Rynek nieruchomości – wygrani i przegrani
Jerzy Wysocki 07.09.2020

Pandemia doprowadziła do ruiny wiele branż. Nie pomogła jednorazowa kroplówka w ramach tarcz antykryzysowych. Branża lotnicza, branża rozrywkowa i targowa, turystyka zagraniczna – tu nadal głęboki lockdown. Innym biznesom koronawirus dał wiatr w żagle: przesyłki kurierskie, producenci maseczek i środków czystości, branża informatyczna wdrażająca transmisje online. Na rynku nieruchomości dominuje niepewność, ale widać już tendencje, które uznać można za trwałe.

 

Rodzinne Ogrody Działkowe. To największy beneficjent pandemii. Wcześniej z nich kpiono. Kawek ziemi, bieda altanki, starsi ludzie doglądający pomidorów użyźnianych spalinami wielkiego miasta. Teraz przedmiot pożądania. Gdy w marcu tego roku, idiotyczną decyzją zamknięto parki i lasy, ogrody działkowe zaczęły tętnić życiem. To polskie RODOS – Rodzinny Ogród Działkowy Otoczony Siatką.

Psycholodzy twierdzą, że skutki pandemii to także zmiany w psychice. Dzięki rodzinnym ogrodom działkowym wielu osobom udało się żyć w miarę normalnie, a nawet lepiej niż w blokowiskach. Okazuje się, że nie była to chwilowa potrzeba. Do zarządu Związku Działkowców w Katowicach wpływa tygodniowo kilkadziesiąt zapytań o działki. Szacuje się ich wzrosły o aż 50 procent. W dużych miastach, przy dobrej lokalizacji obecna cena to 30 – 50 tysięcy zł. To co było obciachem, reliktem dla staruchów stało się i potrzebne i modne.

Działki i domy. Powrót do natury, atawistyczny instynkt posiadania ziemi, może zdrowy rozsądek? Pewnie wszystko naraz, dodatkowo wspomagane możliwością pracy zdalnej. To już trzecia zmiana trendu w III RP. Beneficjenci przemian wolnorynkowych budowali domy i rezydencje w podmiejskich modnych miejscowościach. To wyznaczało ich nowy społeczny status. Gdy dzieci zaczęły dorastać, a do miasta jechało się w korkach półtorej godziny, wracali kupując mieszkania w tzw. apartamentowcach. Teraz myślą o ponownym transferze za miasto. Problem w tym, że nie bardzo jest gdzie. 20-letnie domy o niemodnej bryle i wykończeniu, nie są już oznaką prestiżu, tym bardziej obiektem pożądania. Wolnych działek o atrakcyjnym położeniu praktycznie nie ma. Domy przedwojenne wymagają gigantycznych nakładów i wieloletnich batalii z konserwatorem. Jeśli już coś się na rynku znajdzie, to z ceną równie unikalną jak budynek.

Wykorzystują to deweloperzy kupując kawałek pola, odrolniając i oferując w reklamie: dom w cenie mieszkania. I tak w szczerym polu, bez jakiejkolwiek infrastruktury powstają osiedla szeregowców szyte na miarę kieszeni i zdolności kredytowej potencjalnego nabywcy. Owe domy wyglądają fatalnie. Gdy z oferowanych 110 m kw. odliczy się garaż, wiatrołap, kotłownię, schody i komunikację, zostaje niewygodne 65 metrów na dwóch, trzech poziomach. Do tego ogród patelnia bez jednego drzewka, o powierzchni 30 metrów. Za siatką z lewej imprezowicze, z prawej gromadka bezstresowo wychowywanych dzieci.

Ale co ciekawe, te dziwne domki w barakach świetnie się teraz sprzedają. Kupują je młodzi ludzie zapewne z nadzieją, że po latach jakieś drzewo tu wyrośnie, a drogę doprowadzą.

Mieszkania. Od strony podaży niewiele się zmieniło. Od stycznia do lipca tego roku oddano do użytku o 6.6 procent więcej mieszkań, niż w analogicznym okresie 2019 roku. Deweloperzy nie schodzą z cen, co najwyżej wprowadzając promocje typu garaż gratis. Na tak szeroką skalę nie rozpoczynają nowych inwestycji, bo – tu poważna zmiana – wyraźnie spadł popyt. Bardzo duża (około 40 procent) grupa potencjalnych nabywców zawiesiła decyzję o zakupie. Czeka co będzie. Liczy na przeceny, nie może liczyć na kredyt, gdyż banki zaostrzyły kryteria i podniosły wkład własny. Nadal najlepiej schodzą mieszkania niewielkie, do 60 m kw. Prognozy tzw. ekspertów mówią, że z uwagi na możliwość pracy zdalnej wzrośnie popyt na mieszkania większe, gdzie znajdzie się miejsce na gabinet, nie znajdują potwierdzenia. Eksperci mają to do siebie, że muszą się wypowiadać, a czym częściej to czynią, tym stają się większymi ekspertami. Rzeczywistość zaś biegnie swoim torem.

Mieszkania na wynajem. Zależy jaki wynajem. Gdy chodzi o mieszkania w miastach na najem krótkoterminowy, dla turystów, dla pracowników w delegacji, to ten biznes w zasadzie zamarł. Nie ma turystów, sprawy zawodowe załatwia się online. Właściciele takich mieszkań, niegdyś czerpiący imponujące zyski, teraz przekształcają te lokale w klasyczne mieszkania do wynajęcia na dłużej. Ale i na tym rynku nie dzieje się dobrze. Z Polski wyjechało 230 tysięcy pracowników zagranicznych zwalniając wynajmowane mieszkania, wiele uczelni zapowiada naukę w trybie zdalnym lub hybrydowym, część studentów, po wakacjach nie wróci do miast. Mniejszy popyt, niższe ceny. Teoretycznie tak. Ale lukę po studentach i pracownikach ze Wschodu mogą wypełnić właśnie ci, którzy wstrzymali się z zakupem mieszkania i muszą wynajmować.

Powierzchnie biurowe. Z badań przeprowadzonych przez firmę Kantar TNS, wynika, że już co trzeci Polak ma możliwość pracy zdalnej. Co więcej, 40 procent chętnie się na taki model godzi. Słychać opinię, że jesteśmy świadkami największej rewolucji na rynku pracy od kiedy Henry Ford postawił ludzi w fabryce przy taśmie montażowej. Można śmiało przypuszczać, że praca hybrydowa stanie się trwałą spuścizną pandemii. Pracodawcy przekonali się, że praca zdalna nie znaczy mniej efektywna. Co więcej, pracodawcę może mniej kosztować stanowisko pracy – to kilka – kilkanaście m kw. w biurze, oświetlenie, ogrzewanie itp. Jeśli te dane się potwierdzą, korporacje najmujące powierzchnie biurowe będą zmniejszać metraż, lub domagać się będę obniżki czynszu. To wydaje się przesądzone, tym bardziej w miastach takich jak Warszawa gdzie jak grzyby po deszczu rosną nowe szklane wieże. Będą zdobić miasto, ale najemców raczej nie znajdą.