Stany umysłowe Ameryki i Bidena
Dariusz Matuszak 28.07.2020

WEI opublikował raport „Polityka zagraniczna przyszłej administracji prezydenta Josepha Bidena – Możliwe Scenariusze”. Miałem też okazję i przyjemność wysłuchać dyskusji na temat tej czarnej wizji. Poprowadził ją Tomek Wróblewski, a za udział w niej nic nie wzięli: Bogusław Winid, były ambasador przy ONZ i NATO, Andrzej Talaga, ekspert ds. bezpieczeństwa i Bartłomiej Radziejewski, szef Nowej Konfederacji. Ja się tylko odniosę.

 

Nie zgadzam się już nawet z tytułem raportu, więc trudno mi przyjąć jego konkluzje, chociaż paradoksalnie niektóre są bardzo trafne. Otóż nie będzie żadnej polityki zagranicznej administracji Josepha Bidena, bo zwyczajnie nie zostanie on prezydentem. Wygra Trump.

W raporcie wskazuje się na bardzo niekorzystne dla obecnego prezydenta sondaże, a ambasador Winid mówił nawet o tym, iż są znacznie gorsze niż w roku 2016, kiedy to kilkoma punktami prowadziła Hillary Clinton, która ostatecznie uzyskała więcej głosów, ale wygrała w zbyt małej liczbie stanów. W tzw. stanach „swing” czyli „obrotowych” a więc takich, których wyborcy głosują to na Republikanów, to na Demokratów, przewaga Biden ma wynosić nawet ponad 10 punktów procentowych. Tak się złożyło, że w dniu, w którym odbyła się dyskusja opublikowano nowe badania, z których wynika, że Trump prowadzi w 7 z 10 swing states. Wedle sondaży American Principles Project (APP) i SPRY Strategies Trump prowadzi z Bidenem w Georgii, Kentucky, Michigan, Montanie, Karolinie Północnej, Pensylwanii i Teksasie – pięcioma punktami. Michigan i Pensylwania to stany, które w ostatnich wyborach Trump odbił Demokratom.

Biden ma większe poparcie w Arizonie, Iowa i Wisconsin. Trump wygrał w tych stanach w 2016 roku, przy czym Wisconsin odbił Demokratom. Na mapie stanów obrotowych umieszczono Teksas, w raporcie WEI wymienia się Minnesotę.

Nie będę oceniał wiarygodności tych badań, ale wiem, że w2016 roku pomyliły się wszystkie sondażownie, które również dzisiaj wskazują na nieuchronna klęskę Trumpa. Można też jednak spojrzeć na Rasmussen Report, gdzie codziennie publikowane są badania dotyczące tego jak Amerykanie oceniają pracę Trumpa. I tak po tąpnięciu, od miesiąca prezydent odrabia straty i jest oceniany dokładnie tak samo – 49 procent aprobaty, jak na tym samym etapie swej prezydentury Obama, który przypomnę wygrał drugą kadencję. Trend jest widoczny. Jest jeszcze np. Primary Model profesora Helmuta Norpotha, który daje Trumpowi 91 procent szans na zwycięstwo. Od 1995 roku przy jego zastosowaniu tylko raz nietrafnie wskazano zwycięzcę – w 2000 roku, kiedy to kilkuset dziurkowanymi głosami na Florydzie wygrał Bush, choć w całych Stanach uzyskał ich znacznie mniej niż Gore.

Trump ma oczywiście trudne zadanie. Pandemia odebrała mu jego ulubione narzędzie kampanijne, czyli wiece jak koncerty rockowe, na których gromadzą się dziesiątki tysięcy ludzi. Właśnie odwołano konwencję Republikanów na Florydzie, więc nie będzie kolejnego show. Nikt też nie jest w stanie przewidzieć jak rozwijać się będzie pandemia, jak dramatyczne będą skutki gospodarcze i czy w amerykańskich miastach ogarniętych anarchią i przemocą wreszcie się uspokoi. Te zamieszki, plądrowanie, obalanie pomników, napady, eksplozja brutalnej przestępczości mogą działać na korzyść Trumpa zwłaszcza, że dotyczą miejsc, w których rządzą Demokraci i to nieraz od kilkudziesięciu lat.

WEI pokazał pewną fotografię, stan na dziś. Podobnie robię ja, ale nikt nie wie co się może zdarzyć w ciągu najbliższych miesięcy. Przewidywania są trudne, gdyż jak mówił Woody Allen dotyczą przyszłości. Tak, czy owak zakład stoi. Ja twierdzę, że Trump wygra i pewnie jeszcze nieraz będę pisał dlaczego.

Ale nawet jeśli przegra, to nie będzie czegoś takiego jak administracja prezydenta Bidena. Owszem będzie się tak oficjalnie i kurtuazyjnie mówić, ale z rzeczywistością nie będzie to miało wiele wspólnego. WEI w swym raporcie delikatnie wskazuje na problem i pisze: „Biden wykazuje wiele niepokojących zachowań, widocznych problemów z koncentracją i prowadzenia wartkiego dialogu. Jego sztab do tej pory nie odpowiedział na pytania o debatę prezydencką, coś co od czasów „sparringu” Nixon-Kennedy jest nieodłącznym elementem amerykańskich wyborów. Najbliżsi doradcy Bidena zdają się szukać pretekstu, żeby nie dopuścić do bezpośredniej konfrontacji z Donaldem Trumpem”.

Ja nie muszę być dyplomatą. Biden jest sklerotykiem i to nie w przenośni, tylko w klinicznym znaczeniu tego słowa. Pogrąża się w demencji po swe okulary pilota wojskowego, nie wie gdzie jest, nie odróżnia żony od siostry, zapomina nawet nazwisko Obama, wszystko mu się myli i nie jest w stanie składnie sklecić kilku zdań. Z każdym dniem instalacja przepala się coraz bardziej, rury zatykają, płaty sklejają, a zwoje i trąbka Eustachiusza prostują. I nic już tego nie zmieni – w listopadzie kończy 78 lat i nie ma ćwierci tej energii, co choćby starszy od niego Bernie Sanders.

Nie będzie więc żadnej jego – Bidena administracji, tylko ludzi z otoczenia. Posadzą go w fotelu bujanym w Gabinecie Owalnym, na wiosnę wyniosą do Ogrodu Różanego, jesienią przykryją pledzikiem, depną na biegun i tak się będzie na tym fotelu bujał. Od czasu do czasu będzie starał się ucapić za tyłek jakąś stażystkę, czy agentkę z czego jest znany. W 2022 roku będzie w takim stanie, że nie zdoła nawet załatwić żadnej fuchy swemu bratu, czy synowi. Nie piszę tego wszystkiego tylko po to, by ze starca szydzić, choć i owszem, bo to zły człowiek i do cna skorumpowany jest, ale by pokazać do jakiego stopnia zdegenerowane są waszyngtońskie elity, by kogoś w takim stanie fizycznym i umysłowym forsować na stanowisko władcy ogromnej części świata. Robią to tylko dlatego, że z wewnętrznych badań wyszło im, że jako jedyny może być w stanie pokonać Trumpa. Kompletnie nie ma znaczenia jakim może być prezydentem. Tak więc wszystkim sterować będą inni i nikt nad niczym nie będzie panował. Co kto na chwilę wyszarpie, to będzie miał, póki go nie wygryzie ktoś inny. Spiski, intrygi, donosy, prowokacje zawładną rządem i wszystkimi federalnymi instytucjami.

Oczywiście gdy wygra Biden media na całym świecie będą piszczeć z radości, bębnić o triumfie demokracji, a prezydentura Trumpa zostanie określona jako jakaś aberracja, czy drobny wypadek na drodze ku szczęściu ludzkości. Biden zostanie człowiekiem roku tego i owego, a Putin, Merkel i prezydent Chin Xi Jingping upiją się z radości. Może nagrody Nobla za nic tak jak Obama nie dostanie, ale tytuły się posypią. Rozpocznie się karnawał

Co będzie w samych Stanach Zjednoczonych? Opowiem Państwu. Oto historia 28-letniego Ivana Rablesa Najevasa, nielegalnego imigranta z Meksyku. W 2013 roku aresztowano go pierwszy raz. Potem jeszcze kilka razy za jazdę po pijanemu i inne takie tam. W 2016 miał być deportowany, ale jakoś się nie udało. No to aresztowano go po raz kolejny tym razem za umyślne najechanie samochodem na człowieka. Przycisnął go swoim pickupem do innych pojazdów i tak unieruchomionego pogryzł. Wsadzono go do aresztu, z którego wyszedł za kaucją w wysokości 65 tysięcy dolarów. Rozprawa miała się rozpocząć jesienią tego roku, ale w międzyczasie Najevas wjechał ciężarówką w imprezę klubu motocyklowego Thin Blue Line i zabił trzech emerytowanych policjantów i wojskowych. Rannych zostało 9 osób. Teraz więc siedzi i czeka na kolejny proces. Kaucja tym razem wynosi 500 tysięcy dolarów.

Otóż jak wygra Biden to żaden Najevas nigdy już nie będzie deportowany. Demokraci zrobią wielka amnestię, zalegalizują pobyt 10-20 milionów nielegalnych imigrantów, dadzą im ścieżkę, a właściwie ruchomy chodnik do obywatelstwa i na zawsze zmienią oblicze Stanów Zjednoczonych. Zrobią to po to, by już nigdy nie oddać władzy, bo imigranci głosują na nich. Zrobią sobie tak jak Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna, która nieprzerwanie przez 71 lat rządziła Meksykiem. Zmiany demograficzne wywołane wielką imigracją już sprawiły, że republikańska Kalifornia stała się bastionem Demokratów. Tak będzie z Teksasem i kolejnym czerwonymi stanami. Nie chodzi o to, że wszyscy imigranci będą jak ten bandzior Najevas. Chodzi o to, że skoro z przyczyn ideologicznych już teraz państwo nie radzi sobie z takim przypadkami, to tym bardziej nie poradzi sobie, gdy tacy jak on będą mieli otwarta drogę do Ameryki.

A więc najpierw zrobią amnestię i równolegle zajmą się takimi szczegółami jak demontaż muru na granicy z Meksykiem i likwidacją, albo sparaliżowaniem ICE – służby imigracyjnej i celnej. Zrobią to, bo mury dzielą, a Demokraci budują mosty i jednoczą. Nie będzie żadnej kontroli na granicach, więc narkotyki zaleją Stany Zjednoczone, a kartele przeniosą swe wojny do Arizony, Teksasu, Kalifornii, etc. Gangi nie będą panowały już w dzielnicach, ale w całych miastach. Stany Zjednoczone wejdą na ścieżkę, by stać się jakąś kolejną Argentyną (100 lat temu to był najbogatszy kraj świata) albo ze względu na swój potencjał i wielkość powiedzmy Brazylią. Nie ma najmniejszego powodu, by obyczaje polityczne Ameryki Łacińskiej, czyli gigantyczna korupcja, nepotyzm, biurokracja, chaos administracyjny, kupowanie urzędów, zorganizowana instytucjonalnie przestępczość zatrzymały się na Rio Grande, czyli rzece oddzielającej Meksyk od Stanów Zjednoczonych.

W czasie dyskusji dotyczącej Bidena zastanawiano się czy przewagę zyska skrajne lewicowe skrzydło partii Demokratycznej, czy też to umiarkowane. Wygrają lewacy. Nie będzie żadnych Demokratów w stylu Kennedych, czy Clintona. Będzie Alexandria Ocasio-Cortez i komunista Bill de Blasio, burmistrz Nowego Jorku. Partia Demokratyczna stała się dziś zakładnikiem skrajnej lewicy i to tej w marksistowskim wydaniu. Ta jest dużo bardziej radykalna niż jacykolwiek socjaliści europejscy. 50 procent amerykańskich studentów wierzy w socjalizm w leninowski stylu. Jego pomniki stoją sobie spokojnie w Seattle i Portland. Jeśli dołożyć jeszcze wciąż podsycane konflikty rasowe, to mamy do czynienia z wybuchową mieszanką, czego dowodem są trwające od dwóch miesięcy rozruchy, w których nie chodzi o żadne protesty przeciwko brutalności policji, tylko o obalenie systemu. Z jednej strony radykalne bandy, z drugiej biernie przyglądający się, a nawet przyklaskujący Demokraci rządzący wielkimi miastami jak Nowy Jork, Chicago, Los Angeles, Seattle, Waszyngton, etc. Zwycięstwo Bidena rozpali nowe oczekiwania, wyzwoli jeszcze większy radykalizm. Rozpocznie się demontaż systemu, czego symbolem jest choćby cięcie funduszów na policję, ograniczanie jej kompetencji i to w momencie, gdy Amerykę zalewa rekordowo wysoka fala przestępczości. Tak, jak to robi burmistrz Nowego Jorku De Blasio, który tnie fundusze o miliard dolarów, choć liczba strzelanin i zabójstw rośnie rok do roku o 100 procent. Zaoszczędzone pieniądze pójdą na wszelkie akcje pomocy społecznej, po to, by coraz bardziej uzależniać od siebie elektorat. W wielkich miastach nie będzie dzielnic gett, one całe staną się gettami, tak jak Detroit. Wyniesie się z nich biznes, spadną wpływy podatkowe i będzie tak jak w San Francisco, Los Angeles czy Seattle – nędza, a gdzieniegdzie wyspy oszałamiającego bogactwa. Rak, który toczy wielkie amerykańskie miasta przerzuci się na kolejne obszary.

Biden całkowicie też ulegnie fanatycznym obrońcom klimatu. Już przedstawił swoja wersję Nowego Zielonego Ładu, na który w ciągu 4 lat chce wyda 2 bilony dolarów. Celem jest to, by w 2035 roku cała produkcja energii była „klimatycznie neutralna”. To oczywiście oznacza zagładę przemysłu wydobywczego ze wszystkim konsekwencjami dla gospodarki Stanów Zjednoczonych i świata. Osobiście uważam, że histeria i psychoza na tle zagłady Ziemi będą się nakręcać, więc Biden i jego domniemana administracja ugną się i zrobią jeszcze głupsze rzeczy niż te, które teraz kandydat na prezydent proponuje.

Raport WEI mówi o polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych, ale jej determinantą będzie właśnie to, co będzie działo się wewnątrz Ameryki, bo do głosu dojdzie skrajna lewica. USA pozornie staną się aktywniejsze na arenie międzynarodowej, znów otworzą się na świat, ale nie dlatego, że będą miały jakąś własną strategię, tylko dlatego, że popłyną w jednym cieku ze wszystkimi organizacjami globalnymi, gdzie rządzi lewica. Znów zapiszą się do WHO i dorzucą miliard rekompensaty za Trumpa, znów podpiszą Porozumienia Paryskiego i uznają ONZ jako ostateczny autorytet od wolności, demokracji, praw człowieka i takich tam.

Problem Rosji zniknie z dnia na dzień, tak jak nie istniał w czasach Obamy. Sankcje może i pozostaną, ale rozlezie się to wszystko przez lata. Zniknie problem Chin. Nikt w USA nie będzie się przejmował wzrostem ich potęgi, a wielkie korporacje znów dostrzega wielkie możliwości biznesowe, więc sprzedadzą amerykańską klasę średnią, farmerów i przemysł. Z ulgą odetchnie Unia Europejska, bo amerykańskie cła nie będą grozić już jej protekcjonistycznej polityce. Niemcy dokończą Nord Stream 2. Polska trafi na listę jakichś tam krajów nieprawidłowych w Departamencie Stanu, więc amerykańscy dyplomaci będą przy wsparciu instytucji międzynarodowych wciąż wtrącać się w nasze sprawy i pouczać nas.

Stany Zjednoczone znów będą broniły na całym świecie demokracji i wolności, więc prędzej, czy później zrobią najazd na jakiś kraj, albo go sobie zbombardują w imię praw człowieka. Trump jest pierwszym od niepamiętnych czasów prezydentem, który nie posłał amerykańskich wojsk, by zaprowadzały porządki w jakimś państwie, więc Demokraci będą koniecznie chcieli nadrobić stracony czas. Zwłaszcza, że zawsze byli czempionami w wojowaniu na obcych terytoriach. Zrobią to we właściwym sobie stylu, czyli wlezą, rozwalą, ale braknie im jakiejkolwiek determinacji i strategii, więc tylko pozostawią po sobie bajzel. W tym będą mieli wsparcie Republikanów takich jak Bush i lobby wojskowego. Im większy bajzel, im dłużej trwa, tym więcej kontraktów i kochanych pieniążków. Będzie tak jak przy zaprowadzaniu demokracji na Ukrainie, Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie przy okazji Arabskiej Wiosny. Chaos, pożoga, tragedie. Bush popełnił katastrofalny błąd najeżdżając Irak, ale to co zrobił Obama było po wielokroć gorsze. Bliski Wschód będą rozszarpywały Turcja, Rosja i Iran, który tak jak za Obamy dostanie wolną rękę.

Towarem eksportowym USA znów staną się amerykański styl życia i demokracja, ale oczywiście w skrajnie lewicowym wydaniu, więc na całym świecie urosną w silę różne ruchy antyrasistowskie, marksistowskie, praw zwierząt, czy lgbt. Ze wszystkimi konsekwencjami – skrajna lewica będzie miała otwartą drogę do zaprowadzenia swych totalitarnych porządków na całym świecie.

Jednym z największych błędów jakie popełniają wszyscy eksperci jest przyjmowanie racjonalnych założeń. Np. takich, że gdzieś w otoczeniu Bidena do głosu dochodzą rozsądni ludzie, którzy mają jakąś wizję, mają cele i będą realizować jakąś strategię. Oczekiwanie racjonalności jest całkowicie nieracjonalne. A co jeśli nie będzie żadnych rozsądnych ludzi, żadnej strategii, tylko chaos i szaleństwo i dążenie do realizacji jakiejś utopii. Dlaczego zakładać, że nie może do tego dojść, skoro zdarzyło się w Niemczech, Rosji i tylu innych miejscach na całym świecie? Dlaczego zakładać, że to któryś z wymienionych w raporcie WEI znawców będzie miał decyzyjny głos, a nie ludzie pokroju wariatki Ocasio-Cortez. Obama gdy doszedł do władzy wypełnił departamenty stanu, obrony i wewnętrzny, ale także agencje wywiadu tzw. miejskimi aktywistami z Chicago. Radykalizacja postępuje i to co jeszcze niedawno uchodziło za nie do pomyślenia, dziś staje się normą. Nie ma żadnych powodów by a priori zakładać, że Stanom Zjednoczonym nie może przydarzyć się to samo co np. Argentynie, czy Wenezueli. Szaleństwo panuje w teraz w wielu miastach Stanów Zjednoczonych. Dlaczego nie miałoby ogarnąć całego kraju i rozlać się na świat.

Wizja, którą przytaczam, jest na pierwszy rzut oka przerysowana. Nic bowiem nie zdarzy się z dnia na dzień. Nawet procesy destrukcji potrzebują czasu, ale konsekwencje ewentualnego zwycięstwa Bidena będą katastrofalne. Po pierwszej decyzji o wielkiej amnestii, która zapewni im wygraną w kolejnych iluś wyborach, Stany Zjednoczone wejdą na drogę taką na jakiej są wszystkie pozostałe państwa obu Ameryk z Kanadą włącznie. Za 20 lat będą mocarstwowym krajem Trzeciego Świata z arsenałem nuklearnym. Mogą sobie być nim Indie, mogą być i USA.