Stare zmęczone NATO
Jerzy Marek Nowakowski 19.04.2019

Prawo szariatu przewiduje bardzo łatwy sposób uzyskania rozwodu. Wystarczy, że mąż trzy razy powtórzy: „rozwodzę się z tobą” i sprawa jest załatwiona. Ta zasada przypomniała mi się po kolejnych wypowiedziach prezydenta Trumpa w kwestii NATO. Najpierw wyraził zdziwienie, że USA mogłyby wejść do wojny z powodu „jakiejś Czarnogóry”. A później oznajmił, że Stany nie mają powodu by bronić partnerów – chodziło o Niemcy – którzy nie łożą wystarczających środków na własną obronę. Inaczej mówiąc Prezydent Stanów Zjednoczonych wedle zasad muzułmańskich już dwa razy powiedział „rozwodzę się”… Sojusz właśnie skończył 70 lat. My zaś jesteśmy jak wnuczek siedzący w kącie, pukający się w czoło: „dziadku w tym wieku myślisz o rozwodzie?”.

 

NATO nie jest, o czym zwykliśmy zapominać, sojuszem równych partnerów. Jego motorem, zwornikiem i traktatowym liderem oraz depozytariuszem dokumentów pozostają Stany Zjednoczone. Fundamentem Sojuszu zaś był i pozostaje artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego gwarantujący, że atak na każdego, nawet najmniejszego członka Paktu jest atakiem na cale NATO. Zanegowanie obowiązku obrony któregokolwiek członka jest podważeniem sensu istnienia NATO. Dlatego rzucane na Twitterze wypowiedzi prezydenta Trumpa brzmią bardziej niż niepokojąco. Nawet jeżeli ich intencja jest słuszna. Skądinąd rzadko przypominany artykuł 3 traktatu nakłada na członków obowiązek właściwego wkładu do potencjału obronnego NATO. Jeżeli wypowiedzi Trumpa mają, zgodnie z zasadami negocjacji handlowych, skłonić innych partnerów do większego zaangażowania w obronę, to w istocie stanowią zachętę dla wrogów NATO, by testować „elastyczność” Paktu, mnożąc naciski na kraje identyfikowane jako najsłabsze ogniwa.

Gdyby jedynym kłopotem Sojuszu były nieprzemyślane (oby) wypowiedzi amerykańskiego prezydenta, to jeszcze pół biedy. Ale druga co do wielkości armia NATO – turecka, staje się partnerem coraz mniej obliczalnym. Czystki przeprowadzone po nieudolnej próbie zamachu stanu w 2016 r. dosięgnęły przede wszystkim generałów i oficerów związanych z Zachodem. Bo też prezydent Erdogan niespecjalnie ukrywał, że podejrzewa sojuszników amerykańskich o współorganizację, a przynajmniej milczącą akceptację zamachu. Zakup systemów rakietowych S-400 w Rosji i manifestowanie przyjaźni z Putinem, który dla większości członków NATO jest głównym autorem erozji istniejącego systemu bezpieczeństwa znacząco ochłodziły relacje Turcji z USA a jeszcze bardziej w Europą.

Turcja nie tylko jest filarem NATO, ale jest położona w newralgicznym regionie z punktu widzenia bezpieczeństwa Zachodu. Panuje nad cieśninami zamykającymi Morze Czarne, czyli może nie wpuścić rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Morze Śródziemne. Albo ją właśnie wpuścić….Graniczy z Gruzją, która jest jednym z kluczowych obszarów sporu Rosji z Zachodem. A z drugiej strony jest głęboko zaangażowana w węzeł konfliktów na Bliskim Wschodzie. Bynajmniej nie zawsze zgodnie ze strategicznymi interesami Zachodu.  Wreszcie Turcja graniczy z Iranem, który został przez USA uznany za kluczowy punkt nowej „osi zła”. Na koniec, niebezpiecznie zbliżający się do autorytaryzmu model rządzenia przyjęty przez Recipa Erdogana stoi w sprzeczności z preambułą Traktatu Waszyngtońskiego wskazującą, że NATO to sojusz zbudowany na wspólnocie wartości.

No ale gdyby problemy NATO ograniczały się do Trumpa i Turcji to nie byłoby wcale tak źle. Prezydent Stanów Zjednoczonych trafnie zdefiniował jako jeden z najpoważniejszych problemów Paktu fakt, że duża część państw członkowskich jest w NATO „pasażerami na gapę”. Niemcy, Włosi, Hiszpanie, Holendrzy… można tak dość długo wyliczać. Nie tylko płacą za mało na swoje armie, nie tylko jak Niemcy, wbrew obietnicom zabierają się do ograniczenia a nie zwiększenia wydatków….Przede wszystkim wiele krajów doprowadziło do podwójnego kryzysu swoich armii. Po pierwsze są one w istocie niezdolne do działania, a po drugie całkowicie rozbrojone moralnie. Z wyjątkiem nielicznych jednostek używanych w ekspedycjach pokojowych armie mają niesprawny sprzęt a oficerowie czują się bardziej urzędnikami niż żołnierzami. Postawiona przed laty przez Edwarda Luttwaka teza, że we współczesnych społeczeństwach Zachodu wojna jest niemożliwa, ponieważ społeczeństwo dobrobytu nie akceptuje faktu, że na wojnie giną ludzie , w ogromnej części NATOwskiej Europy jest absolutnie prawdziwa. Powiedzonko z epoki zimnej wojny „better red than dead” obowiązuje nadal z tym zastrzeżenie, że czerwonych zastąpiły jakiekolwiek agresywne podmioty. Współczesnego Europejczyka wychowuje się  jako biernego konsumenta niezdolnego do czynnego oporu wobec jakiejkolwiek agresji. Kiedy przed paroma laty terroryści usiłowali zaatakować w ekspresie TGV z Brukseli do Paryża mieli pecha. Jechała tam czwórka Amerykanów, którzy szybko i sprawnie obezwładnili bandytów. Europejscy pasażerowie nie potrafili zareagować. Obawiam się, że ogromna większość młodych Europejczyków  na wypadek wojny ma przygotowany wariant B – zwiewać gdzie pieprz rośnie. Na pytanie zadane młodej osobie w Warszawie przez moją żonę, „no a co byście zrobili, gdyby wybuchła wojna?” padła odpowiedź – „jak to co? Uciekalibyśmy za granicę”.  Kiedy rozmawiamy o modelu obrony europejskiej dużo bardziej obawiam się skutków tego podwójnego rozbrojenia niż – możliwego – antynatowskiego ostrza takiego sojuszu.

Kolejny kłopot NATO to erozja fundamentu wartości na których zbudowany jest sojusz. Od dawna było wiadomo czym jest, a właściwie jaki jest najmniejszy wspólny mianownik, systemu liberalnej demokracji. Od pewnego czasu jest z tym coraz większy kłopot. Mamy nieliberalną demokrację Orbana, mamy ciągotki  faszystowskie we Włoszech, mamy zakochaną w Putinie AfD, czy postpetainowską Marine lePen we Francji. A z drugiej strony marksistowskie brednie Corbyna mającego wielkie szanse na objęcie władzy w Londynie, grecką Syrizę czy ogólnoeuropejski festiwal negacji fundamentów naszej cywilizacji w imię bliżej niezdefiniowanej „multikulti” i zbudowanej na przekonaniu, że nie ma większego problemu ludzkości, niż walka o prawa mniejszości seksualnych. I za chwilę ktoś w USA, ale także w dowolnym innym miejscu Zachodu, zada pytanie – czy mamy umierać za… ? Wstawiając w miejsce kropek którykolwiek z wymienionych wyżej elementów.

Jeżeli z Rosji ruszą na Warszawę kolumny czołgów to zapewne sojusznicy zareagują. Czy tak jak my byśmy chcieli to już inna sprawa, ale zareagują. Natomiast jeżeli w Bartoszycach pojawią się zielone ludziki z bronią, „którą można kupić w każdym rosyjskim sklepie”, to mieszkaniec Kansas, by zaryzykować wojnę atomową z tak błahego (z jego punktu widzenia) powodu, musi być przekonany, że w owych Bartoszycach, Cluj, Debreczynie, Dyneburgu czy Dreźnie mieszkają „good gays” wyznający te same cele i wartości co on.  A jest z tym coraz gorzej. Także dzięki toczącej się już wojnie światowej – wojnie cybernetycznej. Polska jest do niej kompletnie nieprzygotowana. A NATO wobec cyberzagrożeń jest podzielone i niezwykle podatne na kampanie dezinformacji.

Sojusz Atlantycki przeżywa kryzys. Ale nawet NATO pogrążone w kryzysie jest lepsze od strategicznej samotności. Tyle, że Europa musi solidarnie zabrać się do wzmacniania Sojuszu a nie kombinować jak coś z natowskiego „postawu sukna” urwać dla siebie. Generałowie zazwyczaj są gotowi do wygrania przeszłej wojny. I zwykle, po pewnych modyfikacjach, ta przeszła znacząco, ale wyobrażalnie różniła się od przyszłej. Tymczasem rewolucja mentalna i technologiczna sprawia, że wojna XXI wieku będzie zupełnie inna od wszystkich dotychczasowych. Jako Zachód mamy wszelkie instrumenty by ją wygrać. Tylko jak na razie zupełnie tego nie chcemy.

Skoro mamy Wielkanoc, to z okazji tego święta symbolizującego nadzieję i odrodzenie życzmy sobie odrodzenia mądrości i odpowiedzialności wśród tych wszystkich, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo świata.