Państwo i Prawo
Symbol czasu nienormalnego
Łukasz Warzecha 15.03.2021

W wielu tekstach, komentarzach, materiałach w serwisach informacyjnych ekscytowano się w ostatnich dniach rocznicami epidemii: a to rocznica wykrycia pierwszego przypadku w Polsce, a to rocznica pierwszego zgonu, a jeszcze 20 marca czeka nas rocznica wprowadzenia stanu epidemii rozporządzeniem ówczesnego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Tak naprawdę jednak mamy właśnie rocznicę maseczki. A może nawet Maseczki przez duże „M”, bo nie chodzi tutaj o rok od wprowadzenia po raz pierwszy obowiązku zakładania jej zawsze po opuszczeniu domu, ale o symbol tego, co się dzieje – z ludźmi, z państwem, z naszą psychiką.

 

Nie chodzi też o jej praktyczne oddziaływanie – aczkolwiek są co do tego poważne wątpliwości, zobrazowane przez badania i rekomendacje. We wnioskach z wielu z nich powtarza się stwierdzenie, że nie stwierdzono korelacji między przebiegiem epidemii a nakazem zakrywania ust i nosa w każdych okolicznościach. 

Wątpliwości są nawet w gronie doradzających premierowi medyków, skupionych w radzie pod przewodnictwem prof. Andrzeja Horbana. Jak się okazuje, grono to było przeciwne wprowadzaniu obowiązku zakrywania twarzy poza przestrzeniami zamkniętymi (z wyjątkiem skupisk ludzi, niepozwalających zachować odstępu), a nakaz noszenia wyłącznie maseczek (które to pojęcie nie zostało zdefiniowane) powinien był być – zdaniem członków rady – powiązany ze zniesieniem obowiązku zakrywania twarzy na ulicy. Minister Niedzielski zdecydował jednak inaczej „ze względów behawioralnych”, czyli – tłumacząc na polski – ze względu na konieczność tresury ludzi. 

Chodzi jednak przede wszystkim o symbolikę oraz mniej wymierne działanie maseczek, mieszczące się w sferze psychologii ludzkiej i społecznej. W filmie „Nowa (nie)normalność”, zrealizowanym przez ekipę portalu PCh24, pani psycholog mówi między innymi o istotnej fazie rozwoju psychicznego dzieci, w której dowiadują się one o śmierci i kruchości życia. Przeżywają wtedy swego rodzaju szok, ale w normalnych okolicznościach on mija i staje się jednym ze zwykłych doświadczeń, przez które człowiek przejść musi. Inaczej to jednak wygląda, gdy wokół dominuje symbolika zagrożenia: dezynfekcja, lockdown, agresywna policja i właśnie maseczki. W takim otoczeniu trauma nie przemija, lecz się utrwala – ze skutkami trudnymi do przewidzenia, ale zapewne przypominającymi te, jakie można było obserwować u pokoleń, przechodzących tę fazę rozwoju w warunkach wojennych. Rozmiar szkód dopiero się objawi. 

Maseczka noszona niemal wszędzie odbiera nam istotną część sygnałów niewerbalnych, niezbędnych w normalnych kontaktach międzyludzkich. Poza ludźmi, których znamy – a więc pamiętamy, jak wyglądają ich twarze w całości – reszta staje się dla nas coraz bardziej jednolitą, odczłowieczoną masą, bo zniknęła znacząca część najbardziej indywidualnej i najbardziej widocznej na pierwszy rzut oka cechy indywidualnej: rysów twarzy. Skutki tego upośledzenia na poziomie całych społeczeństw staną się dopiero widoczne. 

Nałóżmy na to histerię i paranoję, nakręcane przez rządzących w celu wywołania określonych zachowań, a podsycane przez niektóre media, a dostaniemy przepis na kolejny skrajnie emocjonalny podział, jakby było ich mało. Ponieważ maseczka stała się symbolem podejścia do sytuacji w ogóle, jej brak stał się tym samym manifestacją, wywołuje to skrajnie nerwowe, czasem agresywne reakcje zwolenników restrykcji. Wystarczy przejrzeć internet. Znam zresztą takie sytuacje z opowieści moich bliskich. I nie chodzi tu o sytuacje w sklepie czy transporcie miejskim, ale na pustej ulicy. Dodatkowo częściowe zakrycie twarzy działa jako czynnik sprzyjający agresji, bo częściowo odtwarza znany świetnie z psychologii efekt oddzielenia od drugiej osoby. Ten sam, który sprzyja choćby agresji na drodze. 

Sam na ogół maseczki na ulicy nie noszę – jest to ewidentny absurd, a korzyści z zakrywania ust i nosa na pustej ulicy nie potwierdzają żadne znane mi badania. Zakrywam usta i nos w zamkniętych przestrzeniach – bez entuzjazmu i bez przyjemności. Nie pojmuję entuzjastycznego nastawienia do tego nakazu. Nie akceptuję radośnie kasandrycznych przewidywań, wygłaszanych przez część ekspertów z jakąś sadystyczną przyjemnością, że „to już zostanie z nami na zawsze”. Na to po prostu nie wolno nam się godzić. Maseczka, zakrywająca połowę twarzy, jest symbolem nienormalności i czynnikiem rujnującym normalne relacje międzyludzkie – także te całkowicie pobieżne, przypadkowe, przelotne. Jeśli ma być stosowana, to jedynie tam, gdzie jest naprawdę niezbędna i twardo pokazano, że ma jakikolwiek wpływ na ograniczanie zakażeń, nie zaś wszędzie „ze względów behawioralnych”. 

Nie dziwi mnie jednak, że taka właśnie była decyzja ministra Niedzielskiego. Pomijając fatalny sposób zarządzania sytuacją epidemiczną, o którym można by dużo pisać (i o którym dużo już na blogu WEI pisałem), dla każdego trzeźwego obserwatora po roku epidemii powinno być jasne, że w części rządowych decyzji chodzi faktycznie o swoistą tresurę obywateli, a w części decydenci nie są w stanie intelektualnie ogarnąć konsekwencji własnych działań. Jeżeli, dla przykładu, nie rozumieją, że decyzja o zamknięciu od poniedziałku na Mazowszu i w Lubuskim centrów handlowych ściągnie do nich w weekend tłumy, a więc spowoduje nagromadzenie ludzi znacznie groźniejsze niż utrzymanie centrów handlowych otwartych, to cóż dopiero oczekiwać od nich, że będą w stanie zrozumieć długoterminowe, subtelniejsze, ale nie mniej groźne konsekwencje nakazu powszechnego maskowania się wszędzie?

Maseczkę należy zatem traktować jako środek nadzwyczajny, generujący poważne negatywne skutki uboczne w makroskali społecznej, z którego powinniśmy zrezygnować jak najprędzej. I który powinien w przyszłości pozostać znienawidzonym symbolem czasu pokręconego i skrajnie nienormalnego.