Ryzykowna podróż prezydenta
Łukasz Warzecha 18.06.2020

Spotkanie prezydentów Polski i USA, do którego ma dojść ledwo cztery dni przed wyborami, może pomóc Andrzejowi Dudzie, dla którego sondaże na drugą turę nie są specjalnie łaskawe. Lecz może mu też zaszkodzić. Trudno nie odnieść wrażenia, że gdyby urzędującej głowie państwa szło w kampanii dobrze i gdyby jego sztab miał pomysł na przełamanie impasu (bo kwestia Karty Rodziny i LGBT ewidentnie się już wyczerpała), to i podróży do USA by nie było. Że jednak druga tura ewidentnie wisi na włosku, trzeba było na gwałt coś wymyślić. Oczywiście wiadomo, że spotkania z prezydentem USA nie umawia się w trzy dni. Ono musiało być na agendzie od jakiegoś czasu, jednak jest bardzo prawdopodobne, że jego termin w finale kampanii wyborczej jest efektem starań strony polskiej. Sztab urzędującego prezydenta może chcieć oprzeć na tej wizycie cały końcowy etap kampanii przed pierwszą turą.

 

Jak może to Andrzejowi Dudzie pomóc? To jasne: wyborcy zobaczą polskiego prezydenta i kandydata na kolejną kadencję, przyjmowanego przez najważniejszego polityka świata. Wspólne zdjęcia, uściski dłoni, a jeśli jeszcze pojawi się jakaś atrakcyjna zapowiedź – na przykład dotycząca transferu części wycofywanych z Niemiec amerykańskich wojsk do Polski – to tym lepiej. Sztabowcy prezydenta liczą prawdopodobnie – i może to być trafna kalkulacja – na tradycyjny polski proamerykanizm oraz na wrażliwość na czcze pochlebstwa, bez kalkulowania, ile nas one kosztują albo czy są cokolwiek warte.

Lecz są i ryzyka z tym wyjazdem związane.

Po pierwsze – to wizyta jednoznacznie wyborcza i już samo to może dać opozycji amunicję. Jeśli przy jej okazji nic konkretnego nie zostanie załatwione, opozycja będzie mieć gotową narrację: prezydent pojechał tylko po to, żeby się lansować przed wyborami, zarazem marnując okazję na poważne, merytoryczne spotkanie w ważnych dla Polski sprawach. Będą twierdzić, że spotkanie jest na granicy mieszania się w wewnętrzne sprawy Polski, szczególnie gdyby Donald Trump postanowił z właściwym sobie wyczuciem wprost wesprzeć kandydaturę urzędującego prezydenta.

Kontrkandydaci będą także wskazywać, że w finale kampanii prezydent zostawił swoich wyborców w kraju. Podróż do USA to przecież około trzech dni – na tym etapie całe wieki. Po spotkaniu do początku ciszy wyborczej pozostaną dwie doby.

Po drugie – obojętnie, czy coś konkretnego przy okazji wizyty Andrzeja Dudy zostanie postanowione czy nie (a pamiętajmy, że w wielu sprawach nawet konkretna decyzja prezydenta bez zgody Kongresu niewiele znaczy; tak jest choćby z finansowaniem dyslokacji wojsk), mogą zacząć padać pytania, jaka była cena za samo spotkanie. Czym za nie musieliśmy zapłacić? Co znów od Amerykanów kupimy po zawyżonej cenie, karmieni tłumaczeniem, że „bezpieczeństwo ceny nie ma”? Wobec merkantylnej natury Donalda Trumpa nie byłyby to pytania bezzasadne. Wzmocni je dodatkowo natura relacji między Warszawą za rządów PiS a USA za Trumpa, gdy wielokrotnie pojawiały się trafne pytania o to, ile płacimy za nasze „specjalne stosunki”. Siłę tych pytań podkreślała swoimi niektórymi wystąpieniami ambasador Georgette Mosbacher.

Po trzecie – jeśli uznać, że prezydent walczy o elektorat Krzysztofa Bosaka w drugiej turze, przedwyborcza wizyta u Trumpa może mu zaszkodzić. Konfederacja wskazuje bowiem od początku na zbytnią uległość wobec Stanów Zjednoczonych i podkreśla konieczność prowadzenia wobec Waszyngtonu polityki bardziej partnerskiej. Przy okazji może zostać przypomniana kwestia ustawy 447, a to niezmiennie wyborców Konfederacji napędza przeciwko PiS.

Po czwarte – wizyta 24 czerwca będzie okazją do przypomnienia fatalnego wizerunkowo odwołania przez Trumpa przyjazdu na rocznicę wybuchu II wojny światowej w ubiegłym roku. Pójdzie za tym zapewne opowieść o uległości PiS wobec Waszyngtonu i przedmiotowym traktowaniu obecnej władzy przez Trumpa. Opowieść niepozbawiona przecież podstaw. Ale też partner – zwłaszcza taki partner jak Trump – będzie nas traktował tak jak sobie na to pozwolimy.

Po piąte – każda, najdrobniejsza nawet wpadka czy potknięcie, również samego Trumpa, może zostać bezlitośnie wykorzystane przez przeciwników prezydenta.

Po szóste – jeżeli podczas spotkania 24 czerwca ogłoszone by zostały jakieś intencje dotyczące rozlokowania w Polsce części wycofywanych z Niemiec amerykańskich wojsk, to ten kij ma dwa końce. Z jednej strony część Polaków będzie się cieszyć, widząc to jako wzmocnienie naszego bezpieczeństwa. Z drugiej jednak wokół tej decyzji kontrowersje pojawiają się w Europie, gdzie odbierana się ją jako kolejne świadectwo dążenia Trumpa do unilateralizmu oraz – co całkiem oczywiste – jako posunięcie wrogie wobec Niemiec, z którymi Waszyngton ma bardzo słabe relacje. Lecz nie ma co do tego ruchu zgody także w obozie Republikanów.

Jest również kwestia ewentualnej zmiany administracji w Waszyngtonie po listopadowych wyborach prezydenckich w USA. Można z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że gdyby miejsce Trumpa zajął Joe Biden, czego wykluczyć dziś nie można, to procedura przemieszczania wojsk zostałaby wstrzymana lub wręcz odwrócona. To oczywiście byłoby już długo po polskich wyborach prezydenckich, ale i na ten aspekt krytycy wizyty Andrzeja Dudy w USA mogą wskazywać.

Ostatecznie zatem może się okazać, że rezultat wyjazdu pod koniec kampanii nie jest może wprawdzie ujemny, ale najwyżej neutralny.