie miałyby powodu zadawać się z nieatrakcyjnymi mężczyznami i zapanowałaby równość między kobietami i mężczyznami. Ale czy byłaby też równość między mężczyznami, skoro z natury różnią się oni między innymi urodą? Dlaczego zresztą zaspakajanie popędu seksualnego ma być mniej istotne niż zaspakajanie popędu konsumpcyjnego? W praktyce bardzo często się zdarza, że ktoś ma ładną żonę tylko i wyłącznie dlatego, że jest bogaty. Wysoki status majątkowy zdecydowanie ułatwia niektórym mężczyznom znalezienie atrakcyjnych towarzyszek życia, które raczej nie zwróciłyby na nich uwagi, gdyby jeździli autobusami, a nie „wypasionymi furami”. Czy jest to sprawiedliwe? Zapewne nie!

  1. Wykształcenie

Dochody zależą od wiedzy – czyli w pewnym stopniu od wykształcenia. Oczywiście wykształcenie nie jest warunkiem koniecznym do zdobycia bogactwa, ale mu sprzyja. Widać to doskonale w Stanach Zjednoczonych. Oświata zawsze była ważnym składnikiem „amerykańskiego marzenia”, a jak zauważa Osiatyński „stała się dla Ameryki tym, czym przez wieki była przesuwająca się na zachód granica – czyli źródłem niespotykanej gdzie indziej na taką skalę ruchliwości społecznej”. Pojęcie „ruchliwość” może być rozumiane nie tylko w sensie poziomym (przesiedlanie się), ale także, a może przede wszystkim, pionowym (awans społeczny).

Nie kto inny jak „ojciec liberalizmu” – Adam Smith – opowiadał się za powszechnym dostępem do edukacji. „Bardzo niewielkim kosztem państwo może ułatwić, zachęcić, a nawet nałożyć na cały prawie naród obowiązek opanowania podstawowych dziedzin wykształcenia”. Jeżeli bowiem lud jest choć trochę wykształcony, „mniej jest podatny na omamy zabobonu i uniesień, które wśród ciemnych narodów wywołują często najokropniejsze zaburzenia” i „jest bardziej skłonny traktować krytycznie egoistyczne uroszczenia partyj i lepiej potrafi przejrzeć ich sens”.

Skoro zatem dostęp do edukacji jest dziś w najbogatszych państwach świata powszechny, demokratyzacja wiedzy powinna przyczyniać się do demokratyzacji bogactwa. Dlaczego nie dzieje się to w wystarczającym stopniu (bo jednak w pewnym stopniu się dzieje)?

Po pierwsze dlatego, że nie wszyscy chcą z tej możliwości korzystać. I w ten sposób wracamy do różnic genetycznych, które generują nierówności społeczne. Po drugie część tych, którzy by chcieli, nie korzysta, choć formalnie bierze udział w procesie publicznej edukacji, z powodu złego jej stanu. Dzieje się to za sprawą źle zorganizowanego systemu, w którego centrum znalazły się nie dzieci, lecz związki zawodowe nauczycieli.

Należy wyraźnie odróżnić, nie wiadomo dlaczego używane jako synonimy, dwa określenia: „wykształcenie” (education) i „nauczanie” (schooling). Nie każde nauczanie prowadzi do wykształcenia i nie zawsze wykształcenie jest wynikiem nauczania. Jak powiedział kiedyś Mark Twain „nigdy nie dopuściłem do tego, aby szkoła przeszkadzała mi w kształceniu się”. Niestety, współcześnie system szkolny często przeszkadza kształceniu się tym, którzy mieliby na to ochotę. „Przymus i rygor są bez wątpienia potrzebne, by nakłonić dzieci (…) do opanowania tego zakresu wykształcenia, jaki uważa się za konieczny w tym wczesnym okresie życia. Gdy jednak ukończą dwanaście-trzynaście lat, przymus i rygor prawie zawsze stają się zbędne dla kierowania edukacją, byle tylko nauczyciel wywiązywał się ze swoich obowiązków (…). Nie potrzeba uciekać się do dyscypliny, by zmusić studentów do uczęszczania na wykłady, których istotnie warto posłuchać” – pisał Smith. Jego zdaniem państwo powinno zakładać małe szkółki na terenie każdego okręgu, w których dzieci zdobywałyby elementarne wiadomości i może nawet opłacać w części pensję nauczycieli. Nie powinno jednak pokrywać w całości ich wynagrodzenia, gdyż wówczas szybko zaczęliby oni zaniedbywać swoje obowiązki. Jeżeli bowiem nauczyciele utrzymują się z poborów, płynących ze źródeł, które są całkowicie niezależne od ich osiągnięć i reputacji, a nie z honorariów i wpłat od swoich uczniów, to ich interesy osobiste pozostają w sprzeczności z ich obowiązkami.

Co więcej – płacący uczniowie mają motywację do nauki. Jeden ze studentów powiedział Miltonowi Friedmanowi, że „jak się wie, iż każdy wykład kosztuje trzydzieści pięć dolarów i pomyśli o tym wszystkim, co można by zamiast tego z tymi pieniędzmi zrobić, można być pewnym, iż się na niego pójdzie”. Płacenie przez zainteresowanych nie bezpośrednio, lecz pośrednio (w drodze podatków) osłabia albo nawet całkowicie eliminuje tego typu motywację. Państwo miało pomagać biednym w zdobyciu wykształcenia a tymczasem odebrało ludziom wolność decydowania, czy w ogóle sobie tego życzą. Dziś to państwo decyduje o tym, kiedy dzieci muszą pójść do szkoły (nawet jak rodzice nie chcą), czego będą się w niej uczyć i nawet jakie lektury czytać. W efekcie ludzie wcale nie potrafią „traktować krytycznie egoistyczne uroszczenia partyj”. Wręcz przeciwnie. Poddawani są w szkole procesowi, który zabija zdolność krytycznego myślenia i uczy konformizmu. Trend ów rozpoczął się w Prusach i napoleońskiej Francji na początku dziewiętnastego wieku. Nie chodziło bowiem o demokratyzowanie wiedzy, tylko o uzyskanie dominującego wpływu na świadomość młodzieży w newralgicznym momencie jej kształtowania. Owa próba sięgnięcia po „rząd dusz” okazała się na nieszczęście skuteczna, czego rezultaty są opłakane – co widać po tym jak wielu wyuczonych a nie wyedukowanych ludzi występuje z roszczeniami do tych, którzy się wyedukowali i dzięki temu więcej zarobili, by dzielili się efektami swojej edukacji i płacili wyższe podatki.

Skoro zatem państwo zmarnowało szansę na demokratyzację wiedzy i w konsekwencji dochodów, poświęcając ją na rzecz demokratyzacji nauczania, które de facto działa nie w interesie większości dzieci, tylko w interesie dobrze zorganizowanej grupy lobbystycznej, jaką są nauczyciele zrzeszeni w związkach zawodowych (czyli mniejszość nauczycieli), to jak ma dobrze wykorzystać kolejne narzędzia, które chce posiąść, bo te które posiadło zmarnowało i nawet nie chce podjąć próby ich naprawienia?

Co ciekawe kształcące się dzieci wcale nie chcą socjalizmu. Swego czasu przebojem wydawniczym stała się książka Karla Hessa Capitalism for Kids zaczynająca się od słów: „Zapewne chciałbyś zarabiać pieniądze. Nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, to bardzo dobrze. Znaczy to, że gotów jesteś robić coś, za co inni będą płacić. Pomożesz w ten sposób sobie, pomożesz także innym”. I dalej: „czasami słyszysz, jak politycy mówią, że dadzą ludziom pieniądze. Nie zapominaj nigdy, że najpierw muszą je zabrać innym (…). Nie istnieje nic takiego jak darmowy obiad”. Dzieciakom postawiono tak retoryczne pytania jak: „Czy sądzisz, że jeśli pracujesz ciężej lub skuteczniej, to całkiem naturalne jest, że otrzymujesz w rezultacie znacznie więcej? A może, według ciebie, każdy powinien dostawać wszystkiego tyle samo niezależnie od tego, co robi?”. A żeby nie było już żadnych wątpliwości, następne pytanie brzmiało: „Czy uważasz, że powinieneś być oceniany w szkole w zależności od tego, jak sobie radzisz? A może sądzisz, że wszyscy uczniowie w klasie powinni dostawać takie same stopnie bez względu na to, jak się uczą?”. Odpowiedzi młodych czytelników były oczywiste. Wielu kształci się po to, by dogonić w bogactwie innych – tych, którzy już są bogaci.

  1. Szczęście

John E. Roemer dzieli przyczyny zróżnicowania wyników osiąganych przez jednostki na dwie kategorie. Pierwsza to „wysiłek”, a więc na przykład wybór zawodu, liczba przepracowanych godzin czy nakłady na edukację – wszystko to, na co każdy z nas ma wpływ. Druga to „okoliczności”, a więc na przykład wykształcenie rodziców. Im większy wpływ „okoliczności” na osiągane wyniki, tym społeczeństwo mniej egalitarne. I odwrotnie. W życiu trzeba jednak mieć szczęście. A największym szczęściem jest to, że się je ma. Wiele sukcesów życiowych można bowiem przypisać zwykłemu przypadkowi. I to zarówno w miłości, jak i w biznesie. Niektórzy wyłącznie dzięki niemu mają wyższe stopy zwrotu z inwestycji niż inni i mogą inwestować jeszcze więcej w dłuższym horyzoncie czasowym. Przyczyną sukcesu – pisze Mladinow – bywają czasami nie wielkie zdolności, tak jak nieudolność nie bywa przyczyną porażki, tylko sprzyjające – lub nie – okoliczności. Niektórzy mają tyle szczęścia, że cieszą się całym ciągiem inwestycyjnych sukcesów. Jednak – jak pisze Nassim Taleb w Ślepym trafie, jeszcze lepszej książce niż jego słynny Czarny łabędź – „źródłem większości sukcesów są rzadkie okazje”. Nie wszyscy przyjmują to do wiadomości. Albo raczej tylko nieliczni. Większości wydaje się, że sukces zawdzięczają sobie. Zupełnie inaczej, niż ma to miejsce w przypadku doznania porażki – te, w ich mniemaniu, są zazwyczaj dziełem szeregu nieprzewidywalnych okoliczności. Niektórzy zaś szczęścia nie mają w ogóle. Czasami mają nawet pecha, a przynajmniej tak może się im wydawać.

Zawsze szukają jednak jakiejś konkretnej przyczyny sukcesu lub porażki. Bo – to znowu Mlodinow – „umysł ludzki jest zbudowany w taki sposób, żeby poszukiwać konkretnej przyczyny każdego zdarzenia, trudno mu więc pogodzić się z wpływem czynników, które są losowe lub nie mają wyraźnego związku z danym zdarzeniem (…). Procesy losowe są fundamentalną częścią przyrody i wszechobecnym składnikiem naszego codziennego życia”. I dlatego rację miął Armen Alchian pisząc, że przyczyną sukcesu lub porażki bywają czasami nie wielkie zdolności ani rażąca niekompetencja, tylko „sprzyjające okoliczności”. Rezonans magnetyczny mózgu pokazuje, że podczas oceny sytuacji losowych aktywują się połacie mózgu odpowiadające za emocje i uczucia, które są często uznawane za przyczynę nieracjonalności. Pewnie dlatego w 2002 roku Nagrodę Nobla z ekonomii otrzymał Daniel Kahneman, który bynajmniej nie jest ekonomistą, lecz psychologiem.

Jak należy traktować „szczęście”? Polski ustawodawca szczęściu wyraźnie sprzyja. Bardziej niż ciężkiej pracy. Wygrane w grach loteryjnych opodatkowuje stawką 10%, podczas gdy najniższa stawka podatkowa od dochodów z wynagrodzenia za pracę wynosi 17%, a najwyższa 32%. Nie trzeba też płacić od wygranych składek ubezpieczeniowych! To się nazywa mieć szczęście! Gra na giełdzie też przypomina hazard – zwłaszcza na Forex. Tu wygrane opodatkowane są stawką 19% – więc prawie dwa razy wyższą niż w kasynie, ale nadal niższą – biorąc pod uwagę składki ubezpieczeniowe – niż wynagrodzenie za pracę. Ostatecznie na giełdzie przydaje się czasem jakaś wiedza, więc pewnie musi być opodatkowana wyżej niż prosty hazard.

  1. Podział pracy

Różne cechy psychofizyczne predysponują ludzi do robienia różnych rzeczy. Istotna przyczyna nierówności to zróżnicowanie płac między różnie wykwalifikowanymi pracownikami. Wyższe płace odzwierciedlają ekonomiczną wartość kwalifikacji potrzebnych w gospodarce. Czy mamy zatem poprawić kwalifikacje, czy zmniejszać różnice dochodów rozporządzalnych między wysoko wykwalifikowanymi i niewykwalifikowanymi? To pytanie jest raczej retoryczne. Ważniejsze jest inne: o metody podnoszenia kwalifikacji i zachęty do tego, żeby ludzie chcieli je podnosić. Obniżanie dochodu netto przez progresywne opodatkowanie wysoko wykwalifikowanych nie jest zachętą, a wręcz zniechęca do podnoszenia kwalifikacji. Bo po co? Pokazują to badania wpływu progresywności opodatkowania na tworzenie tak zwanego „kapitału ludzkiego”. Jak twierdzą autorzy raportu przygotowanego dla OECD, podatek progresywny „obniża przyszłe zyski z inwestycji w kapitał ludzki w większym stopniu, niż redukuje ich koszty (dochód z wynagrodzenia tracony podczas kształcenia), a tym samym może zniechęcać do tworzenia tego kapitału”.

Są też zasadnicze różnice w poziomie wynagrodzenie różnych branż – bez względu na poziom kwalifikacji ich przedstawicieli. Jeden jest wysoko wykwalifikowanym lekarzem, a drugi piekarzem. Jest oczywiste, że wynagrodzenie lekarza będzie wyższe niż piekarza – nawet gdyby piekarz był najlepszy w mieście, a lekarz tylko jednym z najlepszych. I nikt się temu nie dziwi. Dlaczego? Bo lekarz zaspakaja tę potrzebę, która stoi wyżej od potrzeby zaspakajanej przez piekarza. Po drugie podaż usług lekarskich jest niższa niż piekarskich – przecież dużo trudniej przeprowadzić operację niż upiec chleb. A cena dóbr rzadszych (umiejętności lekarza) jest wyższa niż dóbr spotykanych częściej (umiejętności piekarza). Może się oczywiście zdarzyć, że pracujący w piekarni piekarz sam otworzy piekarnię. Jak mu się powiedzie, może mieć dochody wyższe od niejednego lekarza pracującego w klinice. Do czasu aż lekarz zaryzykuje i sam otworzy własną klinikę. Jak mu się powiedzie, będzie miał pewnie dochody wyższe od właściciela piekarni i od kolegów lekarzy nadal pracujących w klinikach u kogoś innego. Co ciekawe, zróżnicowanie dochodów między lekarzem a piekarzem nie budzi takich emocji, jak zróżnicowanie dochodów między lekarzem a właścicielem kliniki, nawet gdy on sam jest też lekarzem – ale to inne zagadnienie dotyczące stosunku do przedsiębiorczości. A przecież to dzięki genowi przedsiębiorczości można nadrobić nierówności pod względem innych genów. Urodziwa dziewczyna ma szanse zostać wziętą modelką, czy popularną aktorką, co sprawi, że może stać się bogatsza od mniej urodziwej koleżanki. Chyba, że ta koleżanka założy agencję modelek. I wtedy to ona zatrudni tę ładniejszą. Wynagrodzenie modelek wywołuje jednak mniej emocji niż dochody właścicieli agencji modelek.

  1. Rywalizacja

Z punktu widzenia narastania nierówności dość istotna jest powszechna zasada „zwycięzca bierze wszystko”. Widać ją doskonale w sporcie. Różnice dochodów między najlepszymi sportowcami w danej dyscyplinie a resztą są ponadproporcjonalnie wyższe, niż różnice w ich umiejętnościach. Ale to właśnie dzięki rywalizacji o to, kto będzie najlepszy, obserwujemy podnoszenie poziomu dyscyplin i indywidualnych wyników na coraz wyższy poziom. Do ciężkiej pracy na treningach skłania sportowców chęć osiągnięcia sukcesu, wstąpienia na podium, zdobycia medalu, sławy i pieniędzy. Należą się one za osiągnięty wynik. Nie zasługi, potrzeby, czy nawet wkład pracy odgrywają rolę, ale właśnie wynik. „Każdemu według osiągniętego w rywalizacji rezultatu” – to najlepsze kryterium i jedyne sprawiedliwe. W gospodarce jest tak samo! Przedsiębiorcy rywalizują o klientów jak mężczyźni o kobiety, a sportowcy na arenach. Jeśli społeczność potrafi ustalić, kto jest najlepszym dentystą, czy stolarzem w mieście, stosunkowo małe różnice w umiejętnościach powodują wielkie różnice w dochodach między różnymi dentystami i stolarzami. Może wyrównanie tych różnic byłoby usprawiedliwione? Może by było, ale w perspektywie straciliby klienci bo – tak jak w sporcie – motywacja do bycia najlepszym byłaby mniejsza.

  1. Decyzje konsumentów

Jeff Bezos posiada około 80 mln akcji Amazona. Stanowi to raptem 18% kapitału spółki! Dlaczego inni akcjonariusze nie odwołają Bezosa? Może wiedzą to, o czym pisał George Gilder. Tylko nieliczni są kreatywni i skłonni do podejmowania ryzyka. I właśnie oni stanowią ostoję gospodarki.

Matematycy badający wzrost nierówności w ostatnich dekadach, którego szybkość odbiega od średniej z wcześniejszych okresów, mówią o zjawisku „supergwiazd biznesu”. Tacy właśnie ludzie, dzięki szybkości rozprzestrzeniania się informacji w świecie współczesnych technologii, pomnażają swoje zyski w sposób znacząco odbiegający od średniej z wcześniejszych okresów.

Kto jeszcze należy do najbogatszych ludzi świata? W 2018 roku tylko bracia Koch (Charles i David) to przemysłowcy. Larry Ellison z Oracle był na miejscu dziesiątym. Natomiast aż siedmiu zajmowało się handlem. I to bynajmniej nie dobrami luksusowymi – jak Bernard Arnault z LVMH. Do najbogatszych należą Amancio Ortega z Zary, Waltonowie z Walmartu, Liliane Bettencourt z L’Oreal – sprzedająca kobietom puder, które go namiętnie kupują, bo „są tego warte” – jak głosi slogan reklamowy firmy. Zresztą Bill Gates i Carlos Slim też dostarczają dobra masowe – programy komputerowe i usługi telekomunikacyjne.

Do najbogatszych zaliczają się jeszcze Mark Zuckerberg, Larry Page i Sergey Brin – twórcy Facebooka i Google’a, bez których nie wyobrażamy sobie dziś życia. I jeszcze Forrest, Jacqueline i John Mars (ci od batoników) i Stefan Persson z H&M. 30 lat temu produkty oferowane przez tych najbogatszych w Polsce były dostępne dla nielicznych, a dziś są dla wszystkich.

Co ciekawe 30 lat temu niewielu dzisiejszych najbogatszych należało do najbogatszych. 70% z nich to samodzielni twórcy swych majątków – zaczynający od zera przedsiębiorcy i innowatorzy. Co więcej, odsetek ten wzrasta od 1984 roku, gdy mniej niż połowa zawdzięczała fortunę sobie. To połączenie talentu, pracowitości i szczęścia z wiekiem odgrywa taką rolę w procesie powstawania nierówności. I ich zmian! W czasach przedkapitalistycznych te same rody były ciągle najbogatsze – z pokolenia na pokolenie. Dziś najbogatsi są ci, których rodziny pokolenie wcześniej bynajmniej najbogatszymi nie były! Piketty fałszuje więc rzeczywistość. Gdyby jego teoria była prawdziwa, na czele listy najbogatszych mielibyśmy nieustannie rodziny Rockefellerów, Rotschildów czy Morganów – tak jak w Szwecji, w której współczynnik Giniego należy do najniższych, stale są na niej Wallenbergowie.

Co jest najważniejsze, gdy przyglądamy się liście najbogatszych? To, że nierówność bogactwa i dochodów jest wyrazem suwerenności konsumentów – to ich decyzje (zakupy) decydują o zyskach producentów i kupców. Kto najlepiej służy konsumentom, ten zarabia najwięcej i gromadzi największy majątek. Bogaci zdobywają fortuny przez dostarczanie ludziom artykułów, które nie były wcześniej dostępne. Nierówność dochodów i bogactwa jest przyczyną dobrobytu mas, a nie ich nieszczęścia! W społeczeństwie feudalnym prywatna własność ziemi była wynikiem brutalnego przywłaszczenia lub nadania ze strony władcy. Bogactwo właścicieli ziemskich było wówczas ściśle skorelowane z ubóstwem ludzi ziemi nieposiadających. W gospodarce rynkowej wielkość i zyskowność jakiegoś przedsiębiorstwa nie pogarsza, lecz wręcz polepsza sytuację reszty ludzi.

Oczywiście rodzinne koneksje też się przydają, jak to było w przypadku Billa Gatesa. Linda McQuaig i Neil Brooks w książce The Trouble with Billionaires: How the Super-Rich Hijacked the World poświęcają mu cały rozdział zatytułowany Dlaczego Bill Gates nie zasługuje na swoją fortunę? Nie odpowiadają jednak na pytanie, kto zasługuje. Bill Gates nie zasługuje, bo przyszedł na świat w rodzinie milionerów jako William Henry III Gates, owoc dynastii prawników (po mieczu) i bankierów (po kądzieli). Pieniądze „tatusia” (zdrobnienie wielce wymowne i jak wynika z kontekstu o zabarwieniu pejoratywnym) przydały mu się już na etapie szkoły średniej – pozwalały posłać go do elitarnego prywatnego liceum a potem na studia. Fortunę zbił na kontrakcie z IBM. Dlaczego IBM wybrał właśnie mało znanego Gatesa? – pytają dramatycznie McQuaig i Neil Brooks? Choć według wszelkich rozsądnych kryteriów powinien wybrać ofertę Gary’ego Kildalla, który miał wiele lat doświadczenia w branży i był twórcą systemu będącego de facto standardem w zastosowaniach biznesowych. Kildall był prawdziwym amerykańskim self-made manem. Nie skończył Harvardu, tylko uniwersytet stanowy. Rodzice prowadzili szkółkę żeglarską. Nie mieli znajomości na wyżynach korporacji. Tymczasem John Opel, ówczesny szef IBM, przyjaźnił się z Mary Maxwell Gates, mamą Billa. Jedna prywatna rozmowa z roku 1980, w której Mary zarekomendowała syna przyjacielowi, odpowiada za znakomitą większość z miliardów fortuny Billa Gatesa.

Nasuwają się dwa pytanie: pierwsze, czy mama Billa nie powinna dzwonić do Opela i drugie, czy gdyby IBM wybrał ofertę self-made mana, którego rodzice prowadzili szkółkę żeglarską, i to Gary, a nie Bill zostałby najbogatszym człowiekiem, to nierówności z tego wynikające byłyby usprawiedliwione i McQuaig z Brooksem nie napisaliby swojej książki?

Wyobraźmy sobie, że Bill z Garym poszli popływać i zaczęli się topić. Czy „tatuś” Billa nie powinien najpierw wyciągać z wody „synusia”, tylko Gary’ego? Nie ma nic niewłaściwego w tym, że rodzice starają się wspierać własne dzieci. Wie o tym każdy. Naukowo uzasadnił to Richard Dawkins w książce Samolubny gen. Tak zostaliśmy zaprojektowani przez naturę. Walka z nią kończy się jak walka z prawami fizyki, które są tak samo naturalne jak prawa biologii. Ten ziemski padół, na którym żyjemy, to „arena krwawych walk na kły i pazury” – żeby nie wiem jak się to nam nie podobało. „Bez względu na to, jak bardzo byśmy nad czymś ubolewali, owo coś nie przestanie być faktem” – pisał Dawkins. I dodawał: „zarówno my, jak i inne zwierzęta, jesteśmy maszynami stworzonymi przez nasze geny. (…) I to upoważnia nas do przypisania im określonych cech. (…) Najważniejszą cechą, jakiej można oczekiwać u dobrze prosperującego genu, jest bezwzględny egoizm. Egoizm genu prowadzi na ogół do egoizmu w zachowaniach osobniczych”.

Ale jest jeszcze jeden istotny czynnik naszej sytuacji społecznej, choć niektórzy uważają, że on nie istnieje. Nawet jeśli jesteśmy różnie uwarunkowani przez naturę i instytucje, to koniec końców sami jesteśmy kowalami swojego losu. Decyduje o tym nasza… wola. Wolna wola. To za jej sprawą podejmujemy w życiu różne decyzje, które mają różne skutki – także dla poziomu naszego dochodu i majątku. Przecież Bill Gates mając majętnych rodziców zamiast tworzyć firmę komputerową mógł palić trawkę na kampusie uniwersytetu i wygłaszać różne rewolucyjne tyrady o różności społecznej. Niestety istnienia wolnej woli, a tym samym jej wpływu na nasze życie, nie da się naukowo dowieść. Na szczęście nie da się także jej istnieniu naukowo zaprzeczyć.