Stacja benzynowa z uzbrojeniem atomowym
Andrzej Krajewski 28.04.2020

Bycie mocarstwem, to drogi i ryzykowny interes, a zwłaszcza, gdy głównym źródłem dochodu jest ropa naftowa. Wówczas wszystkie, ambitne plany wiszą na włosku, jakim jest jej rynkowa cena.

 

„Rosja to stacja benzynowa przebrana za państwo” – oznajmił w wywiadzie dla CNN w marcu 2014 r. nieżyjący już John McCain. „Jest skorumpowana, rządzą nią złodzieje, jej gospodarka opiera się tylko na ropie i gazie” – dodał republikański senator, uzasadniając tak, czemu Zachód nie powinien obawiać się wprowadzić ostrych sankcji w odpowiedzi na aneksję Krymu i wzniecenie przez Kreml wojny w Donbasie. W tamtych dniach na serio zastanawiano się, czy rozochocony sukcesami Władimir Putin nie każe swym dywizjom pancernym maszerować na Kijów. Ucinając definitywnie ukraińską próbę wyrwania się z rosyjskiej strefy wpływów. Jednak nic takie nie nastąpiło. Mimo wielkiej chęci prowadzenia ekspansji i snuciu marzeń o odbudowie Związku Radzieckiego prezydent Putin nie mógł sobie pozwolić na nadmierne wystraszenie zachodnich kontrahentów. Realizacja jego planów niezmiennie bowiem zależała od tego, czy nadal z tak wielką ochotą będą kupowali rosyjską ropę i gaz, rezygnując z prób szukania innych dostawców. Zmienia się to dopiero teraz, gdy ceny ropy z powodu pandemii są tak niska, iż kwestia czy ją ktoś kupi nagle traci znaczenie, ponieważ transakcje przestały przynosić dochód, zaś na barki państwa spadł obowiązek redukowania strat.

Próbując radzić sobie z dramatyczną sytuacją rosyjskie ministerstwo energii nakazało w ubiegłym tygodniu firmom naftowym ograniczenie produkcji o jedną piątą do 8,5 mln baryłek ropy dziennie. Wcielając w życie porozumienie zawarte z OPEC. Wedle doniesień agencji Reuters typowane są właśnie do zamknięcia całe pola naftowe, generujące największe koszty. Jednak wygaszony szyb zwykle już do niczego się nie nadaje, co oznacza konieczność ponoszenia w przyszłości kosztów wiercenia nowego. „Prawda, że popyt jest niski, ale nie jest to powód do zamykania pól. Czasem lepiej jest pompować ropę i nawet ją palić” – skarżył się jeden z anonimowych rozmówców korespondenta Reutersa w Moskwie. Na razie Rosja pośpiesznie zaciska pasa, by jak w 2008 r. przeczekać niskie ceny i dotrwać w zahibernowaniu momentu, kiedy znów pójdą w górę. Ale jej zdolność przetrwania w takim stanie nie jest wieczna. Wręcz przeciwnie, zegar tyka coraz szybciej.

Paradoksalnie przez ostatnich trzydzieści lat ludzie rządzący na Kremlu robili wiele, by nie powtórzyć takich błędów, jakie popełnili przywódcy ZSRR. Dobrze pamiętając, że atomowe supermocarstwo większość swych wpływów dewizowych, niezbędnych do zakupu żywności oraz nowoczesnych urządzeń, czerpało ze sprzedaży ropy naftowej i gazu. Gdy w połowie lat 80. doszło do spadku cen ropy, znajdujący się od dawna w permanentnej zapaści ekonomicznej Związek Radziecki szybko zbankrutował. Po czym doszło do jego rozpadu. Dlatego za czasów prezydentury Borysa Jelcyna próbowano gruntownie zreformować rosyjską gospodarkę, by raz na zawsze uniezależnić ją od surowców. Jednak „holenderska choroba” okazała się nadzwyczaj trudna do wyleczenia. Momentem przełomowym stał się wielki krach giełdowo-finansowy, jaki dotknął kraje Dalekiego Wschodu. Największą ofiarą azjatyckiego kryzysu były nie Korea Południowa, czy Japonia, ale Rosja. Jej finanse załamały się w sierpniu 1998 r. Dziesięć lat po pierwszym bankructwie, Moskwa bankrutowała kolejny raz.

Ta zapaść ekonomiczna sprawiła, iż rządzący de facto krajem oligarchowie, na czele z Borisem Bieriezowskim, postanowili zastąpić wiecznie pijanego Jelcyna młodym, dynamicznym przywódcą. Do tej roli wytypowano szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa Władimira Putina. Ten okazał się urodzonym szczęściarzem. Gdy tylko objął tekę szefa rządu na światowych rynkach zaczęła się surowcowa hossa. W roku 1999 Rosja na eksporcie ropy zarobiła 73 mld dolarów. Zaledwie sześć lat później było to już 241 mld, co stanowiło 80 proc. całości przychodów z eksportu. Pozostałe dziesięć procent zapewniał gaz ziemny.

W tym momencie dawne plany administracji Jelcyna, by zerwać z naftowym nałogiem poszły w kąt. Zyski ze sprzedaży surowców energetycznych były równie ogromne, co ambicje nowego prezydenta, którym został, zgodnie z planem oligarchów, Putin. Wkrótce zaczęły się wielkie zmiany. Były szef FSB pozbył się swych promotorów, zaś ropę naftową i gaz ziemny uznał za bardziej perspektywiczną broń od rakiet z głowicami jądrowymi. Wystarczyło uzależniać od dostaw rosyjskich surowców energetycznych kolejne państwa, wchodzące niegdyś w skład ZSRR lub dawne kraje satelickie. Potem jednocześnie czerpać zyski i zacieśniać więzy, kupując sobie lokalne elity polityczne. Tak Kreml poczynał sobie wobec: Ukrainy, Białorusi, także Słowacji, Węgier, Polski, Bułgarii, próbując stopniowo odbudowywać dawną strefę wpływów.

Kosztem ubocznym tej strategii stał się powrót do naftowego nałogu. Imperialna polityka wymaga ogromnych pieniędzy, a te potrafiono pozyskiwać jedynie z ropy i gazu. Nie uszło to uwagi osobom potrafiącym patrzeć na świat w bardziej długoterminowej perspektywie. Publicysta Andriej Parsziew w wydanej na przełomie stuleci, głośnej książce „Dlaczego Rosja nie jest Ameryką?” alarmował: „można oczekiwać, że Rosja będzie się przeobrażać w energetyczno-surowcowy dodatek do Zachodu, co doprowadzi do wyczerpania się jej zasobów wewnętrznych i nieodwracalnej degradacji tego kraju”. Takie ostrzeżenia na niewiele się zdały. Uznanie ropy za kluczowe narzędzie w polityce zagranicznej sprawiło, że administracja Putina postanowiła całkowicie podporządkować sobie wcześniej sprywatyzowany sektor paliwowy. Używając służb specjalnych i wymiaru sprawiedliwości krok po kroku przejmowano prywatne korporacje naftowe z Jukosem na czele. Wprawdzie jego właściciel Michaił Chodorkowski próbował stawiać opór, lecz zapłacił za to dziesięcioma latami pobytu w kolonii karnej. Przy okazji wyrugowano z Rosji konkurencję zagraniczną, jak np. koncern Shell.

Po skoncentrowaniu całej branży surowców energetycznych w rękach ludzi Kremla zdawało się, że Rosja jest na najlepszej drodze do odzyskania dominacji w Europie Wschodniej i Środkowej. Wówczas nadeszła korekta planów, niemal tak bolesna jak dziesięć lat wcześniej. Jesienią 2008 r. światowa gospodarka pogrążyła się w zapaści największej od czasów Wielkiego Kryzysu. O ile w szczytowym momencie prosperity baryłka ropy kosztowała nawet 140 dolarów, to nagle staniała do zaledwie 40. W pierwszy roku kryzysu rosyjski PKB zmniejszył się o 7,9 proc. Przed bankructwem uratowały kraj środki zgromadzone na Funduszu Stabilizacyjnym, wynoszące ponad 200 mld dolarów. Dzięki nim pokryto część deficytu budżetowego i przetrwano.

Po tak zimnym prysznicu na Kremlu zapadła decyzja o zmianie strategii. Upływała właśnie druga kadencja rządów Putina i postanowił on przekazać urząd prezydenta zaufanemu współpracownikowi Dmitrijowi Miedwiediewowi. Po tym jak Rosjanie dopełnili formalności idąc do wyborów, Miedwiediew ogłosił kompleksowy program przezwyciężenia „holenderskiej choroby”. Zapowiadając modernizację ekonomiczną kraju. Wedle tej wizji Moskwa miała stać się wielkim centrum światowych finansów. Zaś na jej obrzeżach zaplanowano powstanie rosyjskiej „Doliny Krzemowej”, w której rozkwitałyby spółki technologiczne. Jednak reformy wkrótce ugrzęzły w miejscu za sprawą ropy, bo ta jak na złość zaczęła drożeć. Kiedy w 2012 r. Władimir Putin odebrał, zdeponowany w rękach Miedwiediew urząd, na świecie kwitła naftowa prosperity. Za sprawą wielkiego zapotrzebowania na surowce energetyczne budżet Rosji notował regularnie nadwyżkę.

Gdy cenny za baryłkę ropy znów powędrowały powyżej 110 dolarów Putin, zdecydował się na sprowokowanie wojny w Donbasie oraz aneksję Krymu. Wszystko, żeby uniemożliwić Ukrainie zwrot ku Zachodowi. Stany Zjednoczone i Unia Europejska odpowiedziały sankcjami ekonomicznymi. Nie robiły one na Kremlu specjalnego wrażenia. Zwłaszcza, gdy w połowie czerwca 2014 r. za baryłkę ropy płacono na światowych rynkach 116 dolarów.

Jednocześnie w latach 2011-2016 Kreml potroił środki przeznaczane na rozbudowę armii z 1,52 bln do 4 bilionów rubli. Co oznaczało, iż w praktyce niemal co trzeci rubel wpływający do budżetu państwa szedł na zbrojenia. W tym samym czasie obcięto wydatki na sferę socjalną, indeksację emerytur, oświatę, służbę zdrowia, etc. Moskwa szykowała się do ekspansji, zbierając siły na duży skok. Ale w pół kroku (jak co dziesięć lat) zaczął narastać opór materii.

Początkowo największą winę ponosili Amerykanie. Dzięki dopracowaniu technologii szczelinowania hydraulicznego od 2007 r. małe firmy wydobywcze w USA potrafiły sukcesywnie zwiększać ilość gazu ziemnego pozyskiwanego ze złóż łupkowych. Wkrótce doszła do tego ropa. Technologiczna rewolucja zbiegła się z okresem bardzo wysokich cen paliw płynnych, dzięki czemu opłacało się inwestować w eksploatowanie nawet bardzo głęboko zlokalizowanych pokładów łupków bitumicznych. W latach 2007-2014, wedle danych Energy Information Administration (EIA), wydobycie gazu łupkowego w Stanach Zjednoczonych rosło o 51 proc. każdego roku. W przypadku ropy naftowej tempo wzrostu nie było aż tak imponujące, lecz i tak zwiastowało rewolucję. O ile w 2008 r. w USA wydobywano 5 milionów baryłek ropy dziennie, w 2017 r. było to już 8,8 mln baryłek. Zaś w 2019 r. Stany Zjednoczone stały się największym producentem ropy naftowej, wyprzedzając Arabie Saudyjską i Rosję. Już to oznaczało, że czasy, gdy nafta była po 100 dolarów za baryłkę nie wrócą. Nawet połowa tej ceny stawała się problematyczna, zwłaszcza w dobie wielkich planów przestawienia przemysłu samochodowego na elektromobilność.

Tymczasem uczepiony starej strategii Putin z konsekwencją narkomana stawiał wszystko na jedną kartę. Narzędziem rosyjskiej ekspansji stała się rozbudowywana sieci gazociągów (pod Bałtykiem dwóch nitek Nord Stream oraz South Stream na dnie Morza Czarnego). Również ekspansji miało służyć zerwanie 9 marca tego roku rozmów z OPEC. Kiedy Rosja, bez oglądania się na pandemię, wypowiedziała wojnę cenową Stanom Zjednoczonym i Arabii Saudyjskiej. Pompując ile wlezie ropy w załamujący się rynek, byle tylko wyprzeć z niego Saudów i doprowadzić do bankructwa amerykańskie firmy łupkowe. „Rosja, uzbrojona w warty 570 mld dolarów kufer rezerw walutowych, zmienny kurs walutowy i gospodarkę, która w znacznie mniejszym stopniu niż kilka lat temu opiera się na kapitale zagranicznym i imporcie, Rosja uważa, że może przetrwać najostrzejszy spadek cen ropy naftowej od 1991 r. dłużej niż konkurencyjni producenci” – ostrzegał 12 marca „Financial Times”. Główny autor tej strategii, prezes Rosnieftu Igor Sieczin zapewniał, że przy cenie 30 dolarów za baryłkę Rosja wytrzyma nawet trzyletnią wojnę cenową i na koniec ją wygra. Zaledwie trzy tygodnie później szarża Kremla zaczęła przypominać atak kamikadze. Spostrzeżenie, że magazyny ropy na całym świecie wkrótce zapełnią się po brzegi przyniosło otrzeźwienie. Tyle, że miesiąc za późno. Wprawdzie wszyscy producenci teraz solidarnie ograniczają wydobycie, jednak znaleźli się w sytuacji iście diabelskiej alternatywy. Z racji zamierającej z każdym tygodniem gospodarki światowej, niezależnie co zrobią i tak stracą. Paradoksalnie idea wydobywania, a następnie palenia ropy z rosyjskiej pespektywy generuje najmniejsze koszty.

Jednak nawet jeśli rosnąca desperacja sprawi, że tym sposobem rosyjskie koncerny zredukują straty, a przy okazji uzupełnią nagły spadek emisji CO2, jaki teraz obserwujemy, niewiele to pomoże. Zegar tyka coraz szybciej, bo o ile w 1998 i 2008 Rosja musiała się mierzyć jedynie z krachami finansowymi, tym razem pakiet nieszczęść jest dużo szerszy. Szerząca się epidemia zamraża kolejne działy gospodarki, odcinając obywateli od dochodów. Rzecz podwójnie bolesna, bo nieco ponad 20 proc. Rosjan może się pochwalić oszczędnościami. Państwo jeszcze dysponuje olbrzymimi rezerwami, lecz mogą one topnieć błyskawicznie. Wedle wstępnej oceny niezależnych ekonomistów z Instytutu Gajdara PKB Rosji w tym roku skurczy się nawet o 12 proc. To oznacza ogromny deficyt budżetowy. Na dokładkę za progiem czai się susza. W reakcji na zachodnie sankcje po 2014 r. Rosja poczyniła spore inwestycje w rolnictwie, uzyskując żywnościową samowystarczalność. Jednak klęska nieurodzaju może ją łatwo przekreślić. Jak jest źle okaże się dopiero jesienią, lecz już teraz można dostrzec, że z takimi burzami Władimir Putin i jego ludzie, jeszcze nie mieli do czynienia. Zapewne wraz z narastającym strachem przed społecznym buntem reżym będzie coraz brutalniej tłumił jakiekolwiek symptomy oporu. Jednak na dłuższą metę, żeby przetrwać, musi znaleźć jakieś źródła dochodu. Co jednak może zrobić stacje benzynowa, cierpiąca na brak chętnych do tankowania? W sumie niewiele, no chyba, że trzyma w zanadrzu nadal sprawną broń jądrową.