Socrealistyczny Hollywood i dekolonizacja gender
Dariusz Matuszak 17.09.2020

Naturą postępującego postępu jest to, że nie może się zatrzymać. To oczywiste. Jak postęp nie postępuje, to postępem być przestaje. Staje się konserwatyzmem. Problem jest jednak taki, że zgodnie z obecną nauką przestrzeń jest co prawda nieskończona, ale zamknięta. Czyli można iść z postępem, ale zawsze zatoczy się koło i wróci do miejsca, w którym postęp był już wcześniej. I tak postępowy Zachód, który bez wytchnienia ścigamy, właśnie dogonił nas, ale w tej wersji sprzed 70 lat. Oto w Hollywood na nowo wymyślili socrealizm. No normalnie zdublowali nas, jak śpiewał Włodzimierz Wysocki w piosence „Długodystansowiec”:

 

Biegnę biegnę biegnę

Po tartanie po tartanie, po tartanie

 

I dalej bard, jakby proroczo przewidział nasz obecny stan:

Zasuwam po tartanie

A regulamin i jeść i pić

I spać zabrania mi

Może teraz właśnie poszedłbym na spacer nucąc jakąś pieśń

Albo na śniadanie

A guziki biegnę, biegnę po tartanie

 

I dalej:

Abisyńczyk Sem Bruh

Za wirażem znikł jak duch

A jeszcze dziś trenerów dwóch

Mówiło mi, że Sem Bruh

To nasz – mówili – abisyński druh….

 

Ładnie to tak? Prawdziwy druh

Nie ucieka gdy kolega spuchł

A jeszcze dziś trenerów dwóch

Mówiło mi, że Sem Bruh

To nasz – tak mówili – abisyński druh….

 

Mało mu jeszcze? Niech to jasny szlag

Zdublował mnie skubany, hak mu w smak

Szkoda słów, ładny mi druh

Jak mu tam, zapomniałem, aha Sem Bruh

Ten nasz abisyński druh

Nie ma wątpliwości, że teraz to Zachód jest czempionem postępu, choć akurat jak to w przypadku biegania w kółko bywa uciekający biegnie też za goniącym. I tak w Hollywood wdrażana jest nowa wersja kina socrealistycznego, które my poznaliśmy w roku 1947. Tym razem chodzi nie tyle o sprawiedliwość klasową ale o rasową, płciową, zdrowotną i jaka tam jeszcze.

Akademia Filmowa opracowała 4 standardy dla filmów, które chcą uzyskać nominacje do Oskarów. W największym skrócie dotyczą one samego dzieła (tematyki, obsady etc.), jego realizacji (reżyser, operator, kompozytor muzyki, ekipa techniczna etc.) produkcji, czyli kto wyłożył pieniądz, wynajął sprzęt, studia etc. oraz dystrybucji i reklamy. Kto chce choćby o Oscarze śnic, to musi spełnić kryteria sprawiedliwości rasowej, płciowej, seksualnej, lub zdrowotnej zawarte w przynajmniej dwóch standardach. I tak chodzi o to, by w jednej z wiodących ról wystąpił przedstawiciel jakiejś mniejszości rasowej, bądź etnicznej: Azjata, Afroamerykanin, bądź Afroafrykanin, Indianin, ktoś kto pochodzi z Bliskiego Wschodu, albo Afryki Północnej etc. Nie zapomniano nawet o rdzennych mieszkańcach wysp na Pacyfiku. I to jest pierwsza kategoria.

Kryteria postępowych sprawiedliwości można spełnić tez wybierając do obsady kogoś z kolejnej kategorii. W tej zaś umieszczono kobiety, lgbtq+, niepełnosprawnych, umysłowo niedorozwiniętych i głuchych (z pretensjami dlaczego panie akurat wśród głuchych etc., to nie do mnie). Z całej obsady 30 procent ma pochodzić z tych dwóch kategorii osób. Podobnie wśród realizatorów – reżyser, dźwiękowiec, operator, kompozytor montażysta, co najmniej 2 osoby powinny być głuche, bądź niewidome, albo chociaż z plemienia Szoszonów. Ewentualnie ktoś niedorozwinięty umysłowo. W ekipie technicznej 1/3 ma być Indiankami, niepełnosprawnymi, głuchymi etc. Podobnie w firmie producenckiej, dystrybucyjnej i reklamującej. No i co ważne, film na poziomie scenariusza powinien poruszać tematykę problemów osób wymienionych w poszczególnych kategoriach, czyli opowiadać o kobietach, albo garbatych, czy ewentualnie mieszkańcach Wysp Tonga.

Kiedy zaczyna się wchodzić w szczegóły robi się jeszcze bardziej hm…groteskowo?…żałośnie?…absurdalnie?…strasznie? Główny producent filmu będzie musiał wysłać do Akademii odpowiednio wypełnione formularze. Tu się zaczyna jedno z ulubionych zajęć socjalistów, czyli sprawozdawczość. W poszczególne rubryki będzie wpisywał: niewidomy operator, kierowca z Mauritiusa, szwenkier homoseksualista, księgowa kobieta etc. Trudno zgadnąć czy aby zakwalifikować wizażystkę jako Indiankę z plemienia Szoszonów, wystarczy by miała 1/10 procenta krwi indiańskiej, jak u senator Warren, która przez dziesięciolecia twierdziła , że jest dumną potomkinią Irokezów, czy też raczej przyjąć jakieś ostrzejsze kryteria na kształt Ustaw Norymberskich z III Rzeszy, które pozwalały precyzyjnie określić kto jest Żydem, a kto Aryjczykiem. Dajmy na to taki Georges Moustaki. Dzięki Bogu że już nie żyje, bo jeszcze by mu przyszło zaśpiewać w jakimś filmie Hollywood i dopiero byłby kłopot jak go zakwalifikować. Urodzony w egipskiej Aleksandrii, a więc w słusznym miejscu, bo na Bliskim Wschodzie, ale z kolei zwykły włosko-grecki Francuz i to Żyd. A więc rasowo zdecydowanie niewłaściwy. Nie bardzo wiadomo też jak się będzie weryfikować preferencje seksualne elektryków, wózkarzy, bufetowych, czy strażaków, którzy muszą być na planie. Jakieś zaświadczenie od lekarza? Od Lwa Starowicza? Wyobrażacie sobie to Państwo: siedzą jacyś sprawozdawcy, mają rozpisane dane całej ekipy począwszy od aktorów na stawiających scenografie skończywszy i ustalają kto z kim ten tego i w która stronę, lustrują rasowo przodków, albo orzekają stopień inwalidztwa, jak jakaś komisja lekarska dla ZUS pracująca.

Ja niby szydzę, ale każdy kto miał do czynienia na poważnie choćby z polskim systemem podatkowym wie, że na koniec sprawy sprowadzają się do takich szczegółów. Jak to w socjalizmie. Oczywiście Hollywood to nie PIP-a, czy skarbówka, ale przecież tych parytetów płciowo-seksualno-rasowo-zdrowotnych ktoś będzie pilnował i sprawozdawczość sprawdzał. Ten obłęd prędzej, czy później dotrze do Polski. Magdalena Środa, była minister od takiej zwykłej, jeszcze nie rozpisanej na kategorie równości, jest zachwycona owymi parytetami rasowymi etc. Mówi o „wkluczeniu”.

Ten nasz stary socjalizm typu sowieckiego walczył o sprawiedliwość klasową i chciał społeczeństwa bezklasowego, czyli klas likwidacji. Dlatego podzielił społeczeństwo na klasy: chłopi, kułacy, robotnicy, inteligencja etc. Ten nowoczesny socjalizm zachodniego chowu chce byśmy wszyscy byli równie bez względu na płeć, zamiłowania seksualne, rasę etc. Dlatego szatkuje społeczeństwo podle płci, rasy, a nawet ułomności, czy stanu zdrowia etc. Normalna w socjalizmie praktyka, która wraz z postępem ma tylko postępować. Wiadomo przecież, że wraz z postępem komunizmu walka klasowa zaostrza się.

Oczywiście na Hollywood się nie kończy. Choć jak mawiał przeklętej pamięci towarzysz Lenin, kino jest najważniejszą ze sztuk, to i inne jej dziedziny muszą być poddane regułom nowego socrealizmu. Oto JK Rowling, ta od przygód Harry’ego Pottera napisała książkę „Troubled Blood”, która ledwie kilka dni temu się ukazała. Pisarka uwzględniła w niej właściwe parytety i jednym z bohaterów uczyniła fetyszystę i transseksualistę, czy tam transpłciowca. Facet przebiera się w damskie fatałaszki i do tego momentu wszystko jest w porządku. Ale, ale… fetyszysta okazuje się mordercą i to już jest zdecydowanie nie po linii. No zaczęło się. Na Rowling wylały się pomyje. Dostaje groźby śmierci i gwałtu, a aktyw, czyli różne organizacje od takiej, czy srakiej równości domagają się nawet spalenia jej książek. Wiadomo już, że nikt filmowej adaptacji książki „Troubled Blood” się nie podejmie, nawet jeśli spełnia ona kryteria parytetów. Tak jak w dziełach socrealu mordercą mógł być tylko prywaciarz, albo jakiś dawny ziemianin, czy ewentualnie były konfident gestapo, a nie żaden troszczący się o spust surówki inżynier, albo majster, tak teraz przestępcą może być tylko biały starszy mężczyzna. W warunkach amerykańskich Republikanin, a brytyjskich Torys. Jake Kerridge, recenzent książki napisał: „Można się zastanawiać, co krytycy stanowiska Rowling w kwestiach transseksualnych zrobią z książką, której morał wydaje się być taki: nigdy nie ufaj człowiekowi w sukience”. Już wiadomo co – spalą ją.

W PRL, czy tez gdziekolwiek indziej, ale za komuny, zakłady pracy, były tez ośrodkami reedukacji i uświadamiania klasowego. Załoga uczestniczyła w różnych akademiach na cześć i zebraniach, czy wiecach politycznych, na których potępiano imperializm, rewizjonistów, siły reakcji i co tam jeszcze. Ten sposób budowania świadomości klasowej, płciowej, czy rasowej teraz wdrażany jest oczywiście na Zachodzie, który zatacza kolejne postępowe koło. Teraz jednak dzięki technologii i internetowi takie zebrania kolektywu można urządzać nie tylko załodze zakładu pracy, ale też całemu ludowi kupującemu. W nowym wspaniałym świecie nazywają to warsztatami.

Takie warsztaty z równości płciowej, ale nie takiej tam prymitywnej jak to u nas w zacofanej Polsce, że jest tylko kobieta i mężczyzna, ale wszelakiej – niebinarnej, trójpolowej i jakiej tam jeszcze, urządziła firma Lululemon produkująca luksusową odzież sportową. Nazywało się to „Dekolonizacja Gender”. Generalnie chodziło o to, że wszystkie płcie zostały skolonizowane i podbite jak Burundi przez Brytyjczyków i cała genderowa ludność popadła w niewolę białych mężczyzn. W ramach owej akcji uświadamiającej odbyła się tez sesja „Jak walczyć z kapitalizmem”. W mediach odbyła się wielka kampania, a całość reklamowała pewna joginka, „ambasadorka marki”. Szybko zauważono, że na tyłku ma leginsy za jedyne 130 dolarów. Sama zaś firma, notowana na giełdzie w Nowym Jorku, warta jest tych dolarów 45 miliardów. Zarejestrowano ją w Luksemburgu, gdzie pewnie opór przeciwko kapitalizmowi jest najzacieklejszy. Schemat znany choćby z afery „Panama papers” kiedy okazało się, że światowi czempioni walki z wyzyskiem i nierównościami, jak choćby Bono wachlują pieniędzmi w rajach podatkowych. Przy okazji przypomniano, że cała niemal cała produkcja Lululemon odbywa się w Bangladeszu, a tamtejsi nadzorcy mają w zwyczaju karać biciem szwaczki, które nie wyrabiają planu. Całość została na rok przed wiecem o dekolonizacji gendera opisana w brytyjskiej prasie.

Nihil novi sub sole – nic nowego pod słońcem. Zachód przez nas ścigany właśnie dochodzi do tych samych form i obyczajów które dane nam były w fazie kwitnącego PRL, a więc mniej więcej do czasów junty Jaruzelskiego. W takiej Czechosłowacji, czy NRD pewnie i w latach 80-ych podobne zabawy władców dla poddanego ludu miały miejsce. W Polsce wtedy był już to obciach, ale hola, hola już niedługo i nas to czeka. Pierwsze jaskółki już są. Ot choćby taka IKEA. Człek zatrudnił się, by skręcać i sprzedawać paździerz, a tu okazało się, że ma uczestniczyć wiecach równościowych lgbt.

Niestety nasza pamięć zaczyna być wymazywana. Poddajemy się bezwolnie postępowi i wracamy do czasów, które tak wielu z nas już kiedyś przeżywało. Wszystko musi być postrzegane przez pryzmat jakiejś tam ideologii. Film nie może być już tylko widowiskiem. Książka nie może być tylko opowieścią, a praca zajęciem dającym chleb i satysfakcję. Jak za komuny, Zachód zaczyna spowijać totalitaryzm, tyle że w czasami bardziej uśmiechniętej i bardziej kolorowej postaci. Każdy aspekt życia ludzkiego musi być naznaczony piętnem walki o jakąś tam równość, sprawiedliwość, domniemanych krzywd naprawianie. Jak choćby owa dekolonizacja płci. Cała nadzieja w polskim cwaniactwie. Nie z takimi dziwadłami dawaliśmy sobie rade. Ale dzieci szkoda. Wyobraźmy sobie ich życie w postępowym świecie za 30 lat. Nawet nie wyobrażamy sobie jakie wtedy przy postępującym postępie równości będą zaprowadzane.