Słuchajmy Palmerstona
Jerzy Marek Nowakowski 22.06.2019

W „Dziennikach” Jan Szembek, który był w 1939 r. zastępcą Józefa Becka, 23 sierpnia zapisał, że Beck, po ujawnieniu paktu Ribbentrop – Mołotow mówił, że to nic ważnego. Na kilka dni przed wybuchem wojny szef polskiej dyplomacji nie był w stanie uwierzyć w porozumienie niemiecko-sowieckie. Tak samo jak nie wierzyli w nie dość długo (a znacznie krócej od Becka) przywódcy państw zachodnich. Przecież wrogość Hitlera do komunistów była aksjomatem polityki europejskiej. Przecież istniał Pakt Antykominternowski itd.

 

To co stało się wiosną i latem 1939 roku powinno być ostrzeżeniem. Stara maksyma Palmerstona, że „Anglia nie ma wiecznych wrogów ani wiecznych przyjaciół, ma tylko wieczne interesy”, obowiązywała i obowiązuje w polityce międzynarodowej. Przy czym w miejsce słowa Anglia można wstawić nazwę dowolnego mocarstwa.

Pisząc niedawno o cieniu Jałty, który pojawił się znowu nad obszarem byłego Związku Sowieckiego nie odnosiłem się do polskiej polityki. Obserwując jednak to, co dzieje się na naszym rynku politycznym warto przypominać maksymę byłego brytyjskiego premiera. Po spotkaniu Trump-Duda przez polskie media, łącznie z tymi opozycyjnymi, przetoczyła się fala entuzjazmu. Po części słuszna, bo Ameryka jest i pozostanie naszym kluczowym i najważniejszym sojusznikiem. Tyle, że opisując politykę Stanów Zjednoczonych objawiamy postawę, którą Melchior Wańkowicz określił mianem „chciejstwa”. Wydaje nam się oto, że chłodne relacje pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem są nam dane raz na zawsze. Tymczasem oba kraje rozmawiają nie tylko i nie przede wszystkim, na szczytach prezydentów czy ministrów. Toczy się stały dialog dyplomatyczny. A w momencie, gdy mocarstwa coś pomiędzy sobą uzgodnią to bardzo trudno im się przeciwstawić. Losy Syrii czy mołdawskiego oligarchy Plahotniuca są tego najlepszym przykładem. W gruncie rzeczy Władimir Putin zrealizował swój najważniejszy cel polityczny, jakim był powrót Rosji do grona mocarstw. John Bolton niedawno mówiąc o Wenezueli powołał się na doktrynę Monroe’a. Doktrynę, która mówiła wprost, że zachodnia półkula musi pozostać amerykańską strefą wpływów. Rosjanie – wbrew przypuszczeniom naszych dziennikarzy – wcale się nie zdenerwowali. Przeciwnie, po cichu wycofali sporą część swojego personelu wojskowego z Wenezueli. No bo w istocie słowa Boltona były miodem na ich serca. Przecież właśnie tego chcieli, powrotu do polityki stref wpływów. Oczywiście trzeba jeszcze wynegocjować granice tych stref, no ale na tym właśnie polega „jałtański” styl myślenia.

Amerykanie w dialogu z Rosją zachowują się trochę jak pani ze starego dowcipu. Zapytana przez zabiegającego o jej względy mężczyznę: „czy prześpi się Pani ze mną za milion dolarów” niechętnie pokiwała głowa na zgodę. „Ok. na początek daję stówę” oznajmił gentleman. „Za kogo pan mnie ma?”, oburzyła się pani. „To już ustaliliśmy – teraz negocjujemy cenę”. Władimir Putin dość twardo negocjuje cenę.

Porzuciwszy anegdoty, wypada stwierdzić, że kluczowym elementem myślenia politycznego jest właściwe rozpoznanie intencji i priorytetów. Wydaje się, że w ostatniej dekadzie dość mocno zmieniły się cele i priorytety polityki amerykańskiej. Do końca XX wieku było mniej więcej jasne, że USA pilnują obszaru Bliskiego Wschodu jako podstawowego rezerwuaru surowców energetycznych oraz są nastawione na powstrzymywanie ekspansji państw niedemokratycznych (Rosji a od pewnego momentu także Chin). Niesłychanie wysokie koszty polityczne wojny w Iraku w połączeniu z rewolucją łupkową na rynku ropy i gazu zaczęły te priorytety wywracać. Bliski Wschód stał się obszarem o drugorzędnym znaczeniu. Amerykanie zaczęli coraz częściej powtarzać Europie, żeby zajęła się Bliskim Wschodem jako obszarem swojego sąsiedztwa, nie oczekując tak głębokiego zaangażowania amerykańskiego jak dotychczas. Powstanie w Syrii toczące się trochę na zamówienie prezydenta Obamy, który obiecywał amerykańską interwencję w razie zastosowania przez reżim broni chemicznej po czym o obietnicy taktownie zapomniał co skończyło się interwencją wojskową Rosji. I ulgą w Waszyngtonie, że ktoś tamtejszy bałagan posprząta.

A Rosjanie zaczęli rozsnuwać opowieść o swojej imperialnej potędze, pokazując codziennie po wiadomościach prognozy pogody dla Syrii „gdzie walczą nasi chłopcy”.

Na Bliskim Wschodzie jedynym realnym interesem USA jest w tej chwili wsparcie Izraela. Spotkanie w Jerozolimie Nikołaja Patruszewa, Johna Boltona i izraelskiego doradcy ds. bezpieczeństwa Meira Ben Szabata zapowiedziane na poniedziałek, ma być próbą wspólnego rozstrzygnięcia o przyszłości Iranu, Turcji i Syrii. Czyli inaczej mówiąc próbą pozbycia się problemów przez Amerykanów.

Prawdziwym problemem staja się natomiast dla USA Chiny. Przyspieszająca rozbudowa chińskiej armii w połączeniu z brutalną ekspansją ekonomiczną Pekinu wymusiły na USA coraz bardziej asertywną politykę wobec Chin. W perspektywie strategicznej od czasów Obamy ciężar polityki amerykańskiej przenosi się do regionu Pacyfiku. I coraz częściej w opracowaniach analitycznych pojawia się pojęcie „odwróconego Kissingera”. Czyli pomysł dogadania się z Rosją przeciwko Chinom.

Europa, Ukraina, Bałtyk z punktu widzenia amerykańskich interesów strategicznych stają się obszarem drugorzędnym. No jak to – przecież Fort Trump, samoloty, Patrioty, żołnierze w Estonii, w Polsce …. Bardzo bym chciał, aby tak było, i daj Boże może tak będzie. Zadaniem polityka i analityka jest wszakże analizowanie poczynając od najgorszego scenariusza. Otóż biznesmen, kiedy chce sprzedać firmę zwykle w nią inwestuje, aby cena była jak najwyższa. A rotacyjna obecność żołnierzy amerykańskich może zostać ograniczona bez większych kosztów. Zaś dla Rosjan jest ona ważna. Na tyle, że skłonna być może zapłacić za to cenę w postaci wsparcia amerykańskiej polityki wobec Chin. Taki scenariusz powinniśmy brać pod uwagę. Jednym ze sposobów zminimalizowania ryzyka powinien być udział w możliwie licznych projektach europejskich w tym także tych skierowanych na współpracę z Chinami.

I na koniec – nie możemy mieć mapy na której są trzy czy cztery kraje. Polska nie jest mocarstwem. Nasza pozycja w ogromnym stopniu zależy od tego czy potrafimy montować – sprawniej od wielkich mocarstw – rożne koalicje. Ciekawe czy nasi analitycy przewidzieli masowe demonstracje w Tbilisi. A jeżeli tak, to czy potrafili te wiedzę sprzedać. Czas pokaże.