Sen o Warszawie, czyli co zrobić z komunistycznym badziewiem
Jerzy Wysocki 10.05.2019

Wracając do Warszawy z większości europejskich stolic odczuwam estetyczny dyskomfort. To samo po powrocie z Krakowa, Gdańska, Poznania, czy Wrocławia. Jestem dumny z bohaterskiej historii, fajnie że jest metro, nowe ulice, i mosty, transport publiczny na poziomie, ale nie z architektonicznego wyglądu Stolicy. To po prostu brzydkie miasto, jak śpiewa Muniek Staszczyk: gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje. A więc mamy szklany wieżowiec, rozwalającą się przedwojenną kamienicę, ekskluzywny apartamentowiec, obdrapany klocek rodem z PRL-u z przylegającym zakładem wulkanizacji opon. Jeden wielki chaos, którego uporządkować nie sposób. O tym, że coś można jednak zrobić przekonałem się będąc we Wrocławiu.

 

Ulica biegnąca pomiędzy Muzeum Współczesnym a Starówką. Wzdłuż, równo ustawione klocki z epoki Gomółki, lub Gierka. Obdrapana elewacja, bałagan na balkonach i sterczące anteny satelitarne. Wśród chyba dziesięciu takich szkaradztw, dokładnie ta sama bryła, a budynek jakby przeklejony ze współczesnego folderu dewelopera (patrz zdjęcia poniżej).

                          

Wystarczyło zrobić elewację. Pociągnąć okna do podłogi. Wstawić wielokolorowe balustrady tworząc tak zwane balkony rzymskie i jesteśmy w innym świecie. Teraz jest tu hotel. Nie wiem jaka jest historia architektonicznej transformacji budynku. Pewnie prywatny inwestor wykupił mieszkania i po modernizacji urządził tu hotel. Mam nadzieję, że na nim zarabia. Zasłużył na to już samym pomysłem.

Na nagrodę zasłużyły zaś, co więcej w tym roku ją otrzymały, trzy pracownie architektoniczne, które przebudowały w Bordeaux jakże nam znane pudełkowate bloki z lat 60. W zawsze mocno socjalnej Francji takie pudełka stawiano na masową skalę w ramach programu domów komunalnych. Dziś wyglądają jak u nas. Nagroda im. Miesa van der Roche , to jedna z najważniejszych nagród architektonicznych na świecie. Projekt jest genialny w swojej prostocie.

Do ścian bloków z wielkiej płyty dobudowano oszklone tarasy z prefabrykowanych modułów. Każde z mieszkań otrzymało tym samym dodatkową przestrzeń, do której można wejść przez salon. Tarasy stworzyły nową szklaną fasadę przypominającą współczesne szklane biurowce. Mieszkańcy zyskali oprócz powierzchni, lepszy dostęp do naturalnego światła oraz panoramiczny widok na okolicę. Dzięki zastosowaniu prefabrykatów prace trwały 12-16 dni a mieszkańcy nie musieli opuszczać swoich domów. Co ciekawe, lokatorom nie podniesiono czynszów. Pewnie dlatego, że koszty eksploatacji budynku przed i po liftingu są takie same, zaś za przebudowę zapłaciło państwo, lub miasto, bo Francja to kraj bogaty i opiekuńczy (aż za bardzo w wielu kwestiach).

Można założyć, że realizacja w Bordeaux była kosztowna; samo szkło jest bardzo drogie. Może więc warto dać pole do popisu nie architektom tylko artystom. Friedensreich Hundertwasser, to nieżyjący już austriacki malarz, rzeźbiarz i performer. Twórca wykazuje wyraźne wpływy architektury, znanego nie tylko w Barcelonie, Antoniego Gaudiego.

Miałem okazję obejrzeć w Wiedniu „Dom Hundertwassera”; robi wrażenie i inspiruje. Porośnięty trawą i drzewami dach, na elewacjach i kolumnach mozaiki z płytek ceramicznych przypominających (lub będących) fragmentami potłuczonych butelek po piwie i winie. Nawet zwykły domofon w dość ponurej bramie ozdobiony jest odłamkami kolorowego szkła. Taka ekstrawagancka estetyka może się podobać lub nie. Niemniej każdy chyba przyzna, że jego projekty nadają banalnym budynkom estetycznego wyrazu. Te miejsca w Wiedniu jako atrakcję odwiedzają turyści. Mieszkańcy mogą być dumni z tego miejsca. W odróżnieniu od Bordeaux, koszt artystycznej elewacji jest prawie żaden; trawa i drzewa rosną same, puste butelki w ilościach hurtowych można pozyskać od lokalnych meneli za kilka banknotów euro, z przeznaczeniem na pełne butelki do architektonicznego recyklingu.

Wróćmy do Warszawy, gdzie Hitler i Stalin… Plac Teatralny z frontem Teatru Wielkiego (Narodowego) i odbudowanym pałacem Jabłonowskich. Wschodnia pierzeja placu to typowe pudełko z balkonikami, na których suszy się pościel i gacie. Nieopodal plac Bankowy, za komuny plac Dzierżyńskiego. Ku pamięci tego komunistycznego zbrodniarza postawiono tu pudełko vis a vis budynku ratusza. Idąc w lewo, mijamy odrestaurowany hotel Saski, dalej już przy Marszałkowskiej, obdrapana bryła dawnego Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej, a na jego tyłach wybudowane w latach 1965 – 1972 Osiedle za Żelazną Bramą, czyli zestaw 19 długich, 16. kondygnacyjnych budynków. Koszmarnie wyglądają i stwarzają nie lada problem lokatorom. Jak po pijaku trafić do tego właściwego z dziewiętnastu? Z tego typu anomalii polecam jeszcze dwa pudełka na zabytkowych ulicach: vis a vis kultowej restauracji Kameralna na Foksal oraz obdrapaniec na rewitalizowanej ulicy Próżnej przy placu Grzybowskim.

Co z tym można zrobić? Można wszystko, co się komu wymarzy – pokazują to przykłady Bordeaux i Wiednia. Problem w tym, kto ma to zrobić. Mamy skomplikowany stan prawny. Różne formy własności: komunalną, spółdzielczą, prywatną. Ale jest wspólny mianownik: powołane na mocy obligatoryjnego prawa wspólnoty mieszkaniowe. To one decydują o wszystkim, to nich zależy na co przeznaczane są środki z funduszu remontowego, czy i jakie fundusze celowe obciążą mieszkańców. To najbardziej podstawowa platforma demokracji lokalnej i fajnie, że jest. Problem w tym, że nawet jeśli demokratycznie wybrany zarząd wspólnoty rekomenduje lifting budynku mieszkańcy ohydnych klocków na 99 procent odrzucą uchwałę. Dlaczego? Bo nie mają, lub szkoda im własnych pieniędzy na architektoniczne fanaberie, których często nawet nie rozumieją. Gdyby mieli pieniądze nie mieszkali by w szkaradztwach. Gdyby rozumieli, że koszty liftingu zwrócą się poprzez wzrost wartości ich mieszkań, zajmowaliby eksponowane stanowiska w bankach i mieszkali w apartamentowcach czy willach. Ślepa uliczka.

A może władze miasta mogą coś zrobić ? Nie mogą, chyba że to budynki komunalne, jak z przykładu z Bordeaux. Ale te akurat komunalne nie są, więc na siłę miasto nie uszczęśliwi nikogo. Długo rozmawiałem z byłym viceprezydentem Warszawy, któremu estetyka stolicy wciąż leży na sercu, co więcej ma wiedzę i doświadczenie urbanistyczne. Doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę miasto może złożyć tylko wspólnotom pudełek „propozycję nie do odrzucenia”. Do unijnych środków na energooszczędność (okna, ocieplanie a więc też elewacja) dorzucimy 40 – 70 procent, jeśli przedstawicie fajny projekt liftingu. Wasza zgoda, to korzyść dla miasta, ale i korzyść dla was (wzrost wartości mieszkania). Typowe win – win. Jak nie, to jakieś mandaty za uciążliwe sąsiedztwo (jest na to paragraf). Warto tu zacząć od pilotażu, adresy wskazałem. Jak inni zobaczą, że można, to sen o Warszawie spełni się nie tylko w piosence Czesława Niemena.