Składka dla seniorów z państwowej kasy od ich własnych dzieci
Jerzy Wysocki 28.01.2020

Oczywiście, to nie kolejna obietnica rządu złożona z okazji kolejnych wyborów. To chytry plan zahamowania katastrofy emerytalnej, która niechybnie nasz czeka. Rząd wpadł na pomysł, żeby powiązać system emerytalny z liczbą posiadanych dzieci. W myśl zasady: im więcej masz dzieci, tym możesz liczyć na większą emeryturę. Nie byłoby to aż tak słabe gdyby…

Ale cofnijmy się o blisko 8 lat. Rządzi wtedy gabinet Donalda Tuska z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem. Lider ludowców wywołuje konsternacje stwierdzając, że nie liczy na państwową emeryturę, a – dbając o zabezpieczenie na starość – stawia przede wszystkim na utrzymanie dobrych relacji z dziećmi. Dopytywany o tę wypowiedź tłumaczy, że jako przedstawiciel odpowiedzialnego rządu „nie może ściemniać i oszukiwać ludzi”.

Pawlak nie wymyślił zresztą nic nowego. System zabezpieczeń socjalnych wprowadził dopiero kanclerz Otto von Bismarck w latach 80 XIX wieku. Wcześniej, gdy większość ludzi żyła na wsi, rodziny wielopokoleniowe prowadziły wspólne gospodarstwo, wzajemnie się wspierając. Czyli rodzice inwestowali w dzieci, a te zapewniały im godną starość.

Czy o powrót do minionych czasów chodzi obecnemu rządowi ? Paradoksalnie tak, ale oczywiście w socjalistycznym, redystrybucyjnym modelu nakazowo – rozdzielczym. Osoba związana z tym projektem na łamach Gazety Wyborczej snuje rozważania: można sobie wyobrazić sytuacje, w której pracujące dzieci przekazują część swoich dochodów rodzicom. I wylicza: jeśli ktoś ma jedno dziecko i zarabia ono średnią krajową, to ma dodatkowo 50 zł, a gdy ma 8 dzieci pracujących , to 400 zł. Generalnie plan jest taki, żeby jakiś procent wynagrodzenia (np. 1 procent), dziecko obligatoryjnie przekazywało emerytowanemu rodzicowi.

Profesor Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego dorabia do takiego modelu etyczną podstawę. – Przekazywanie przez pracujące dzieci składki na konto rodziców (…) można traktować jako docenienie rodziców i sygnał, że warto mieć dzieci, bo spotka cię nagroda.

Oczywiście nic w tym złego, że prawo pozytywne, czyli tworzone przez władze państwowe zgodne jest z prawem naturalnym, czyli wynikającym z natury ludzkiej. Wprost przeciwnie, tak powinno być, ale czy państwo każdą sferę musi regulować? Nie. Premier Pawlak mówił o utrzymaniu dobrych relacji z dziećmi, a nie przepisach dzieciom coś nakazujących na mocy kolejnej ustawy, a nie dobrowolnej powinności.

Doktor Łukasz Wacławik, specjalista od ubezpieczeń społecznych pyta, a co będzie, gdy córka była molestowana przez ojca ? Czy teraz ma dobrowolnie płacić na jego emeryturę ? Albo gdy ojciec opuścił rodzinę i nie brał udziału w wychowywaniu dzieci? Inni zwracają uwagę, że to kolejny powrót do idei „bykowego”, czyli podatku dla bezdzietnych. – A co z osobami, które chcą, ale nie mogą mieć dzieci. Dlaczego maja być teraz karane ? – pyta profesor SGH Irena Kotowska.

Z rządowego pomysłu pewnie nic nie będzie. To kolejna próba ratowania systemu emerytalnego i poprawiania demografii. 500 plus nie dało efektów. Po chwilowym wzroście urodzeń, mamy stały, dynamiczny spadek. Wyraźnie widać, że żadne regulacje nie maja wpływu na cywilizacyjne trendy. Co więcej, te regulacje prowadzą do absurdów. Osoby otrzymujące 500 plus na dzieci, płacić miałyby daninę na swoich rodziców. Wszystko to tylko przekładanie tych samych pieniędzy z kieszeni do kieszeni przez państwowych decydentów i urzędników. „Od samego mieszania, herbata nie staje się słodsza” – to znany cytat ze Stefana Kisielewskiego.