Rubiny i karty kredytowe
Jerzy Marek Nowakowski 08.10.2019

Zasmucona twarz Danuty Holeckiej, a pół godziny wcześniej podobna mina Justyny Pochanke. Tylko jedno może spowodować taką jednolitość przekazu programów informacyjnych. Oto właśnie mija pięć czy dziesięć lat od śmierci jakiegoś gitarzysty czy gwiazdki pop.

 

Kiedy kilka dni temu, bez jakiegokolwiek echa, przeszła 50 rocznica śmierci jednego z największych polskich intelektualistów XX wieku, Jerzego Stempowskiego, zajrzałem do jego esejów. Jednym z tych, które najbardziej lubię, jest „Rubis d’Orient”. Tytułowe szlachetne kamienie są metaforą czasów niepewności. Dokładniej, jak powiada Stempowski, były tym co mogło ocalić życie w razie konieczności nagłej ucieczki. Wspaniały opis jarmarku w Chocimiu opowiada to wprost: „Na rynku odbywał się tego dnia jarmark, na którym uderzyła mnie budowa straganów pozwalająca jednym rzutem oka ogarnąć wszystkie znajdujące się w nich towary i pewien szczególny wygląd kupców. Jak się dowiedziałem byli oni w większości synami, wnukami i prawnukami kupców zamieszkałych od dawna w Chocimiu i pamiętających liczne okupacje i zmiany reżymów. Business ich miał więc cechę ciągłości i trwałości opornej na zmiany losu. Mimo to wyglądali tak, jak gdyby na umówiony gwizdek gotowi byli w każdej chwili zniknąć razem z towarami w zaroślach”.

Poza delektowaniem się pięknem polszczyzny Stempowskiego cytowany fragment mówi coś jeszcze. Otóż nad Dniestrem od zawsze państwo było bardzo słabe. A słabość państwa, słabość instytucji chroniących obywatela sprawiała, że zamiast inwestować w porządne domy i sklepy kupcy woleli mieć zaszytą w marynarce złotą monetę, albo woreczek drogich kamieni, które można przenieść ze sobą uciekając wpław przez rzekę.

To może jedna z najbardziej typowych cech obszarów pogranicznych na wschodzie Europy. Brak stabilności i ochrony ze strony instytucji państwa. A dokładniej albo brak tej ochrony albo też dominacja władzy tak mocna, że również generująca niepewność.

Gospodarka nie lubi ani jednej ani drugiej. Łóżka polowe i blaszane tzw. szczęki dominujące w drobnym handlu w Polsce początku lat dziewięćdziesiątych były dowodem nie tylko braku kapitału, ale również poczucia niepewności po epoce „domiarów” i innych licznych pomysłach komunistów na gnębienie tak zwanych prywaciarzy. Lepiej było się z zamożnością nie obnosić, a już szczególnie nie mieć czegoś, co mogło dla władzy stanowić zachętę do zagarnięcia.

Kiedy usłyszałem w kampanii wyborczej wywody o konieczności stworzenia nowej elity gospodarczej przypomniałem sobie właśnie esej Stempowskiego. Coraz częściej nasz kupiec rozgląda się niepewnie dookoła, może niekoniecznie w oczekiwaniu na czambuł tatarski, ale jeszcze groźniejszego od Tatarów urzędnika. Jak napisał w portalu „Onet” anonimowy przedsiębiorca: My – przedsiębiorcy, traktowani jesteśmy przez państwo jak potencjalni oszuści. To wywołuje w nas determinację, chęć ucieczki stąd. I nie chodzi o to, żeby uciekać, bo się czegoś boimy. Nie wytrzymujemy psychicznie kontroli, wymagań, zakazów, ustaw, które nas ograniczają.

Brak prywatnych inwestycji nie jest dowodem spisku i sabotażu, jak zdaje się sądzić miłościwie panująca władza. Zadaniem rządu nie jest ustalanie maksymalnych cen pietruszki i minimalnego wynagrodzenia jej sprzedawcy tylko tworzenie warunków, w których inwestor czuje się pewnie i bezpiecznie, w których wie jakie daniny będzie musiał ponieść w przyszłym roku i za dwa lata. Wie również, że jeżeli bandyci przyjdą go okraść to sprawna policja złapie ich i odzyska to co ukradli. Wreszcie, na najwyższym poziomie, że jego państwo jest na tyle silne i sprawne, że nie przyjdą spoza granicy zielone ludziki, które doprowadzą do nacjonalizacji albo ruiny całą gospodarkę państwa.

Krótko mówiąc, zapowiedzi wymiany elity gospodarczej, kolejnych – nie do końca sprecyzowanych – podatków czy opłat, jakie przyjdzie ponieść firmie są gwarancją, że nikt zdrowy na umyśle inwestować nie będzie. Wzrośnie natomiast cena umownych rubinów czy złota. Już teraz słyszę, że biznes w oczekiwaniu kryzysu zaczyna inwestować w dobra, które są łatwo zbywalne a nie w swoje firmy.

Skoro mamy czas przedwyborczy to pewnie warto na ten temat rozmawiać, bo gospodarka to niezwykle delikatny mechanizm. Zepsuć łatwo, naprawić trudno. Powinniśmy zastanowić się nad rzeczywistymi obowiązkami i zadaniami państwa i o nie pytać kandydatów na posłów i senatorów. W najprostszym modelu zadaniem numer jeden państwa jest zapewnienie bezpieczeństwa. Rozumianego dwojako: jako bezpieczeństwo zewnętrzne, co ma załatwić armia, a przede wszystkim mądra polityka zagraniczna i bezpieczeństwo wewnętrzne, czyli ochrona przed bandytą, złodziejem czy chuliganem. Moim bezustannym zdziwieniem jest w tym kontekście kompletny brak zainteresowania obywateli naszą polityką zagraniczną. Nie pojawia się ona w ogóle w kampanii wyborczej a przecież jej prowadzenie jest jednym z najważniejszych zadań państwa. Bezpieczeństwo to również prawo. Nie rozumiane jako opowieść o dobrych szeryfach, tylko jako gwarancja stabilności. I – co nie najmniej ważne – zgodności z elementarnym poczuciem sprawiedliwości.

Mam wrażenie, że nasi politycy zajęci nieustanną kampanią wyborczą mają tę stabilność głęboko w nosie. Co więcej bardzo korzystne wyborczo jest kreowanie obrazu wrednego krwiopijcy, który siedzi z cygarem w zębach na worku niemieckich euro i przemyśliwa jak tu pognębić swojego biednego pracownika. O tym, że polski przedsiębiorca to najczęściej właściciel niewielkiego biznesu, który zarabia niewiele więcej niż urzędnik, tylko musi jeszcze mieć możliwość odłożenia pieniędzy na inwestycje to już mało kto pamięta. Siła państwa, zamiast na zapewnienie nam bezpieczeństwa, kieruje się na ściganie tego przedsiębiorcy za rzekome, albo bardzo drobne, przewinienia.

Od bardzo niedawna nasza rzeczywistość biznesowa przestała przypominać bazar w Chocimiu, pomału zbliżając się do standardu solidnych kupców londyńskich. Obserwuję jednak bardzo niepokojąca tendencję. Kupcy, którzy zainwestowali w lokale w dobrych lokalizacjach pomału zaczynają się wycofywać. Niedaleko mojego mieszkania – w samym centrum Warszawy – widzę coraz więcej lokali sklepowych do wynajęcia. A bardzo sympatyczny warzywniak, porządnie zlokalizowany i oferujący towar przyzwoitej jakości, zaczyna być wyraźnie droższy od pobliskiej konkurencji ulokowanej w ulicznej budce. Nie pretenduję do tego, by wycinkowe obserwacje uogólniać. Niemniej powtórzę, zadaniem państwa pierwszym i najważniejszym jest zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa. Nawet jeżeli władza lubi być Świętym Mikołajem to najpierw musi się wywiązać z roli Smith’owskiego stróża nocnego. Tymczasem nasze państwo wyraźnie rozsmakowało się w roli rozdawcy prezentów i wychowawcy zapominając o swojej podstawowej funkcji.

Kupcy z Chocimia mieli wszelkie zadatki na to, by być bogatymi i szczęśliwymi ludźmi. Brakowało tylko bezpieczeństwa i ciągłości. Stempowski pisze wręcz, że Bukareszt w pewnej chwili mógł stać się nowym Chicago tylko – brakło bezpieczeństwa i ciągłości. Po trzydziestu latach rozwoju zaczęliśmy wierzyć, że oto przydarzył się nam nowy złoty wiek. Zepsucie tego przekonania przez niemądre rewolucje może kosztować dużo więcej niż gospodarczą recesję. Wybór pomiędzy rubinami a kartą kredytową jest wyborem cywilizacyjnym. Niestety niepamięć o Jerzym Stempowskim świadczy o barbaryzacji również, a może przede wszystkim, naszych elit.