Spekulantów lać w mordę!
Łukasz Warzecha 15.03.2020

Głos z offu: 200 funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, 130 żołnierzy WSW [Wojskowej Służby Wewnętrznej, peerelowskiego odpowiednika Żandarmerii Wojskowej] i kilkudziesięciu kontrolerów PIH-u [Państwowej Inspekcji Handlowej], Wydziału Finansowego urzędu miejskiego oraz Lubelskiej Spółdzielni Spożywców dokonało kontroli największego w Lublinie targowiska przy Alei Tysiąclecia. W wyniku tej kontroli zatrzymano 125 spekulantów, zarekwirowano 700 kilogramów cukru, kilkaset półlitrowych butelek z wódką, wiele kilogramów słodyczy, konserw mięsnych łącznie z szynką, przecierów pomidorowych, kawy, środków piorących, papierosów i zapałek. Poza tym wiele rajstop, atrakcyjnych wyrobów odzieżowych. W pomieszczeniu, w którym pracuje inkasent targowiska, też były ukryte towary, między innymi butle gazowe i środki piorące. […]

Mówi urzędnik inspekcji (tonem głębokiego wzburzenia): – Czekolady, czy krajowe czy zagraniczne, ceny się wahają od 100 do 300 złotych nawet. Guma do żucia – 30-50 złotych. Papierosy zagraniczne, te na przykład, „Camel”, cena oferowana do sprzedaży – 200 złotych. Piwo, w zależności od pory dnia, godziny i osoby, która je nabywa – od 30 do 50 złotych. W niedziele, czyli wtedy, kiedy możliwości nabycia piwa są dużo mniejsze niż w dzień powszedni, cena rośnie. Tak samo z wódką. Koncentrat pomidorowy – cena 8 złotych 70 groszy bodajże, cena w sprzedaży – 30-40 złotych. Rajstopy też, w zależności od marek, od 150 do 300 złotych. Mydło, cena 9 złotych, w sprzedaży – 20-25 złotych.

Reporterka pyta na ulicy: – Jakie pan widzi metody walki ze spekulacją?

Mężczyzna w kraciastej koszuli: – Niszczyć ich!

Jejmość w okularach przeciwsłonecznych: – Przede wszystkim nie należy sprzedawać po kilka sztuk tego samego asortymentu towaru jednej osobie i nie pozwalać na gromadzenie.

Reporterka: – A jakieś administracyjne?…

– No to kolegium karno-administracyjne, ewentualnie sąd, jeżeli wchodzi w grę większa wartość towaru.

Mężczyzna łysawy w ciemnych okularach (nie Jaruzelski): – Trzeba iść z ekipą i zgarnąć wszystkich do kupy. Prosta sprawa.

Reporterka: – Czyli naloty?

– Ale systematyczne. Nie tam – raz na dwa miesiące, tylko systematycznie codziennie, do skutku.

Pan koło czterdziestki w efektownie rozpiętej koszuli barwy sraczkowatej: – Więcej milicji, więcej wojska, niech robią, co można.

Reporterka: – Ale co?

– No, wyłapywać, najprostsza sprawa.

Kobieta w podwójnym wieku balzakowskim i okularach przeciwsłonecznych: – Karać! Karać tak, żeby się nie opłacało spekulować.

Krępa niewiasta w sukni kroju podomki: – Lać w mordę!

Tak w telewizyjnym „Dzienniku” wypowiadała się zdrowa część społeczeństwa w roku 1983. Ceny podawane przez inspektora jako te obowiązujące na bazarze różniły się mocno od tych, jakie w swej niezmierzonej mądrości ustaliło kierownictwo Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i rząd. Uchwała Rady Ministrów ze stycznia 1982 ustalała cenę cukru „Kryształ” na 46 zł za 1 kilogram, margaryny „Palma” na 30 zł za 250 gramów, szynki wieprzowej gotowanej na 550 zł za kilo. Był tylko jeden problem: jedynym miejscem, gdzie można było kupić bez problemu cukier, papierosy, piwo, wódkę i rajstopy (też były na kartki) były bazary takie jak ten, na który nalot zrobili bohaterscy inspektorzy, milicjanci i żołnierze WSW.

Proszę wybaczyć ten przydługi cytat z peerelowskich wiadomości telewizyjnych, ale przeżywam właśnie déjà vu. Nasz drogi Hilary Minc w nowym wcieleniu, korzystając z możliwości, jakie dała mu specustawa do walki z wirusem, zakazał platformom internetowym Allegro i OLX umieszczania ofert sprzedaży kilkudziesięciu towarów, związanych z higieną, w tym na przykład żeli czy płynów antybakteryjnych. Nie dziwi mnie to – takiego ruchu mógłbym się spodziewać. Jednak przerażeniem napawa mnie entuzjastyczna reakcja dużej części publiczności, naprawdę nieróżniąca się niemal wcale od tego, co zarejestrowała reporterka państwowej telewizji w 1983 roku. Przy czym o ile wtedy wypowiedzi starannie selekcjonowano, żeby pokazać te, które odpowiadały potrzebom peerelowskiej propagandy (ktoś mający inne zdanie po prostu uciekłby przed kamerą), to te obecne są naprawdę spontaniczne i niewymuszone. I to jest jeszcze bardziej przerażające.

Wzmożona publika, często w wieku wykluczającym bezpośredni peerelowski sentyment, powtarza wszystkie antyrynkowe klisze, które mogłaby wymyślić wczesnopeerelowska propaganda, przy tym pokazując, że nie rozumie podstawowych mechanizmów, napędzających gospodarkę od czasu powstania handlu w najprymitywniejszej postaci. Nagle okazuje się na przykład, że godna potępienia jest „chęć zarobienia” czy „chciwość”, a popyt jest „sztucznie pobudzany”.

Od momentu, gdy ktokolwiek zaczął cokolwiek produkować, zanim nawet jeszcze Fenicjanie wynaleźli pieniądze, motorem sprzedawania komukolwiek czegokolwiek była chęć zarobienia – właśnie ta wstrętna chciwość. Sprzedający odkryli też błyskawicznie żelazną prawidłowość wolnego rynku, które do dziś się nie zmieniły: że dla sprzedającego najlepsza jest taka cena, która pozwala mu zmaksymalizować zysk. Nie może być za niska, bo wtedy nawet wysoki wolumen sprzedaży nie wynagrodzi mniejszych wpływów; nie może być też za wysoka, bo wówczas sprzeda się za mało towarów i nawet wysoka cena nie wynagrodzi niższego wolumenu sprzedaży. Ile zaś za towar gotów jest zapłacić kupujący – to jest zdeterminowane jego dostępnością i tym, jak bardzo dana rzecz jest pożądana. Oraz oczywiście zasobnością portfela.

Nie mniej absurdalny jest argument o sztucznym kreowaniu popytu. Można by bowiem uznać, że w zasadzie z czymś takim mamy do czynienia od momentu, gdy ktoś postanowił zacząć handlować wykonanymi przez siebie brązowymi narzędziami. Czy kamienne nie dawały rady? Przecież dawały. Można było zostać na tym etapie. Jeśli dziś rozejrzymy się wokół nas, zobaczymy, że ogromna część popytu jest w tym sensie „sztucznie” budowana. Tylko co to właściwie znaczy? Kto ma decydować, czego nam naprawdę potrzeba, a czego nie? Urzędnicy z ministerstwa? Czy popyt na coś, co nam się jedynie podoba, ale nie jest niezbędne, jest zawsze „sztucznie budowany” i dlatego powinien być potępiony? Tak twierdzi lewica, której ulubionym sposobem działania jest prowadzenie inżynierii społecznej.

Ci, którzy wspierają decyzję premiera, argumentują dalej, że pojawiające się na aukcjach produkty były „za drogie”. Co to znaczy „za drogie”? Kto decyduje o tym, czy były za drogie czy nie – poza opisanym wyżej mechanizmem zetknięcia się zaoferowanej ceny z gotowością jej zapłacenia przez klientów? „Bo narzucono nieuczciwe marże” – argumentują dalej zwolennicy Hilarego Minca. Jaka marża jest uczciwa, a jaka nie? „Marże sięgały 200 procent!” – gardłują oburzeni. Rozumiem, że w takim razie 200 procent marży jest nieuczciwe. A 199 procent? A 99 procent? Kto decyduje, jaka marża jest uczciwa, a jaka już nie, jeśli nie po prostu rynek? Pytani konkretnie, zwolennicy lania „spekulantów” w mordę – milczą.

Płyny i żele antybakteryjne stały się dobrem rzadkim. W przypadku dobra rzadkiego cena jest regulatorem. Rosnąc, sprawia między innymi, że towaru sprzedaje się mniej, a więc zastępuje w dużej mierze urzędniczą reglamentację. Jest też jednocześnie sygnałem dla producentów, że w danym miejscu jest luka, którą warto wypełnić. To wpływa na zwiększenie podaży, a tym samym – spadek cen.

Komuniści, jak wiadomo, propagują hasło „każdemu według potrzeb”. Do czego to prowadzi w praktyce, doskonale opisała Ayn Rand w „Atlasie zbuntowanym” – odsyłam do historii zakładu, w którym John Galt był inżynierem. Jego nowi właściciele, wzmożeni humanitarnymi ideami, postanowili wprowadzić właśnie taki system – z katastrofalnym skutkiem. To samo proponują ci, którzy twierdzą, że „spekulacji” trzeba położyć kres.

Efekt działania premiera był oczywiście łatwy do przewidzenia: w drogeriach płynów i żeli antybakteryjnych nie ma wcale, za to państwowy Orlen został faktycznym monopolistą, jako płyn antybakteryjny sprzedając faktycznie po prostu 70-procentowy alkohol. Jeśli więc ktoś, jak ja, chce kupić sobie nie płyn, ale żel w małym opakowaniu, żeby używać go poza domem – na największych platformach aukcyjnych już tego nie zrobi. Oczywiście walczący ze „spekulantami” rząd nie jest w stanie skierować decyzji administracyjnych do wszystkich firm, które sprzedają takie towary w internecie. Wystarczy więc wpisać w Google’a odpowiednią frazę, a znajdziemy pewną liczbę ofert. Zastanawia natomiast, jakiego efektu zwolennicy twardej ręki rządu oczekują po decyzji premiera. Czy sądzą, że w geście altruizmu handlujący takimi artykułami na wspomnianych platformach przekażą teraz swój towar służbie zdrowia lub zaczną go rozdawać na ulicach? Oczywiście – nie. Prawdopodobnie poczekają, aż będą go mogli znowu sprzedawać, być może z już mniejszym zyskiem – ale też w sytuacji, gdy będzie on mniej pożądany, czyli po prostu mniej potrzebny.

Czy to znaczy, że w każdej sytuacji wszystko trzeba pozostawiać działaniom rynku? Niekoniecznie. Jasne powinno być, że bywają momenty graniczne, takie jak wojna, gdy państwo musi przejmować rolę producenta czy dystrybutora – choć nawet wówczas bywa, że prywatni kontrahenci robią to lepiej. Jednak to z pewnością nie jest ani taki moment, ani taki rodzaj asortymentu, gdzie państwo powinno wkraczać w sposób taki, jak widzimy.