Starcie Tytanów, czyli kłótnia zgredów
Dariusz Matuszak 02.10.2020

To miało być prawdziwe stracie Tytanów. Nie ma przesady w takiej metaforze, gdy w szranki staje dwóch ludzi, z których jeden przez następne 4 lata będzie najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Ameryka długo wyczekiwała, a potem zwymiotowała. To była najgorsza debata prezydencka w historii. Pojedynek prezydenta Donalda Trumpa z pretendentem Joe Bidenem naprawdę okazał się fatalnym widowiskiem. To była kłótnia i jazgot zgredów, starszych facetów, z której czasami trudno było cokolwiek zrozumieć. Nie będę pisał o tym, czego owa pyskówka dotyczyła, bo to już zrobiono wcześniej. Postaram się opisać kontekst.

 

Szczerze mówiąc, wątpiłem w to, czy w ogóle do debaty dojdzie. Joe Biden wykazuje bardzo niepokojące przejawy demencji, momentalnej utraty kontaktu z rzeczywistością, więc przypuszczałem, że pod jakimś pretekstem i za namową Demokratów wykręci się z niej. A tymczasem stanął do pojedynku i wypadł zadziwiająco dobrze. Co nie znaczy, że wygrał. Zdania odnośnie do tego, kto się okazał zwycięzcą, są podzielone, co tak naprawdę według mnie oznacza, że Trump poniósł porażkę. Powinien był zwyciężyć w sposób bezapelacyjny, niepodlegający wątpliwości. Tymczasem tak naprawdę, mimo różnych przeważnie korzystnych dla Bidena sondaży, po debacie lidera nie wskazano. Dominowało bowiem przekonanie, że w tej nawalance był tylko przegrany – Amerykanie. Dla Trumpa pozostała nagroda pocieszenia – to, że jednoznacznie jako zwycięzcę wskazali go Latynosi, co akurat w wyborach ma znaczenie. Gdyby było przekonanie, iż to kandydat Demokratów wygrał starcie, media piałyby o tym wniebogłosy. Tymczasem ta kwestia jest tak naprawdę pomijana.

Biden stratował z dość wygodnej pozycji. Oczekiwania wobec niego były bardzo niskie. Byle tylko się nie zawiesił, nie zapomniał, gdzie jest, nie pomylił wszystkiego, a już będzie dobrze. Tymczasem nominat Demokratów nie tylko nie popełnił kompromitujących gaf, ale odpowiadał bardzo sprawnie. I nie ma tu znaczenia, że czasami kłamał wprost np. gdy mówił, iż jego syn nie brał pieniędzy od rosyjskich i ukraińskich oligarchów. Liczy się wrażenie. Był sprawny, czasami jak robot, ale i jego niosło, więc nazwał prezydenta klaunem i krzyczał na niego, by się zamknął, gdy ten po raz kolejny przerywał. Jeśli jego ludzie podpowiedzieli mu, by zwracał się obcesowo do prezydenta, walczył z nim jego bronią, to zrobili dobrze. Debata publiczna w USA i tak sięgnęła dna, więc skoro już walczymy w błocie, to czemu nie wyzywać. Zachwytu to na pewno nie wzbudziło, ale mogło pokazać, że Biden jest dziarskim i walecznym staruszkiem. 

Trump wyszedł spięty i wypadł źle. Po kimś, kto wygrał dwie debaty z Clinton, a jedną zremisował, kto pokonał w 2016 roku republikańskich pretendentów, można się było spodziewać więcej i to nie dlatego, że jest prezydentem, ale dlatego, że jest chuliganem, ulicznym wojownikiem, który wie, kiedy zrobić unik, a kiedy wymierzyć podstępnie piwniczny cios na wątrobę. Tymczasem wdał się w chaotyczną walkę na cepy, a nawet ją zainicjował, zamiast trzymać Bidena na dystans i punktować. Według mnie Trump był źle przygotowany i nastawiony. Moja teoria jest taka, iż sam wymyślił, albo poszedł za radą, że kilkoma szybkimi ciosami trzeba szybko wyprowadzić Bidena z równowagi, a wtedy staruszek się uniesie, zacuka i pogubi. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca i nawet jeśli kilka razy Biden na chwile tracił rozeznanie, to nie było to tak ewidentne, by móc powiedzieć, iż oto znów dopadła go niemoc z demencji płynąca.

Nie jestem tak łaskawy dla Trumpa jak większość, nawet bardzo nieprzychylonych mu mediów, które zniesmaczone pojedynkiem nie eksploatują tematu zwycięstwa. Według mnie Trump przegrał, bo po mistrzu jatek w ciasnych i ciemnych pomieszczeniach, czempionie fauli i brudnych chwytów można się było więcej spodziewać. Powinien był odnieść brzydkie i zdecydowane zwycięstwo udowadniając, że Biden nie może stawić czoła przywódcom Chin i Rosji. Tak się nie stało.

Nie wiadomo czy dojdzie do kolejnych dwóch debat. Biden ma teraz rzeczywiście doskonały pretekst, by ich uniknąć. Naiwnością byłoby sądzenie, że Trump nie przygotuje się lepiej i nie postara się zapanować nad emocjami, które go poniosły. Kandydat Demokratów wzniósł się na wyżyny swoich możliwości i w następnych pojedynkach może tempa nie wytrzymać. Trump zaś ma jeszcze spore zapasy sił i może się tylko poprawić. Trudno mi sobie wyobrazić, by mógł wypaść gorzej niż w czasie pierwszej, wtorkowej debaty. Kolejna przewidziana jest na 15 października, ale Biden może teraz spokojnie pod byle pretekstem się z niej wykpić. Nie musi już udowadniać, że nie jest obciążony na umyśle. Teorie zwolenników Trumpa, iż płynął na dopalaczach, w co ja akurat wierzę, nie mają najmniejszego znaczenia. Nikt nic nie udowodni, a nawet gdyby, to co kogo obchodzi, czy wypił coś tam, czy coś tam sobie wstrzyknął? Ja sam uważam, że pięćdziesiątka walnięta przed publicznym wystąpieniem dobra jest. Byle nie więcej.

Debata nie posunęła kampanii ani o krok. Jest jak było, tylko zwiększyła się liczba tych niezależnych wyborców, którzy mówią, iż tak ich obrzydziła, że pewnie w wyborach udziału nie wezmą. Biden utrzymuje kilkupunktową przewagę w całych USA i minimalną w stanach obrotowych, które raz głosują raz na kandydata Demokratów, raz Republikanów. Po wpadce sondażowni w 2016 roku nie można mieć do nich zaufania. Clinton też do końca miała przewagę, a jak się skończyło, wszyscy wiemy. Trump wydaje się pewny swego. Postępuje tak, jakby wiedział więcej niż inni, niż eksperci i instytuty badające opinię publiczną. Urządza wiece w stanach, w których teoretycznie pokazywanie się nie ma sensu, bo i tak je przegra. Tymczasem już drugi raz pojechał do Minnesoty, gdzie od 1972 roku nie wygrał żaden Republikanin. Nawet Reagan. Zrobił też wiec w kolejnym bastionie Demokratów – Virginii, która jest siedliskiem elit Waszyngtonu. Być może prezydent ma jakieś badania, które wskazują na to, że i te stany może pozyskać.

Dla Trumpa znaczenie może mieć to, iż jego występ dobrze ocenili Latynosi. Znacznie wyżej niż ogół elektoratu. Oni zdecydują o zwycięstwie na Florydzie, która daje aż 29 elektorskich głosów. Trump nie musi uzyskiwać wśród Latynosów większości. Wystarczy trochę ponad 30 procent, bo wygra wśród białych wyborców. Floryda to stan, którego sytuacja wzbudza przerażenie u Demokratów. Bloomberg, który sam ubiegał się o nominację i przepadł w niesławie, wyda aż 100 milionów dolarów na wsparcie dla Bidena na Florydzie. Pyszny miliarder posunął się nawet do tego, że 16 milionów chce przeznaczyć na spłatę grzywien i różnych kar pieniężnych orzeczonych przez sądy wobec przestępców. Prawo Florydy przewiduje bowiem, że póki się ich nie spłaciło, to jest się pozbawionym prawa obywatelskiego do głosowania. Bloomberg tak policzył, że wyszło, iż może wykupić/przekupić 32 tysiące skazanych. Dorzuca więc przestępcom maksimum 1500 dolarów, ale warunek jest jeden – uwaga, uwaga, tylko czarnoskórym i Latynosom, ci bowiem z reguły głosują na Demokratów. Czyż to nie piękny przykład obrzydliwej obłudy walczących z rasizmem postępowych Demokratów? Nie wiadomo, czy akcja dojdzie do skutku, bo została zaskarżona. Chodzi o ewidentne przekupywanie wyborców. Zwycięstwo na Florydzie staje się warunkiem koniecznym, acz niewystarczającym do zgarnięcia całej puli, czyli Białego Domu.

Ocena prezydentury Trumpa jest dość stabilna. Mierzy ją codziennie najbardziej prestiżowa sondażownia w USA – Rasmussen Report. Mimo spadku latem teraz Donald Trump notuje wyniki w dolnych przedziałach stanów górnych – 49 procent akceptacji, przy maksimach 53 procent jakie miewał. 49 procent 1 października to dokładnie tyle samo, ile miał Obama w tym samym momencie swej prezydentury na miesiąc przed reelekcją. Od debaty Trump zyskał 2 punkty procentowe.  Nadal obstawiam, że ponownie zostanie wybrany na prezydenta, choć jest jedna niewiadoma. Chodzi o masowe głosowanie pocztą i możliwość fałszerstw na gigantyczną skalę. Rozwiązanie to pod pretekstem pandemii forsują Demokraci. Szacuje się, że ten sposób może zagłosować nawet kilkadziesiąt milionów głosów. Trump mówi o nadużyciach i o tym, że przy tej skali ani poczta, ani komisje wyborcze sobie nie poradzą i policzenie głosów może trwać tygodniami. Jest więc zdecydowanie przeciwny temu, zwłaszcza że różne stany mają różne procedury wyborcze i to najczęściej całkowicie chaotyczne. W wielu stanach nie trzeba nawet okazać jakiegoś dokumentu tożsamości. Karty do głosowania zostaną rozesłane do wszystkich. W największym skrócie wygląda to tak, że będzie można sobie iść do lokalu wyborczego i tam oddać głos, a potem jeszcze oszukując dodatkowy listownie. Karty już są rozsyłane i z całego kraju płyną doniesienia, iż lądują w koszach na śmieci, stawach, czy rzekach. W jednych miejscach giną, a w innych można dostać nawet dwa listy z kartą. System był ćwiczony już wiosną i latem w prawyborach i przyniósł katastrofalne rezultaty. Liczenie głosów trwało w niektórych przypadkach 7 tygodni. Teraz problem można zwielokrotnić poprzez skalę ogromnych połaci kraju. Być może więc będzie tak, że o wynikach nie dowiemy się w nocy z 3 na 4 listopada. Media już przygotowują opinię publiczną na tę okoliczność, a te społecznościowe oficjalnie zapowiedziały wprowadzenie cenzury. Wykasowane mają być wszelkie „niepotwierdzone, wprowadzające w błąd” informacje o wynikach wyborów.  Niewykluczone, że po wielkiej batalii wyborczej Amerykę czeka bitwa prawników.

P.S. Gdy skończyłem pisać ten tekst, okazało się, że Donald i Melania Trump są zarażeni koronawirusem. To może wszystko zmienić. Nikt dziś nie wie, jak prezydent będzie przechodził infekcję. Ma 73 lata, więc znajduje się w grupie podwyższonego ryzyka.  Po premierze Wielkiej Brytanii Johnsonie i prezydencie Brazylii Bolsonaro Jest już trzecim przywódcą państwa, którego dotknęła zaraza.

Z raportów lekarzy wynika, że jest w bardzo dobrej formie jak na swój wiek. Nie wiadomo, czy prezydent będzie dalej organizował wiece, aranżując wszystko odpowiednio. Bezpośrednie spotkania z wyborcami, to jego potężna broń. Cała codzienna rutyna kampanii musi jednak ulec zmianie. Jedno jest wiadome: pół Ameryki będzie się modlić o jego zdrowie, a z pozostałej połowy znaczna część będzie się cieszyć i życzyć wszystkiego najgorszego.