Sławomir Mentzen, czyli szczery populista
Łukasz Warzecha 08.05.2019

Paradoks uciekającego horyzontu polega w największym skrócie na tym, że aby zrealizować jakiś szlachetny polityczny cel, trzeba niestety najpierw trochę w państwie napsuć, żeby zdobyć lub utrzymać władzę. No bo przecież tylko „my” możemy ów szlachetny cel zrealizować, tylko my możemy państwo naprawić, zatem musimy użyć wszelkich środków, żeby władzę objąć albo zatrzymać. Cel staje się wtedy jak horyzont, którego dogonić się nie da, a to, co na nim widać, z czasem staje się coraz mniej wyraźne.

 

Tą publicystyczną metaforą posługiwałem się wielokrotnie, opisując, jak PiS rządzi państwem. Uważam, że bardzo dobrze oddaje ona sposób myślenia Jarosława Kaczyńskiego i całej formacji. Pokazuje też, na czym polega błędne koło, w jakim się znajdujemy. Im bardziej bowiem psujemy, tym większa jest potrzeba naprawy państwa, a przecież naprawić je możemy „tylko my”, więc trzeba jeszcze więcej napsuć, rozregulować, podporządkować doraźnym celom, żeby tylko utrzymać władzę, żeby można było w końcu naprawiać… I tak dalej, bez końca.

Ten sam mechanizm dostrzegłem jednak również, analizując głośne wystąpienie Sławomira Mentzena, wiceprezesa partii KORWiN. Jego główną tezą było, że aby się przebić i zdobyć mandaty, trzeba grać na emocjach, bo tylko to działa. Mentzen przedstawił też „piątkę Konfederacji”: „Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej”. W najnowszym numerze tygodnika „Do Rzeczy” (wydanie z 6 maja) znajdą państwo moją obszerną analizę wystąpienia Mentzena i do tego tekstu przede wszystkim odsyłam. Ponieważ jednak wiceprezes KORWiN postanowił na mój tekst odpowiedzieć, przeto tu jeszcze kilka słów repliki.

Skarży się zatem Mentzen, że owszem, Konfederacja „odpycha” bardziej stonowanych wyborców (dobrze, że to rozumie i zdaje sobie z tego sprawę), ale nie ma jak o nich walczyć, bo media nie są zainteresowane skierowanym do nich przekazem. Odpowiadam refleksją ogólniejszą: zadziwiające jest, jak ugrupowanie, które w teorii ma być odtrutką na standardową polską politykę, błyskawicznie przejmuje retorykę, obyczaje i nawyki głównych partii, w tym zwłaszcza PiS. To przecież PiS miało i ma nadal w zwyczaju za swoje niepowodzenia winić media. Złe media fałszują, nie interesują się, upraszczają, wyciągają z kontekstu słowa Naczelnika i tak dalej, i tak dalej. Tradycja skarżenia się na media w przypadku PiS sięga pierwszej połowy lat 2000. Konfederacja okazuje się znakomitym naśladowcą.

Nie tylko w tym zresztą. Gdy czyta się posty sympatyków Konfederacji, komentujące wystąpienie z Krakowa, ale przede wszystkim odnoszące się do krytycznych opinii na jego temat, uderza agresja i sekciarski sposób myślenia. Wszystko to świetnie znamy z twardej części elektoratu PiS. To podejście, które wielokrotnie krytykowali ludzie, tworzący dzisiaj Konfederację. Dzisiaj sami napędzają takie emocje, bo na nich korzystają.

Nie będę tutaj instruował Sławomira Mentzena, jak można równoważyć radykalny przekaz przekazem merytorycznym i jak można z nim również do wyborców docierać. Przypomnę tylko, że w swoim nośnym wystąpieniu nie wspomniał ani słowem o czymkolwiek, co dla wyborcy mniej rozemocjonowanego mogłoby być ciekawe i atrakcyjne. Dla takiego wyborcy całe jego krakowskie wystąpienie musiało być odstręczające.

Dalej Mentzen stwierdza: „Rzuciłem żartobliwe hasło, ironiczne podsumowujące nasz przekaz kampanijny i od razu doczekałem się uwagi, długiego artykułu w »Do Rzeczy« a nawet wywiadu”. Jak rozumiem, „żartobliwym hasłem” nazywa Mentzen wspomnianą „piątkę”. Jeśli faktycznie okrzyk „nie chcemy Żydów” to dla Mentzena „żartobliwe hasło”, to znaczy, że mamy całkiem odmienne poczucie humoru. Nie ja jeden miałem po wystąpieniu wiceprezesa KORWiN wrażenie, że Konfederacja postanowiła zagrać na niebezpiecznych i trudnych do kontrolowania emocjach wyborców. Mentzen może oczywiście udawać, że nie rozumie, o co chodzi, ale przecież jest zbyt inteligentny, żeby nie wiedzieć, co robi. Wystarczy, żeby przejrzał komentarze, odnoszące się do jego własnego wystąpienia.

Mentzen pisze: „Chciałbym też się dowiedzieć, dlaczego ja »rozpalam emocje, których nie będę w stanie kontrolować«, a kolega redakcyjny Łukasza Warzechy – Rafał Ziemkiewicz pisząc o organizatorach próby wyłudzenia roszczeń »chciwe pa….« (nie dokończę, żeby nie dostać bana na FB), na takie oceny nie zasługuje? Czy aby móc ostro krytykować ludzi stojących za roszczeniami trzeba najpierw zdobyć pozwolenie od jakiegoś gremium albo urzędu? Jeżeli tak, to przepraszam, nie wiedziałem o tym. Gdzie mogę wniosek o takie pozwolenie złożyć?”.

Kiedyś Janusz Korwin-Mikke użył w Sejmie kultowego sformułowania „rząd rżnie głupa”. Stosuję je do dziś w takich właśnie sytuacjach: Mentzen rżnie głupa. Nie podoba mi się w wielu momentach retoryka Rafała Ziemkiewicza, również w tym konkretnym przypadku. Rzecz jednak w tym, że Ziemkiewicz jednoznacznie odnosił się do konkretnej grupy – tej, która chciałaby od Polski uzyskać pieniądze za pożydowskie mienie. Mentzen, wbrew temu, co pisze w swoim poście, nie odnosił się do tej grupy. Mentzen powiedział – znów muszę zacytować słowo w słowo: „Nie chcemy Żydów” – po prostu i w ogóle. I to jest właśnie jedna z emocji, które łatwo rozbudzić, ale których nie sposób potem kontrolować.

Celowo nie dopowiadam tego, co część Czytelników już zapewne myśli, zastanawiając się, na jakim konkretnie sentymencie chce Mentzen budować poparcie dla swojej formacji, wciąż bowiem mam nadzieję, że to po prostu dezynwoltura młodego człowieka, który poczuł wiatr w żaglach, a nie w pełni świadomy wybór.

Pyta Mentzen: „Nie wiem też skąd Warzecha wziął twierdzenie, że chcę wyjść z UE”. Odpowiadam: z wystąpienia pana Mentzena. A konkretnie z jego „piątki”. Trudno inaczej zrozumieć stwierdzenie „nie chcemy UE”. Nie „nie chcemy takiej UE, jaka jest” albo „chcemy zmienić UE”, tylko „nie chcemy UE”. I znów może pan Mentzen tłumaczyć, że to „żartobliwe hasło”, ale w ten sposób sam sobie zaprzecza. Przecież wygłasza wiecowe odezwy w taki sposób, aby obudzić w słuchaczach prostą emocję. Tę prostą emocję ujął w słowach – znowu przypomnę – „nie chcemy Żydów” oraz „nie chcemy UE”. Zresztą z jego dalszego wywodu na temat Unii nie wynikało, że jedynie rozważa, czy warto w niej pozostawać, ale że UE idzie w kierunku uzasadniającym rezygnację z członkostwa. I tu przypomnę, że konfederaci w żadnym momencie nie przedstawili analizy ewentualnego procesu występowania, ani gospodarczej, ani politycznej. Nie umieścili takiego posunięcia w kontekście Brexitu ani w kontekście naszych uwarunkowań geopolitycznych. Nie wyjaśnili, dlaczego korzystne miałoby być pozostawanie w EOG, gdzie konieczne jest wypełnianie norm unijnych, na których tworzenie nie ma się poza UE żadnego wpływu. Ale rozbudzona emocja jest. I tej emocji Mentzen kontrolować nie będzie w stanie – będzie musiał już tylko za nią podążać. Podobnie jak za tą wcześniej opisaną. To właśnie jest groźne.

Jest kilka rzeczy, które trzeba powiedzieć jasno.

Po pierwsze – retoryka Mentzena i innych najbardziej widocznych polityków Konfederacji przyciąga określony rodzaj elektoratu. Mentzen musi sobie zdawać sprawę, że „budząc emocje”, odrzuca tych, którzy mogli rozważać Konfederację jako alternatywę dla istniejącego układu, ale nie szukają wśród skrajności. Jego wybór. Napiszę jednak raz jeszcze, bo nie wiem, czy Mentzen zdaje sobie z tego sprawę: partia może się stać zakładnikiem elektoratu, który daje jej mandaty. To stało się z PiS, który w dużej mierze jest zakładnikiem socjalnego, roszczeniowego elektoratu. Konfederacja jest na prostej drodze, żeby stać się zakładnikiem elektoratu, rządzącego się bardzo negatywnymi emocjami, których znów przez litość nie nazwę. W każdym razie są to wszystko emocje z przedrostkiem „anty-”. Przy tym ma szansę trwale zrazić do siebie elektorat umiarkowany.

Po drugie – mamy tu klasyczny przykład paradoksu uciekającego horyzontu. Polska debata publiczna jest i tak skrajnie rozemocjonowana. Nie ma w niej miejsca ani na racjonalną argumentację, ani na zagadnienia ważne, ale niebudzące wielkich emocji. Konfederacja postanowiła dołożyć do tego cegiełkę, tłumacząc, że musi to robić, żeby potem ewentualnie coś naprawić. Tyle że – patrząc realistycznie – nie naprawi niczego, bo nie będzie mieć w przewidywalnym czasie żadnego wpływu na władzę. Będzie więc dalej psuć debatę publiczną, żeby – jak będą tłumaczyć jej politycy – ten wpływ w końcu zyskać. Efekt będzie tylko jeden: jeszcze szybsza degradacja sfery publicznej. W tej chwili Konfederacja pełni wyłącznie taką rolę i żadnej ponadto. W sytuacji, gdy rząd bez opamiętania mnoży sztywne wydatki i planuje kolejne obciążenia, teoretycznie wolnorynkowa Konfederacja w tych sprawach milczy. Nie próbuje nawet tworzyć – niech już będzie – emocjonalnego przekazu, skierowanego do tych, którzy lubią trzymać się za portfel. W zamian dostajemy okrzyki, że „nie chcemy Żydów”.

Jeśli ktoś uważa – tak jak autor tego tekstu – że populistyczne powrzaskiwania Koalicji Europejskiej i PiS (w tym drugim przypadku przechodzące niestety w czyny) są dla polskiego państwa wybitnie szkodliwe, to trudno, żeby uznał Konfederację za interesującą alternatywę. To najwyżej ciekawostka, bo jeden z jej liderów wyszedł do ludzi i otwarcie powiedział, że jest populistą.

 

Tekst na temat wystąpienia Sławomira Mentzena w najnowszym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”, również w prenumeracie elektronicznej.