Skąd wziąć bimbaliony na gnioty
Łukasz Warzecha 04.05.2020

Wyobraźmy sobie taką sytuację: powołana zostaje instytucja, która ma swój sens oficjalny i nieoficjalny. Sens oficjalny to promocja ambitnych treści w internecie. Poseł wnioskodawca z partii rządzącej występuje przed Sejmem i uzasadnia inicjatywę następującymi słowy:

 

Jako państwo mamy obowiązek zadbać o wysoki poziom treści, które docierają do Polaków w internecie. Dzisiaj ambitnym twórcom internetowym brakuje odpowiedniego finansowania. Oglądają się najlepiej i najlepiej czytają się treści niemądre, mało ambitne, schlebiające niskim gustom. My musimy wesprzeć tych, którzy mają swoje oryginalne, często niedoceniane przez szeroką publikę, ale bardzo wartościowe pomysły. Nie mogą być niewolniczo uzależnieni od liczby kliknięć. Państwo polskie ma obowiązek przyjść im z pomocą. Dlatego właśnie powołujemy finansowany ze środków publicznych Polski Instytut Dobrej Zawartości Internetowej, w skrócie PIDZI. Wybitne grono akademickie oraz twórców internetowych z ważnym dorobkiem będzie odtąd oceniało przedstawiane projekty i przyznawało im odpowiednie dofinansowanie.

Gdy ustawa była w Sejmie, minister kultury zwołał konferencję prasową. Dziennikarze mieli wiele pytań. Przede wszystkim – z czego dokładnie PIDZI będzie się utrzymywał. Co to są te „środki publiczne”. Tu głos zabrał odpowiedzialny za sprawę wiceminister, bo minister sam się takimi detalami nie zajmował.

– Źródeł będzie kilka – rzekł wice, wyciągając z kieszeni mały notesik i zerkając do niego dyskretnie. – Po pierwsze – na wszystkich dostawców internetu nakładamy podatek półtora procenta od przychodu. Na pewno chętnie zapłacą, bo przecież im też zależy, żeby dostarczane treści były ambitne, prawda? Po drugie – nakładamy w tej samej wysokości podatek na serwisy umożliwiające umieszczanie zawartości audiowizualnej – z tym samym uzasadnieniem. Po trzecie – nakładamy podatek od sprzedaży każdego sprzętu elektronicznego, umożliwiającego obsługę internetu, bo przecież jak jest internet, to są też treści, a nam wszystkim zależy, żeby były ambitne, prawda? – Wiceminister tryumfalnie powiódł wzrokiem po zebranych.

– Lodówki z internetem też? – zapytał jakiś dociekliwy dziennikarz.

– A to są takie? – zdziwił się wiceminister. – No, jak są, to też. I szacujemy, że PIDZI – wiceminister dobitnie wymawiał skrót jako „peidezeti” – rocznie dostanie z tego… Pani Halinko – zwrócił się do skromnej urzędniczki, stojącej pół kroku za nim – ile nam tam wychodziło?

Pani Halinka po cichu podpowiedziała. Wiceminister najpierw pobladł, potem się jakby zaczerwienił, a w końcu powiedział:

– No… dużo dostanie. Jak przyjdzie czas, to porozmawiamy o pieniądzach.

Pytano też o to, czy PIDZI (dziennikarze uparcie mówili „pidzi”) będzie też finansowało projekty, mające na celu przybliżenie internautom tradycyjnej wysokiej kultury.

– Panie ministrze – pytał jeden z dziennikarzy – czy będzie miał szansę na dofinansowanie na przykład cykl, prezentujący treści polskiej klasyki literatury? Albo arcydzieła muzyki klasycznej?

Minister nieco posapał, po czym rzekł:

– PIDZI będzie przede wszystkim stawiał na twórczość oryginalną, na świeże, nowe pomysły, a nie na odtwarzanie jakichś tam starych… klasyki, w tej czy innej formie. Klasyka to się, panie redaktorze, sama obroni. Nie potrzebuje dofinansowania.

– Kto będzie decydował o tym, kto dostanie pieniądze i ile? – spytał wreszcie jeden z dziennikarzy.

– O, tutaj będziemy mieć bardzo szacowną komisję konkursową – z zadowoleniem wysapał minister. – Znajdą się niej najwybitniejsi polscy jutuberzy i ci, no, wlogerzy, a także wybitni specjaliści od kultury masowej, wysokiej i takich tam…

– A kto tę komisję konkursową będzie wybierał? – drążył dziennikarz.

– Komisję konkursową będzie wybierała komisja do spraw wyborów komisji konkursowej – nieco poirytowanym głosem oznajmił minister.

– A kto wybierze członków tej komisji? – nie ustępował dziennikarz.

– Oj, proszę nie nudzić, panie redaktorze, inni też chcieliby zadać pytania – fuknął minister. – Poza tym pan sobie w ustawie doczyta. Co, ja mam za pana przepisy sprawdzać?

Dziennikarz sięgnął po komórkę, znalazł ustawę i doczytał. Komisję do spraw wyboru komisji wybierała komisja do spraw wyboru komisji do spraw wyboru komisji konkursowej, w której skład (tej pierwszej) wchodził minister, wiceministrowie i szef gabinetu politycznego premiera.

Tyle oficjalne deklaracje. Więcej natomiast można było usłyszeć podczas zamkniętego bankietu z okazji powstania PIDZI w salach Pałacu na Wodzie w Łazienkach. Minister rozmawiał właśnie z dwoma swoimi znajomymi, ambitnymi twórcami internetowymi. Jeden przygotowywał projekt „24 godziny”. Przez 24 godziny zamierzał strimować do sieci wodę kapiącą z kranu w swojej kuchni. Kosztorys projektu opiewał na 25 tys. złotych. Drugi zamierzał stworzyć internetową galerię fotografii ludzkich odchodów. To już był ambitniejszy plan, rozpisany na trzy lata. W bazie miało się znaleźć pięć tysięcy fotografii z niemal wszystkich kontynentów, zatem w grę wchodziły podróże, hotele, sprzęt. Koszt – 300 tys. złotych.

Minister, nieco już zmęczony bankietem, wspierał się na ramieniu młodej, atrakcyjnej brunetki.

– Wy się znacie, prawda? – zwracał się nieco bełkotliwie do twórców. – A jak się nie znacie, to się właśnie poznacie – to jest Dorotka. Prawda, Dorotka? – spytał Dorotki. – Prawda – odpowiedział sam sobie. – Dorotka będzie dyrektorem PIDZI – nie wiadomo, czemu minister wymówił skrót jako „piździ”, może po prostu był już bardzo zmęczony – znaczy, jak ją już powołam po konkursie, a ona jest bardzo, bardzo zdolna, więc na pewno ten konkurs wygra – z uwielbieniem wpatrzył się w głęboki dekolt Dorotki. – I w sprawie waszych projektów to walcie potem do Dorotki, a my tam już… No i wiadomo.

***

Czy podobała się Państwu ta krótka fikcyjna historyjka? Na pewno chętnie zapłaciliby państwo więcej za dostęp do sieci czy za nowy smartfon, gdyby w zamian ambitni twórcy internetowi mogli dostać po kilkadziesiąt albo i kilkaset tysięcy na swoje projekty, prawda?

A teraz przenieśmy się do polskiej rzeczywistości AD MMXX, w której do ustawy o specjalnych instrumentach wsparcia w związku z COVID-19 doklejono podatek od platform VOD (art. 16. Ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 z 30 kwietnia), mający zasilić Polski Instytut Sztuki Filmowej. Jak można tę regulację uzasadnić inaczej niż chęcią wyciągnięcia od ludzi – bo zapłacą użytkownicy platform VOD, to oczywiste – kasy na produkcje dofinansowywane w ramach estetycznego i politycznego zapotrzebowania aktualnej władzy, wyłaniającej słusznego szefa PISF?

Tak, kinematografia w związku z ograniczeniami związanymi z pandemią niemal przestała działać. Filmów się teraz nie kręci. Ale jaki ma to związek z łupieniem platform VOD – a tym samym ich klientów? Przecież problemem jest dziś to, że nie mogą działać kina (to one składają się także na PISF) i nie wiadomo, kiedy i w jakim trybie będą znów działały. Problemem producentów filmowych z kolei jest niemożność pracy nad filmem przy zachowaniu reżimu sanitarnego – tego po prostu nie da się zrobić. I to nie ma żadnego związku z pieniędzmi, które będzie miał do dyspozycji PISF.

Inaczej niż choćby prasa drukowana, kinematografia nie jest bezpośrednio uzależniona od rynku reklamowego. Owszem, jest tu zależność pośrednia: producentami filmów (o serialach nie mówimy, bo ich PISF nie finansuje) bywają także stacje telewizyjne, a tym przychody z reklam bardzo spadły. Ale to nie jest problem naczelny. Naczelnym problemem są w tym momencie rygory nałożone przez rząd. Podczepianie pod ten problem dodatkowych pieniędzy na PISF jest najzwyklejszym szachrajstwem i trudno to odczytywać inaczej niż jako chęć wyciągnięcia ludziom z kieszeni pieniędzy dla środowiska.

Dzieje się to w dodatku w momencie, gdy MKiDN nie zrobiło kompletnie nic, aby pomóc prasie, która jest w sytuacji znacznie trudniejszej (pisałem o tym na stronach SDP) – podczas gdy prasa, inaczej niż kinematografia, ma do spełnienia w państwie funkcję kontrolną, a ta i tak jest już mocno zachwiana za sprawą politycznych lojalności i układów. Kryzys na rynku reklamowym i dystrybucji prasy grozi całkowitym tej funkcji zaprzepaszczeniem. Tu zatem podstawa do tymczasowej, dobrze przemyślanej formy pomocy (niekoniecznie – jak proponuje obecnie SDP – poprzez dotowanie czasopism) by była. Natomiast regulacja w sprawie haraczu dla PISF, przepchnięta wraz z tarczą 3.0 (kto jeszcze jest w stanie połapać się w tym gąszczu przepisów?), nie wygląda na tymczasową i nie ma z punktu widzenia funkcjonowania państwa żadnego znaczenia.

Polski Instytut Sztuki Filmowej powstał z inicjatywy ministra kultury w rządzie SLD-PSL (potem już tylko SLD) Waldemara Dąbrowskiego w 2005 roku. Byłem od początku przeciwnikiem powoływania tej instytucji. Nie dlatego, żebym był dogmatycznym wrogiem wydawania przez państwo publicznych pieniędzy na kulturę. Przeciwnie – uważam, że państwo powinno takie pieniądze wykładać między innymi na utrzymanie lub zakup dóbr o najwyższej wartości historycznej, ważnych dla naszej kultury materialnej. Dlatego nie byłem krytykiem odkupienia przez państwo od Fundacji Czartoryskich jej kolekcji z „Damą z łasiczką” na czele. Tam, gdzie w grę wchodzi kultura wysoka (niekoniecznie materialna), a przy tym odpowiednio – by tak to ująć – spatynowana, państwo ma swoją rolę do odegrania.

Jestem natomiast przeciwnikiem wspomagania przez centralny budżet tych, którzy nową sztukę czy nową kulturę produkują. Często z takich pieniędzy żyją dwie kategorie „twórców”: hochsztaplerzy, udający artystów, a w istocie świetnie wyczuwający aktualne trendy i trzepiący na nich po prostu kasę (tu można wrzucić niemal wszystkich „artystów nowoczesnych”); oraz koledzy aktualnie rządzących, względnie osoby odpowiednio środowiskowo ustawione, które mogą tworzyć najgorsze gnioty – odpowiednio do preferencji aktualnej władzy albo należycie postępowe, albo należycie bogoojczyźniane – a kasę na to i tak dostaną. Nie ma żadnego powodu, żeby za sprawą publicznych pieniędzy tego typu „dzieła” unikały normalnej rynkowej weryfikacji.

Czy bez PISF nie powstawałoby dobre polskie kino? Zakładam, że by powstawało, szczególnie że nie tylko ta instytucja takie kino finansuje. Pytanie brzmi oczywiście, co znaczy „dobre kino”. W przypadku kinematografii przyjmowałbym tu brutalnie rynkowe kryteria.

Zerknąłem sobie w spis dofinansowań produkcji filmowej przez PISF z różnych lat. Większość dotacji w wysokości minimum miliona złotych dotyczy filmów, których nikt nie pamięta i mało kto widział. Ot, na przykład jakaś „Uwodzicielka liczb” Bruce’a Beresforda (2010, 2 mln), „Zabójstwo księdza Adama” Małgorzaty Szumowskiej (3 mln, 2011), „Bonobo Jingo” Sławomira Fabickiego (4 mln, 2012), „Panie Dulskie” Filipa Bajona (2,5 mln, 2014) albo „Magnezja” Macieja Bochniaka (2,5 mln, 2018). Lista jest bardzo długa, można by ją ciągnąć. Oczywiście dotowane były też filmy słuszne w danym okresie albo odpowiednio towarzysko zaczepione. Swoje dostał skrajnie zmanipulowany „Pokot” Agnieszki Holland, gniotowaty „Wałęsa” Andrzeja Wajdy czy koszmarne „Legiony” Dariusza Gajewskiego.

Tak, są też dotacje dla autentycznie dobrych i zarazem komercyjnie udanych obrazów, takich jak „Uwikłanie” Jacka Bromskiego (2 mln z ponad 6 całkowitego kosztu, 2010 r.) czy „Ziarno prawdy” Borysa Lankosza (3 mln z 6 mln ogólnego kosztu, 2013 r.). Ale te akurat filmy spokojnie obroniłyby się na rynku. Natomiast choćby znakomity, rozrywkowy „Vinci” Machulskiego powstał w 2004 roku i obył się w ogóle bez dotacji. Niestety, żenująca „AmbaSSada” tegoż samego reżysera z Adamem Darskim zainkasowała już 2,6 mln.

Jedno musi być jasne: rozdzielając dotacje, PISF nie kieruje się żadnymi czytelnymi i obiektywnymi kryteriami – bo nie może. Nie ma takiej możliwości. Finansuje się przecież filmy przed ich produkcją, a nie wtedy, gdy ich wartość ocenią już widzowie. Ocena komisji jest zatem całkowicie subiektywna – i ta dotycząca wartości artystycznej projektu, i jego potencjału rynkowego.

Krótko mówiąc – skok na naszą kasę, zawarty w ustawie o tarczy w wersji 3.0, skończy się tym, że grupka kumpli będzie między siebie dzielić kolejne nasze pieniądze (bo przecież PISF już teraz utrzymuje się m.in. z pieniędzy od kin, a więc z tego, co płacimy w biletach – z tym że kina teraz nie działają) według całkowicie uznaniowych zasad, wydając bimbaliony na „dzieła”, które gdzieś tam przemkną przez kina albo i nawet nie, kończąc na Festiwalu Filmów Ambitnych i Do Zrzygania Nudnych. Dziękuję dobrej władzuchnie, że pozwoli mi się do tego interesu dokładać.