Rzecznik dzieci sadystycznych psychopatów i ich wychowanków
Dariusz Matuszak 25.06.2019

Dziś temat, na którego temat absolutnie nie należy wypowiadać się, a już zwłaszcza publicznie. Chodzi o dawanie klapsów. Ale nie tych, o których panie lubią czytać w magazynach dla pań, albo w Gazecie Wyborczej – „Poszukaj urozmaicenia w waszym związku. Przyznaj się swojemu partnerowi, że cię to podnieca i namów go, by cię klepnął w pupkę”. Podobno fachowo nazywa się to spanking.

 

Chodzi o zwykłe, zacofane, nieeuropejskie i przemocowe dawanie klapsów dzieciom w tyłek. Niepoprawna opinia może sprawić, że zaszczują, zniszczą, rzucą anatemę. Z pracy być może nie zwolnią, ale jeszcze tylko przez chwilę, bo przecież już niedługo dogonimy postępowy Zachód i przyjmiemy radośnie każdą myślową tandetę, która tam się zrodziła.

Na ten temat tych zaściankowych klapsów wypowiedział się Rzecznik Praw Dziecka Pawlak i stwierdził, że nie można ich utożsamiać z biciem. Człowieku, czy ty nieprzytomny jesteś. Jak się słyszy pytanie na taki temat to kłamie się ile wlezie i broń Boże nie wyjawia się swych prawdziwych poglądów. Udaje się zatroskanego, robi się minę zasmuconego, w oczach powinno pojawić się współczucie i głębokie zrozumienie. Zmarszczki głębokiej refleksji niech przeorzą czoło. Trzeba głęboko wzdychać i głęboko pochylać. Nad czym? To oczywiste. Nad losem dzieci, nad którymi znęcają się patologiczni rodzice. Trzeba uczestniczyć w owym mysterium hypocrisium – teatrze obłudy i kłamać, albo przynajmniej za Gombrowiczem nie być na tyle szalonym, aby coś mniemać, albo i nie mniemać. Inaczej wykończą cię. Nie teraz to za sześć, albo dziesięć lat znajdą i wypomną. Będzie jak w Ameryce – za wpis na Facebooku sprzed lat nie przyjmą cię na studia, albo nie dostaniesz roboty.

Pawlak co prawda powiedział, że dawania klapsów nie popiera, ale to za mało. Tu trzeba potępiać i napiętnować, by nikt nie ośmielił się odezwać, nawet jeśli większość Polaków uważa, że dawanie klapsów w pewnych okolicznościach może być uzasadnione. To są nieprawidłowi Polacy. Polacy prawidłowi to są ci, którzy pracują w mediach, są ekspertami od tego i owego, działaczami tego i tamtego, Europejczykami, którzy tylko przez przypadek urodzili się w Odrzywołach i teraz przez Warszawę próbują się dostać do Brukseli.

Pawlak powiedział, iż z „estymą” wspomina to jak tata sprał go pewnego razu po tyłku. Poszło o to, że młody Pawlak polał denaturatem i podpalił swego brata Pawlaka. Nie wiem czy to akurat było właściwe słowo „estyma”. Może tak mu się skojarzyło z bólem i podziwem dla ojcowskiej ręki. Tak czy owak, nic nie wskazuje, by Pawlak wybrał karierę podpalacza. Wręcz przeciwnie. Został rzecznikiem. I tu rodzi się pytanie, czy to dobrze, że Rzecznik Praw Dziecka mówi o wymierzaniu klapsów dzieciom, a nie czytelniczkom magazynów dla pań. Jako prokurator powiedziałbym, że to niedopuszczalne, by ktoś, kto ma bronić dziatwę uznawał, że dopuszczalna jest wobec nich jakakolwiek forma przemocy. Jako adwokat wskazałbym, iż kto, jeśli nie rzecznik, miałby dać głos w tak delikatnej sprawie, uświadomić, iż jest różnica pomiędzy nawet stanowczym przywołaniem do porządku, a stosowaniem bicia jako metody wychowawczej. Zaś jako sędzia mówię tak: powariowaliście wszyscy.

Powiedział, co powiedział, ani dobrze, ani źle. Powiedział coś, co w gruncie rzeczy jest oczywiste i nie ma co robić z tego powodu histerii. Brednie na ten temat, które zalewają teraz media są dużo głupsze niż stwierdzenie Pawlaka, że „klaps nie zostawia wielkiego śladu”, i że „trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym bicie”. I niby co w tym takiego skandalicznego, oburzającego i niewłaściwego.

Rozbierzmy wypowiedź na czynniki pierwsze Jak coś zostawia wielki ślad, to nie było klapsem, tylko mocnym przywaleniem. Chyba proste. Nie jest klapsem strzał z liścia w papę, ani cios piwniczny na wątrobę i podroby. Wiadomo, że to walnięcie ręką w tyłek i gdybym był tak mądry jak profesor Miodek to nawet wywiódłbym, iż nazwa tego uderzenia wywodzi się od charakterystycznego dźwięku, który się przy okazji uwalnia.

Tymczasem zewsząd sypią się histeryczne głosy potępienia. Pani ekspert psycholog z telewizora powiedział, iż nie można dawać klapsa, bo w ten sposób wymusza się na dziecku posłuszeństwo i buduje autorytet. Tak pani psycholog powiedziała. Alleluja, jakie odkrycie. Jasne, że chodzi o to, by m.in. wymusić posłuszeństwo i zbudować autorytet. Do tego właśnie służy – zupełnie jak młotek do wbijania gwoździ, a nie łupania czaszek. Czy to dobra metoda? Być może i nie, ale jak znam życie, a znam, to właśnie dlatego się klapsy wymierza – by przywołać do porządku.

Dalej pani psycholog stwierdziła, iż klaps jest formą okrutnej przemocy i pozostawia trwałe urazy na psychice dziecka, zaś ci co je wymierzają zwyczajnie znęcają się nad pociechami. Krótko mówiąc zrównała ich z patologicznymi sadystami. I tu zaczyna się dopiero prawdziwe szaleństwo. Otóż Szanowni Państwo. Praktycznie wszyscy nasi dziadkowie byli patologicznymi sadystami, zwłaszcza w stosunku do linii męskiej. Bo Krzyś dostawał klaps za przestępstwo dziecięce, a Zosi za to samo mogło się upiec. Podobnie sadystami i okrutnikami byli w swej większości nasi rodzice, ale jeśli nawet nie, to sadyści ich wychowali i pozostawili w nich trwałe urazy psychiczne. I ci rodzice z tymi urazami to nas wychowali. No nie widzę inaczej. I jak się państwu ta wersja Ojczyzny zamieszkanej przez psychopatów, albo ich wychowanków z trwałymi urazami psychicznymi podoba?

W niektórych przypadkach jest jeszcze gorzej. Przy okazji tekstu z propozycjami dla reformy edukacyjnej pisałem o nauczycielce, która prała mnie drewnianym piórnikiem i nawet ze dwa połamała. Słabe to było. Dużo lepszy był wielki drewniany cyrkiel do rysowania kredą kół na tablicy. Rozglądam się po starszych, rówieśnikach i trochę młodszych. Ci wszyscy mężczyźni, których znam, wedle pani psycholog, są ofiarami psychopatycznych praktyk i mają trwałe urazy psychiczne po przeżytych w dzieciństwie traumach.

I tak się te bzdury, jak od pani ekspert psycholog, od wielu dni przez media przelewają. To jest histeria. To jest dopiero multiplikowana prawdziwa brednia, a nie jakaś tam mniej, lub bardziej zręczna wypowiedź rzecznika Pawlaka. Pół Ojczyzny tym wszystkim żyje. A wszystko po to, by sobie już w niedalekiej przyszłości zafundować urzędy ds. zabierania rodzicom dzieci takie jak w Skandynawii, czy Niemczech.

W telewizorze wysłuchałem sobie dyskusji pań na powyższy temat. Jedyne rozsądne wypowiedzi padły z ust znanej scenarzystki Ilony Łepkowskiej, która wskazywała na niebezpieczeństwo regulowania wszystkiego przez państwo i na jego ślepe ingerencje. Jak się przyznała, sama dostawała lanie od swoich rodziców. Kolejna ze złamaną psychika po traumach dzieciństwa. I pewnie dlatego w rozmowie z pozostałymi paniami uznała, że jak chłopak ma posiniaczone nogi, to może dlatego, że grał w piłkę, a nie dostawał po nich pałką od ojca.

Cała ta dyskusja nad wypowiedzią rzecznika jest zwyczajnie groteskowa, ale też sygnalizuje znacznie głębsze zjawisko. Bezmyślnie powielamy wszelkie wzorce z Zachodu w jakiejś straceńczej nadziei, że uda nam się uniknąć też towarzyszących im często patologii. Nie znamy jeszcze zjawiska młodzieżowych gangów tak jak Francuzi, Niemcy, czy Brytyjczycy, albo Włosi. Przynajmniej nie na taką skalę, by budziła prawdziwe przerażenie i mówiło się o jakimś kryzysie społecznym z tym związanym. Nie znam się na biciu dzieci, więc nie ośmielam się twierdzić, że społeczeństwa te zawdzięczają sobie owe gangi, czy jak Brytyjczycy prawdziwa plagę napadów z użyciem noża dokonywanych wręcz przez dzieciaki pobłażliwości w wychowaniu, czy jak kto woli niestosowaniu kar cielesnych.

Wśród wielu towarów intelektualnej tandety importowanej z Zachodu jeden jest niezwykle groźny – wszechogarniająca poprawność polityczna, która dotyczy każdej sfery życia. Do tej pory funkcjonowała sobie ona w Polsce na obrzeżach życia publicznego, była jednym z wielu głosów w dyskusjach, czasami wskazówką moderującą co bardziej temperamentnych, czy chamowatych. Teraz jest pałą regulująca równość szeregów, bębnem wybijającym tempo marszu ku postępowi, aplikowanym środkiem dosustnodoodbytniczym mającym pobudzić do histerii i wzmóc zmysły przy tropieniu wszelkiej nieprawomyślności. Zmienia słownictwo, znaczenie pojęć, przycina wszystko co odstaje. Stłamszona zostanie wszelka dyskusja, znikną opinie.

Jedno nieostrożne słowo, chwila szczerości i zdrowego rozsądku będzie mogła zakończyć karierę. Stchórzymy i podporządkujemy się. Nauczymy się permanentnie kłamać i będziemy pod dyktando funkcjonariuszy poprawności nie tylko rozmawiać, czy wychowywać dzieci, ale też kibicować, bo m.in. zakazane będzie słowo „pogrom”, urządzać przyjęcia, czy uroczystości, albo i nie urządzać, bo choinka kogoś obrazi, jeść, bo politpoprawni ułożą jadłospisy, śpiewać, pisać powieści i piosenki, kręcić filmy i zastanawiać się czy dziecko może się przebrać za Indianina na szkolną zabawę. W pracy mężczyźni będą unikali kobiet i za żadne skarby nie będą chcieli zostać z nimi sam na sam w gabinecie, albo pojechać razem w podróż służbową. Rodzice będą się bać swoich dzieci, bo każda próba dyscyplinowania ich może skończyć się wizytą policji, albo kuratora. W firmach będą zatrudnieni oficerowie polityczni pilnujący różnorodności i tropiący dyskryminacje na tle wszelakim. Zapanuje taka poprawność i równość, że jak u Orwella rządzić będą świnie, a czuwać nad wszystkim Wielki Brat.

To co napisałem w ostatnich akapitach można skomentować jako brednie, albo wyraz moich niczym uzasadnionych paranoi. Oby. Oby to były bzdury. Tymczasem gonimy postępująco postępowy Zachód i dziś pół narodu (łącznie ze mną), media, politycy, eksperci, uczeni i artyści toczą wielką dyskusję na temat dwóch zdań wypowiedzianych przez rzecznika Pawlaka. I to jest dopiero paranoja. Odpuszczono sobie chwilowo Zofię Klepacką. Ale jeszcze raz ją dopadną. Jeszcze raz pojawią się petycje, by usunąć ją z kadry, nie zapraszać na imprezy, zniszczyć, wykluczyć. Będzie jak na Zachodzie i w „normalnym kraju”.