Gospodarka
Rynek Pacyfiku na chińskim talerzu 
Damian Kossakowski 02.12.2020

15 listopada 2020 r. ma potencjał zapisać się w historii równie doniośle co 18 kwietnia 1951 r., w którym to podpisany został układ paryski powołujący do życia Europejską Wspólnotę Węgla i Stali. Około dwa tygodnie temu targu dobiły państwa pacyficzne tworząc RCEP – Regional Comprehensive Economic Partnership. Temat ten nie zrobił wielkiej kariery w polskich mediach, lecz nierozsądnym jest w ogóle go nie podjąć. RCEP to umowa o wolnym handlu obejmująca obszar od Mandżurii po Tasmanię, gdzie mieszka 30% populacji świata i wytwarza się 30% światowego PKB. Jest to też policzek wymierzony w USA, które w czasie podpisywania umowy pogrążone było w kolejnym kryzysie związanym z przewlekłym liczeniem głosów i twitterowym bombardowaniem Donalda Trumpa na temat rzekomego sfałszowania wyborów. Fino alla fine jest to rzucenie rękawicy Unii Europejskiej – obecnie największemu międzynarodowemu obszarowi wolnego przepływu towarów na świecie.

 

Stronami-sygnatariuszami RCEP są Chiny, państwa ASEAN (m.in. Malezja, Indonezja, Wietnam, Tajlandia), Japonia, Korea Południowa, Australia i Nowa Zelandia, dodatkowo możliwość dołączenia pozostawiono Indiom. Głównym graczem i inicjatorem koncepcji RCEP były państwa ASEAN, których życzeniem było rozszerzyć perspektywy swoich rynków na najważniejszych graczy – Chińczyków i Japończyków. Do układu zaproszono również Australię pomimo różnic politycznych z Chinami. I choć wiele mówi się o sukcesie dyplomatycznym państwa ASEAN, niewątpliwie politycznym beneficjentem przedsięwzięcia są Chiny. Widoczne jest to w co najmniej dwóch bardzo istotnych politycznie wymiarach tego porozumienia – po pierwsze, wielki deal o wolnym handlu zniesie dla Chin wiele barier, które będą funkcjonować w stosunku do USA (oczywiście USA ma swoje układy z niektórymi państwami RCEP, lecz nie ze wszystkimi). Nieoficjalnym założeniem tego porozumienia jest zresztą wyparcie wpływów i ingerencji amerykańskich z Dalekiego Wschodu. Po raz pierwszy Chiny otrzymają tak szeroki dostęp do rynku japońskiego, koreańskiego, a nawet australijskiego i nowozelandzkiego. Po drugie, umowa ta jest wręcz zabójcza dla Tajwanu, który skazany jest teraz na gospodarczą izolację.

Oczywiście sama koncepcja RCEP nie jest nagłym pomysłem, który wpadł do głowy Xi Jinpingowi, gdy ten zobaczył, że w ostatnich dniach USA są bezzębne jak nigdy dotąd. Zawarcie umowy zostało poprzedzone wieloma lat wcześniejszych negocjacji, natomiast szczególnie doniosłe jest to, że tradycyjni sojusznicy USA w regionie – Korea Płd., Japonia, a nawet Australia weszły w układ o wolnym handlu z Chinami, znacznie zacieśniając współpracę regionalną ze szkodą dla wyizolowanego partnera zza oceanu. W wymiarze geopolitycznym i strategicznym Chiny uzyskały więc wielką przewagę na rynku pacyficznym i jeśli odpowiednio wykorzystają mechanizmy liberalizujące handel międzynarodowy, mogą zacząć myśleć o wypieraniu wpływów USA z tej części świata.

Głównym założeniem RCEP jest zobowiązanie do eliminacji wszelkich ceł i ograniczeń w handlu pomiędzy państwami-sygnatariuszami w przeciągu najbliższych 20 lat. O ile większość państw miała w mniejszym lub większym stopniu zawarte układy i porozumienia handlowe, wciąż niektóre rynki lub ich segmenty pozostawały zamknięte – przykładowo indonezyjski produkt wykorzystujący specjalistyczne elementy lub technologię z Australii nie mógł swobodnie dostać się na rynek innego państwa ASEAN. Nowozelandczycy z kolei zapatrują się na perspektywę rozwoju eksportu w stronę Indonezji i Filipin. 

Istotnym elementem jest przełomowe sformułowanie zasady equal treatment podmiotów krajowych i zagranicznych, w dużej mierze przypominające kluczowy aspekt funkcjonowania rynku Unii Europejskiej. Oznacza to wzmocnienie ochrony prawnej szczególnie dla usługodawców czy inwestorów przykładowo nowozelandzkich w Malezji lub Japonii. Tego typu postanowienia to kamień milowy w zbudowaniu największej na świecie strefy wolnego handlu. Oczywiście jest to wstęp do jej konstrukcji, lecz jak wiemy, również i Unia Europejska budowana była małymi krokami.

Dlatego też aspekt ten jest niezwykle interesujący pod kątem możliwości konkurencyjnych wobec Europy. Nie należę do euroentuzjastów, lecz raczej do eurorealistów. Widzę ogromne korzyści płynące dla Polski z możliwości uczestnictwa w „4 swobodach” unijnego rynku. Ale nie da się nie zauważyć rosnącego politycznego nacisku instytucji unijnych i postępującej centralizacji funkcjonowania Unii. Nie chodzi tu nawet o głośny w ostatnich dniach mechanizm powiązania wypłaty funduszy unijnych z zasadą praworządności, lecz w szerszym kontekście sprawa rozbija się o model działania quasi superpaństwa, które zaciąga superdług w formie pożyczek i euroobligacji na postepidemiczną transformację niezbyt wymodelowanej, szarpanej zróżnicowanym zapotrzebowaniem gospodarki. Chodzi tu o próby upolitycznionego naginania rzeczywistości, forsowania europejskich płac minimalnych (dla obszarów o drastycznym zróżnicowaniu bogactwa), ukrytej dyskryminacji w prawie transportowym czy już bodaj zapomnianym ACTA 2, którego czas na implementację wyznaczony jest na 2021 rok.

RCEP zdaje się schematem konkurencyjnym, opartym na multilateralnym porozumieniu handlowym, które za kilka lub kilkanaście lat może przypominać swoim kształtem EWG. Potencjał PKB jest równie duży, co w przypadku Europy. Praktycznie żaden z sygnatariuszy nie spotkał się z większym oporem politycznym przy przystępowaniu do układu. Rynek azjatycki jest też o tyle ciekawszy, że jeszcze przed wybuchem epidemii, kraje te rozwijały się znacznie dynamiczniej, osiągając bardzo dobre wyniki ekonomiczne, co też przekłada się na wzrost poziomu życia. Uznawane stereotypowo za kraje zacofane, a przynajmniej biedne w przeciwieństwie do bogatej Europy Malezja czy Filipiny powinny, według prognoz opartych na uwarunkowaniach demograficznych i gospodarczych, wyprzedzić niektóre kraje europejskie w przeciągu 10-15 lat, co też zbiega się z czasem realizacji i sukcesywnego wdrażania w życie strefy wolnego handlu wyznaczonej przez RCEP. 

Z jednej strony zagrożenie chińską dominacją gospodarczą, z drugiej utworzenie największego obszaru współpracy handlowej na świecie. Niezależnie od konsekwencji politycznych, w umyśle przeżartej biurokracją Europy powinna zapalić się czerwona lampka informująca, że być może nadchodzi nieuchronnie kres europejskiej dominacji, a wraz z nim odpływ inwestycji i gospodarczej aktywności do państw azjatyckich i Australii. Choć teraz może wydawać się to abstrakcyjne, to dalekowschodnie państwa aspirujące do grania w światowej ekstraklasie właśnie udostępniły sobie bardzo dobre narzędzia do tego, by rzucić wyzwanie wielkim graczom dywizji atlantyckiej.