Spór w lewicowej rodzinie
Jerzy Wysocki 21.11.2019

Od dłuższego czasu z uporem maniaka nazywam PiS formacją lewicową, mimo głoszonych tam prawicowych frazesów i faktu, że rządzący chcącą się pozycjonować na scenie politycznej przy prawej ścianie. Pod kolejnym moim tekstem czytelnik umieścił post sugerując, żebym dobitniej akcentował ironię tego określenia, dopisując przy formacji de facto lewicowej, stwierdzenie: „dla niepoznaki zwanej prawicą”. Obiecałem spełnić ten postulat. Wówczas nie wiedziałem jeszcze, gdyż było to przed wyborami i pojawieniem się lewicowej lewicy w Sejmie, że jeden projekt ustawy i jego losy uświadomią opinii publicznej, że moja semantyczna ekwilibrystyka z politologicznym słownikiem, stanie się oczywistą oczywistością. Chodzi oczywiście o 30-krotność składki na ZUS. Maski opadły.

 

O co chodzi w całej tej sprawie? Pewnie wiecie, ale dla porządku, w wielkim skrócie przypomnę. Rząd chce najlepiej zarabiającym przywalić większy ZUS. Rząd szuka kasy, na kolejne socjalne obiecanki, dzięki którym wygrał wybory. Sprawa dotyczy 370 tysięcy pracowników, wybitnych specjalistów, o których firmy, w tym także działające poza Polską, często wręcz konkurują. Z wyliczeń ekspertów wynika, że taki, dla przykładu menedżer branży IT, zarabiający około 20 tysięcy zł brutto na miesiąc straci przez rok kilkanaście tys. zł, a jego pracodawca ponad 20 tysięcy zł. A do budżetu państwa trafi pozornie 5.1 miliarda zł. To, że menedżer IT ucieknie na samozatrudnienie, zostanie zwolniony, podejmie pracę za granicą, to już ustawodawcy nie interesuje. To, że gospodarka – wbrew szumnym zapowiedziom – nigdy nie będzie innowacyjna, to też inna sprawa. Budżet państwa na papierze będzie zrównoważony. A te 370 tysięcy menedżerów, ludzi z solidnym wykształceniem, sporą kasą, z własnym mieszkaniem w wielkim mieście, to nie PiS-owski elektorat. Ergo, można mu dowalić, podwójnie na opozycję nie zagłosuje. A szkoda, że nie ma takiego cenzusu majątkowego.

Wróćmy do lewicowej rodziny. Po politycznym wybryku Jarosława Gowina i jego partii wchodzącej w skład Zjednoczonej Prawicy (tu pełen szacun), ergo utraty większości dla tego socjalistycznego projektu w PiS pojawiła się nowa nadzieja. Skoro mamy kolejny lewicowy projekt, to mimo, że „dla niepoznaki” mienimy się prawicą, to może lewicowa lewica nas poprze. I tu woda na młyn naczelnego ideologa tej formacji marksisty Adriana Zandberga (tu też szacun za kultywowanie niby upadłej myśli politycznej). Szanse były, ale się zmyły. Lewicowa lewica nabrała wiatru w żagle i zażądała określenia maksymalnej wysokości emerytury oraz zaczęła snucie utopijnej wizji o trzecim progu podatkowym dla „bogaczy”.

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Nie wiadomo, jak zakończy się ta sprawa, w sumie to obojętne. Licytacje na socjalistyczne utopie pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim, a Adrianem Zandbergiem obserwować będę jak mecze mojego klubu FC Barcelona. Już teraz, dla mnie jako skromnego publicysty, jest spora satysfakcją, że oficjalnie mogę używać terminu lewica w stosunku do rządzącej formacji. Problem owej formacji polega na tym, że do Sejmu weszła z niezłym wynikiem nowa lewica, autentyczna, ideowa, nieobciążona, bardziej wyrazista, po prostu dla części elektoratu fajna. Mówię to bez ironii, wręcz z uznaniem. Mimo, że jak powszechnie wiadomo, poglądy mam symetrycznie odwrotne. Ale kto dziś słucha liberała…

Obsesją Jarosława Kaczyńskiego było zawsze to, żeby nie mieć konkurenta po prawej stronie. No ale ma – jest Konfederacja, ale to mało ważne w sejmowej arytmetyce. Zapomniał jednak o lewej flance, na której operuje swoją ideą państwa nadopiekuńczego. Państwa od rozdawania ryb, a nie umożliwienia nabycia wędki. Państwa dającego 500 plus rodzinom milionerów i kolejnych dodatkowych emerytur seniorom w rezydencjach na Kanarach.

PS. Przy okazji seniorów, pamiętających chwalebne czasy antykomunistycznej opozycji. Wówczas też trwał taki spór po stronie dysydenckiej: lewica laicka (Michnik, Kuroń, Geremek…), i lewica katolicka (Mazowiecki, Wielowieyski, Kozłowski…). Panu Kaczyńskiemu i Panu Zandbergowi polecam lekturę książki Adama Michnika z 1977 roku pt. „ Kościół, lewica, dialog”. Ten spór był twórczy i prowadził do wspólnego celu i wielkiego sukcesu. Obecnej polskiej lewicy życzę sromotnej porażki. Lewicy o wszelkich barwach klubowych. Co mnie obchodzi, czy dewastuje kraj plemię kościelne, czy zwalczający to plemię wyznawcy Marka, Engelsa, Lenina.