Strategia przeklęta
Cezary Kaźmierczak 21.12.2015

W czasach komunizmu jedną ze strategii opozycyjnych było wydzieranie komunistom różnych obszarów życia. Oczywiście nie można tego było robić zupełnie wprost, bo wywołałoby to natychmiastową kontrakcję, zatem robiono to pod hasłem „samorządności”. Nawet bezczelnie odwołując się do ideologii, którą komuniści głosili – żeby trudniej było się im opierać.

Niestety, w wielu przypadkach ta strategia okazała się skuteczna i komuniści fasadowo ustanowili „samorządność” w niektórych dziedzinach życia, ale oczywiście bardzo pilnowali, żeby wszystko było pod kontrolą sprawdzonych towarzyszy. Wszystko trzymali mocno za pysk, ale oczywiście na zewnątrz oraz w papierach była „samorządność”.

Komuniści znikli, „samorządność”, niestety, została. Już bez żadnej kurateli politycznej, bo elity Rzeczpospolitej uwierzyły we własną propagandę. Mamy przeklęte efekty tej „samorządności” w oświacie, nauce, sądownictwie czy służbie zdrowia, żeby wymienić tylko najsłynniejsze dziedziny. Efekty „samorządności” widać gołym, nieuzbrojonym okiem. Polski przedsiębiorca musi czekać na rozstrzygnięcie sporu sądowego przeciętnie 685 dni! W czołowych krajach Zachodu jest to 150-200 dni. Mimo to, że jeden „samorządny” sędzia przypada na około 3800 osób w Polsce – dla porównania w Anglii jeden sędzia przypada na… 28 500 obywateli!!! Polski „samorządny” sędzia prowadzi średnio 170 spraw, jego włoski kolega 700, a francuski 500.

Jeśli ktokolwiek próbuje cokolwiek z tym towarzystwem wzajemnej adoracji zrobić, to podnosi się niewiarygodny jazgot. Proszę sobie przypomnieć, co się wyprawiało, gdy minister Jarosław Gowin próbował delikatnie usprawnić działania sądów. Wytoczono najcięższe działa – wszystko pod sztandarami świętej niezawisłości sędziowskiej i oczywiście świętej konstytucji, która tę niezawisłość gwarantuje. Konstytucja gwarantuje również obywatelom prawo do szybkiego procesu, ale o tej jej części „samorządny” wymiar sprawiedliwości nie raczy pamiętać.

Trzeba z tą „samorządnością” jak najszybciej skończyć i mam nadzieję, że PiS to zrobi. O ile nie podlega żadnej – moim zdaniem – dyskusji niezawisłość orzekania, to już w zakresie organizacji sądów, procedury prowadzenia procesów czy przede wszystkim terminów rozstrzyg nięć sporów o żądanej niezawisłości nie powinno być mowy. Sądy powinny stać się instytucjami o charakterze usługowym dla obywateli i szybko oraz sprawnie rozstrzygać spory i wymierzać sprawiedliwość. Wymiar sprawiedliwości istnieje dla ludzi, a nie dla sędziów.

Dorobiliśmy się też „samorządnej” prokuratury, która momentami bardziej przypomina jakąś instytucję o charakterze kabaretowo-cyrkowym. Przepraszam bardzo, ale nie jestem w stanie pisać poważnie o tej instytucji…

Nie inaczej jest w służbie zdrowia opanowanej i de facto sprywatyzowanej przez lobby ordynatorsko-profesorskie, które zwyczajnie „samorządnie” uwłaszczyło się na publicznym majątku i też nie można się słowem odezwać. Jakiekolwiek wezwanie do racjonalizacji i wprowadzenia choćby elementarnych elementów efektywnościowych kończy się niesłychanym wręcz skowytem, że rzekomo zagraża to zdrowiu pacjenta i grożeniem, że to próba „prywatyzacji”. Ne wiem co prawda, jak można sprywatyzować coś, co lobby ordynatorsko- -profesorskie dawno już sprywatyzowało, ale… Z drugiej strony może medycy jednak mają rację – bo sprywatyzowali wyłącznie zyski. Koszty dalej są państwowe.

To samo dzieje się w tzw. nauce czy oświacie. Najlepsza z żon poświęca od dwóch do czterech godzin dziennie na naukę z trójką naszych dzieci! „Samorządne” szkoły w całości już i nawet bez udawania w zasadzie przerzuciły ciężar nauki na rodziców i korepetycje. Czasem mam wrażenie, że dzieci chodzą do szkoły wyłącznie po to, żeby był tytuł do wypłacenia pensji nauczycielom. No i oczywiście wakacje. Właśnie dowiedziałem się, że w szkole jest przerwa świąteczna i „samorządna” szkoła nie planuje widzieć dzieci od 22 grudnia do 6 stycznia. „Samorządni” nauczyciele muszą przecież wypocząć! Co pracujący rodzice mają zrobić z dziećmi – nie ich sprawa. Dowiedziałem się, że minister edukacji, która w imieniu podatnika finansuje ten cyrk, nie może nic szkołom nakazać w tym zakresie! Naruszyłaby ich „samorządność”.

***
Tekst ukazał się w tygodniku WPROST