RPO po stronie prawa obywatela do obrony. Brawo!
Łukasz Warzecha 09.12.2018

Wśród wielu zasad, jakie powinny obowiązywać w państwie prawa, jedną z ważniejszych jest, że im poważniejsza sankcja wobec obywatela, tym staranniej i uważniej sprawa powinna być rozpatrywana oraz tym bardziej rozbudowane powinny być gwarancje, zmniejszające ryzyko niesłusznego jej wymierzenia. To był jeden z powodów, dla których od początku, czyli od marca 2015 roku, byłem przeciwny drakońskiej sankcji, polegającej na zatrzymaniu prawa jazdy na trzy miesiące za przekroczenie prędkości w obszarze zabudowanym o ponad 50 km/h. Teraz jest wreszcie nadzieja, że przepis zostanie zmieniony w sposób respektujący prawo obywatela do obrony przed niesłuszną karą – dzięki interwencji rzecznika praw obywatelskich. I to już drugiej w sprawie tego samego przepisu.

 

Procedura, wprowadzona do Ustawy o kierujących pojazdami przez PO w 2015 roku, różni się tym od innych nakładanych na kierowców kar za prędkość, że jest administracyjna. A to oznacza, że kierowca nie ma praktycznie możliwości skutecznego odwołania się od nałożonej sankcji, ponieważ nawet złożenie odpowiedniego wniosku do sądu nie wstrzymuje zatrzymania uprawnień na trzy miesiące, jako że decyduje o tym nie sąd, ale w ramach procedury administracyjnej starosta. W praktyce wygląda to tak, że wyrok sądu administracyjnego może zapaść dawno po tym, jak owe trzy miesiące bez prawa jazdy miną. Policja bowiem miała już wcześniej – i ma nadal – prawo do kierowania do sądu wniosku o zawieszenie kierującemu uprawnień za stwarzanie szczególnego zagrożenia, przy czym policjant miał tutaj niemal pełną dowolność oceny. We wniosku musi jednak wskazać, na czym owo szczególne zagrożenie polegało. Do wniosku musi przychylić się sąd, a więc kierowca zachowuje uprawnienia do momentu zapadnięcia orzeczenia.

I tu leży jeden z paradoksów tego fatalnego prawa. Sam fakt, że ktoś przekroczył dozwoloną prędkość o 51 (lub więcej) kilometrów na godzinę, nie oznacza, że jakiekolwiek zagrożenie powstało. Przekroczenie mogło mieć miejsce na przykład na pustej, dwujezdniowej drodze w środku nocy. A jednak kierowca nie ma możliwości skutecznej obrony swoich racji. Tymczasem w przypadku policyjnego wniosku do sądu, który musi być wsparty faktem zaistnienia zagrożenia (niekoniecznie w związku z nadmierną lub niedozwoloną prędkością), kierowca ma pełne prawo się bronić przed sądem, a do czasu niekorzystnego wyroku może jeździć. Brak w tym kompletnie logiki: gorzej jest traktowany ktoś, kto zagrożenia nie musiał stwarzać od kogoś, kto je stworzył (nawet jeśli to kwestia subiektywnej oceny policjanta).

Przeciwko automatycznemu odbieraniu uprawnień na trzy miesiące wysuwałem od początku następujące argumenty.

Po pierwsze – przepis nie uwzględniał stanu wyższej konieczności. W tej właśnie sprawie po raz pierwszy interweniował RPO, i interweniował na szczęście skutecznie. Niektórzy prawnicy wywodzili, że na gruncie literalnej interpretacji przepisu prawo jazdy powinni tracić również kierowcy ambulansów, straży pożarnej czy policji, nawet jadący na sygnale, bo przepis administracyjny nie robił tu żadnych wyjątków i nie uwzględniał zaistnienia stanu wyższej konieczności nie tylko w przypadku kierowcy „cywilnego” (na przykład jazda z pasażerem w stanie zagrożenia życia do szpitala), ale nawet w przypadku pojazdu uprzywilejowanego. RPO miał oczywiście rację, a brak odpowiedniego kontratypu pokazywał, z jakim bublem mieliśmy do czynienia.

Po drugie – absurdalne jest stworzenie automatycznej reguły bez uwzględnienia okoliczności zdarzenia. Czym innym jest jazda z prędkością 101 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h dwujezdniową ulicą o trzech pasach ruchu w każdą stronę, bez przejść dla pieszych, przy świetnej widoczności i w dobrych warunkach, a całkiem czym innym jazda z prędkością 85 km/h wąską, jednokierunkową ulicą z zaparkowanymi po obu stronach samochodami, obok szkoły, na ograniczeniu do 30 km/h. To są sytuacje kompletnie nieporównywalne, nieporównywalne są zagrożenia, jakie stwarza kierowca w jednym i drugim przypadku, a jednak grozi za nie ta sama drakońska sankcja. Ba, większe zagrożenie stwarza kierowca, który wspomnianą wąską ulicą jedzie nawet 70 km/h, niż ten, który jedzie dwujezdniową drogą 101 km/h, a jednak ten pierwszy prawa jazdy z automatu nie straci, a ten drugi – owszem. Brak tu i logiki, i konsekwencji.

Po trzecie – ustawodawca, co bardzo charakterystyczne dla polskiego prawa, nie pozostawił karanemu żadnej furtki. Uprawnienia tracimy właściwie natychmiast i nie ma znaczenia ani to, czy kogoś stać na wynajęcie szofera, czy też utrata uprawnień oznacza dla niego życiową katastrofę, bo kierowaniem zarabia na życie. Można sobie wyobrazić różnego rodzaju uelastycznienie przepisów – na przykład poprzez pozostawienie kierowcy wyboru, kiedy w określonych ramach czasowych chce odbyć karę. Ukarany miałby, dajmy na to, pół roku na rozpoczęcie trzymiesięcznego czasu odpoczynku od prowadzenia samochodu, co dałoby mu możliwość poukładania życiowych spraw.

Po czwarte – i to jest kwestia najważniejsza – nie można wprowadzać całkowitego automatyzmu drastycznej kary, jeśli istnieją uzasadnione wątpliwości co do miarodajności oceny zdarzenia. Tu zaś istnieją rozliczne. Pomijając fakt, że pomyłka pomiaru zawsze jest możliwa, w przypadku polskiej policji i używanych przez nią urządzeń jest możliwa wyjątkowo często. Problemy zna każdy, kto interesuje się problematyką ruchu drogowego, a że tu mówimy o czym innym, więc tylko krótkie wyliczenie.

Szczęśliwie wycofywane są ręczne radary Iskra, nie tylko bardzo nieprecyzyjne, ale też nie umożliwiające rejestracji pomiaru w formie wideo. Widać było jedynie czas od dokonania pomiaru, co nie powinno mieć żadnej wartości dowodowej, szczególnie w sytuacji, gdy samochód jechał w grupie innych.

Nieoznakowane radiowozy wyposażone są w system, który nie mierzy prędkości samochodu namierzanego, a jedynie odnotowuje własną prędkość samochodu policyjnego. Samochód namierzany powinien zatem przez określony czas być w tej samej odległości od policyjnego, co powinno być utrwalone na nagraniu. W tym systemie możliwa jest manipulacja zoomem kamery, błąd wynikający z innego niż fabryczny rozmiaru ogumienia samochodu policyjnego (opony o mniejszej średnicy, np. zimowe, dadzą już wyższy odczyt prędkościomierza) czy z faktu, że w trakcie pomiaru którykolwiek z samochodów choćby delikatnie zmieni prędkość. Sądy niejednokrotnie kwestionowały dowodową wartość takich pomiarów.

Policja używa też lidarów (mierników laserowych). Część z nich, marki UltraLyte, znana była z absurdalnych wręcz błędów. Ponieważ nie pokazywały one na nagraniu punktu, w który trafia wiązka, wystarczyło, że prześlizgnęła się ona po masce, a odnotowywana prędkość mogła być zawyżona o nawet kilkadziesiąt kilometrów na godzinę. Ba, eksperymenty utrwalone w programach telewizyjnych pokazywały, że UltraLyte był w stanie pokazać, iż pomiar prędkości stojącego auta wynosił kilkadziesiąt kilometrów na godzinę.

Od jakiegoś czasu policja dostaje urządzenia TruCAM, które na nagraniu pokazują punkt, w który trafia wiązka lasera. Ale to być może największe oszustwo, z jakim mieliśmy do czynienia. Lidar działa bowiem na zasadzie karabinu: celowanie musi być bezwzględnie precyzyjne, bo przy większych odległościach punkt na nagraniu pokazuje jedynie centrum trafienia wiązki, a sama wiązka robi się absurdalnie szeroka, mogąc fałszować odczyt. Wbrew twierdzeniom policji, eksperci wskazywali, że dowodową wartość przy pomiarze z ręki dają odczyty z odległości maksymalnie ok. 120 metrów. Przy większych dystansach lidar powinien być montowany na statywie, co wyraźnie mówi jego instrukcja. Tymczasem policjanci – w dużej części zresztą nie przeszkoleni, co wychodzi na jaw w przypadku nieprzyjęcia mandatu i sprawy sądowej – uparcie dokonują z ręki pomiarów z odległości 400-500 metrów. Taki pomiar powinien być natychmiast odrzucany jako bezwartościowy. Każdy, kto kiedykolwiek strzelał z karabinu, wie, jak trudno jest trafić w punkt nawet przy strzelaniu z pozycji leżącej, z odległości choćby 100 metrów. Policjanci, używający TruCAM w postawie stojącej z odległości 400 metrów musieliby być wszyscy genialnymi kandydatami na strzelców wyborowych.

Wydaje się, że to wszystko techniczne detale. Trzeba sobie jednak uświadomić, że to one decydują o tym, czy kierowca przez trzy miesiące pozostanie bez prawa jazdy czy nie. Policjanci nie dają tu żadnej tolerancji, zwłaszcza gdy posługują się lidarami, które niesłusznie mają za bezbłędne – lub liczą na to, że za takie uznają je przerażeni sytuacją kierowcy. Wystarczy jeden kilometr ponad limit, aby utracić uprawnienia. To często różnica między 99 a 100 km/h. Brak możliwości skutecznego odwołania jest tu niedopuszczalny i na to właśnie zwraca uwagę Adam Bodnar. Chwała mu za to.

Przy okazji trzeba przypomnieć, w jak skandaliczny sposób policja zachowała się po wejściu przepisu w życie. Oto w ciągu pierwszych kilkudziesięciu godzin urządzono haniebne pokazowe polowanie na kierowców, w dodatku skwapliwie pokazywane przez wszystkie programy informacyjne. Przy czym wejście w życie sankcji nie było poprzedzone żadną kampanią informacyjną. Ludziom, którzy o nowej karze nie wiedzieli, a przekroczyli prędkość zaledwie o kilka kilometrów na godzinę, przed kamerami odbierano prawa jazdy. Była to sytuacja jak z jakiejś wschodniej satrapii, a nie z kraju, gdzie szanowane są prawa obywateli i gdzie zorganizowano by solidną kampanię informacyjną, a kierowców przez pierwszy tydzień, zwłaszcza w mniej drastycznych przypadkach, jedynie by pouczano. Do dziś nie wiadomo, kto za ten skandal odpowiadał.