Syryjska lekcja
Jerzy Marek Nowakowski 22.10.2019

O wojnie w Syrii zdołali napisać już prawie wszyscy. Zarówno o prawdziwej czy mniemanej (w zależności od sympatii Autorów) zdradzie Kurdów przez Trumpa, jak i przeróżnych wojskowych aspektach całej operacji. Część komentatorów alarmuje, że oto jest lekcja dla Polski, iż Amerykanie dbają tylko o swoje interesy i porzucają towarzyszy z pola walki. Inni z kolei dumnie powiadają, że przecież Artykuł Piąty (Traktatu Waszyngtońskiego) nas dotyczy a Kurdów nie, wobec czego w ogóle nie ma o czym gadać. Jeszcze inni przypominają, że rzeczony artykuł dotyczy jednak Turcji, wobec czego za chwilę może się okazać, że prezydent Erdogan zażąda od sojuszników obrony przed Kurdami albo armią Syrii – i co my wtedy zrobimy.

 

Generalnie, to co dzieje się na pograniczu turecko-syryjskim wywołuje niepokój w całej Europie. Tyle, że każdy niepokoi się o co innego. A jeszcze dokładniej, to wszyscy chcą świętego spokoju i wszyscy boją się napływu uchodźców więc przymykają oczy na dzieci poparzone przez bomby fosforowe i modlą się po cichu, żeby Amerykanie załatwili sprawę za nas jak zwykle to robili.

Kłopot w tym, że światowa polityka w XXI wieku gwałtownie się zmienia. Nie zmienia się natomiast jej istota, czyli to, że skuteczność polityczna jest zawsze efektem czegoś co geopolitycy nazywają zdolnością do projekcji siły.

Ale po kolei. Zacznę od naszej sprawy domowej czyli od pytania: przyjdą czy nie przyjdą? Pozostawienie Kurdów samymi sobie przez Donalda Trumpa przypomniało nasze niepokoje o to, czy w razie konfliktu Polska może liczyć na wsparcie sojuszników, a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Zarówno jęk środowisk antytrumpowych jak zapewnienia władz, że chroni nas art. 5 abstrahują od istoty polityki. Stanisław Mackiewicz już 80 lat temu pisał o sojuszach realnych i egzotycznych. Przypadki Gruzji (w 2008 r.) i Kurdystanu (teraz) dowiodły, że obecność wojsk amerykańskich nie stanowi jednoznacznej gwarancji zaangażowania zbrojnego USA w konflikt. Opowieść o tym, że taką gwarancją jest Traktat Waszyngtoński trąci naiwnością. Oczywiście, w razie wojny o wymiarze światowym czy kontynentalnym Amerykanie niemal na pewno przyjdą nam z pomocą. Tyle, że taki konflikt wydaje się mało prawdopodobny. Dużo bardziej realna jest wojna hybrydowa, w której pojawiające się znikąd „zielone ludziki” destabilizują region albo wręcz całe państwo. A później pojawia się oferta. Oczywiście pokojowa. Oczywiście uzgodniona w gronie mocarstw. Podobna do sławetnej „formuły Steinmeira”. I w takim wypadku na interwencję sojusznika lub sojuszników możemy liczyć tylko w jednym wypadku. Jeżeli sojusznik będzie miał w tym swój interes, lub jeżeli mieszkańcy kraju sojuszniczego będą naciskali na swój rząd, żeby się zaangażował.

Inaczej mówiąc, gwarancje bezpieczeństwa Polski to z jednej strony budowanie możliwie stabilnej wspólnoty interesów z Waszyngtonem, a z drugiej intensywne działania PR, które sprawią, że Polska będzie postrzegana jako kraj „dobrych ludzi”, którym trzeba pomagać w potrzebie.

Ani Kurdowie, ani Turcy nie są tak postrzegani przez wyborców amerykańskich na Florydzie czy w Ohio. Zaś interesem amerykańskim jest utrzymanie Ankary w orbicie swoich wpływów. Porzucenie kurdyjskich sojuszników było więc czymś absolutnie oczywistym z punktu widzenia realpolitik.

Ponieważ Polska nie ma Bosforu i Dardaneli, i wbrew przekonaniu naszych entuzjastów geopolityki nie jest jedynym zwornikiem między terenem Rosji a Zachodem, a ekonomicznie też znaczy mniej od Turcji, to pozostaje nam liczyć na to, że konflikt amerykańsko – rosyjski będzie trwały. Tylko wtedy jesteśmy dla USA cennym partnerem.

Problem w tym, że dla USA centrum strategicznych interesów nie jest ani Europa ani Środkowy Wschód. Jest nim basem Pacyfiku i rywalizacja z Chinami.

To drugi powód dla którego USA wycofują się z Syrii. Od co najmniej kilku lat, jeszcze przed nastaniem burzliwej ery Trumpa, politycy europejscy słyszeli ze strony amerykańskiej mniej lub bardziej kategoryczne zachęty, by Europa (szczególnie Francja czy Wielka Brytania) zaangażowała się bardziej w rozwiązywanie problemów Bliskiego i Środkowego Wschodu. Od czasu uruchomienia przemysłowej eksploatacji złóż ropy i gazu łupkowego Amerykanie z największego importera stali się największym eksporterem ropy i gazu ziemnego na świecie. Zatoka Perska przestała być strategicznie ważna dla Ameryki. W gruncie rzeczy jedynym interesem USA w regionie pozostaje utrzymanie parasola bezpieczeństwa nad Izraelem.

Europejczycy puszczali zaproszenia do przejęcia odpowiedzialności mimo uszu. W Brukseli, Berlinie, Paryżu czy Londynie zdawano się nie dostrzegać, że zmienia się model światowej polityki. Że, aby uczestniczyć w grze, nie wystarczy być potężną i bogatą gospodarką, ale należy mieć narzędzia projekcji siły, rozumianej jako siła militarna połączona z gotowością do jej użycia.

Europa tymczasem zachowywała się jak bogaty sklepikarz, który opłaca się reketerom licząc na święty spokój i dotrwanie do emerytury. Na kolejne fale uchodźców Europejczycy reagowali waśniami we własnym domu i próbami opłacenia czy to Turcji czy Saudów czy przeróżnych organizacji bandyckich na Bliskim Wschodzie, żeby w naszym interesie, bo nie w imieniu – Broń Boże – tych uchodźców, albo zamknęli w obozach albo dyskretnie wymordowali. „Tylko róbcie to tak, żeby nie było skandalu”, podpowiadali europejscy dyplomaci. Równocześnie ostentacyjnie rezygnując z prób wpływania na tok wydarzeń w ogarniętym wojnami regionie.

Polityka nie znosi próżni. Skoro Europa ogłosiła desinteressement, skoro Amerykanie chcieli się wycofać, to pojawili się chętni do zagospodarowania tego tortu. Takich kandydatów było co najmniej trzech. Najsolidniejszy w sensie militarnym i politycznym okazał się Władimir Putin. Nasi „specjaliści” wieszczyli, że pojawienie się Rosjan w Syrii nieuchronnie doprowadzi do eskalacji konfliktu pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem. W końcu Rosjanie przyjechali pomagać prezydentowi Asadowi, którego Amerykanie i Turcy chcieli obalić wspierając powstanie przeciwko niemu, będące początkiem konfliktu w Syrii. Szybko okazało się, iż wojska rosyjskie niezwykle sprawnie gaszą kolejne ogniska wojen i konfliktów. Putin ma pożądaną wojenkę kolonialną, która względnie niewielkim kosztem wzmacnia jego autorytet w kraju i za granicą. A Amerykanie mogą bez ryzyka nowego wybuchu aktywności ISIS, krok po kroku ograniczać swoją obecność wojskową.

Waszyngton ma dodatkowo znakomitą wymówkę. Bo do podziału masy upadłościowej po dawnym Bliskim Wschodzie zgłosili się Turcy.

To jest kolejne europejskie i polskie zaniechanie intelektualne. Powarkujemy – w Polsce opozycja, w Brukseli mainstream – na okropne, autorytarne zapędy prezydenta Erdogana, bez zrozumienia, że to nie jest kwestia złego charakteru tureckiego lidera tylko fragment większego pakietu. Turcja po prawie stu latach dokonała strategicznego zwrotu. Od czasu rewolucji Kemala Ataturka celem Ankary było zbliżenie do Zachodu. Członkostwo w Unii Europejskiej, bycie możliwie najlepszym sojusznikiem w NATO, prawa kobiet, ograniczenie muzułmańskiego fundamentalizmu – to był zestaw celów Turcji kemalistowskiej. Celów których gwarantem miała być armia – bardzo mocno związana z Ameryką.

Turcja Erdogana powróciła do polityki osmańskiej. Czyli do koncentrowania swojej uwagi na południu i wschodzie. Oraz do ambicji przewodzenia światu muzułmańskiemu. Erdogan ani nie nalega na to, by przyspieszać negocjacje w kwestii członkostwa Turcji w UE. Szczerze mówiąc, chyba nie ma na to ochoty. Ani nie przejmuje się osłabieniem sojuszu z USA. Kupuje rakiety z Rosji, pogłębia flirt z Chinami a równocześnie stara się wyjąć z rosyjskiej strefy wpływów Azerbejdżan i część Azji Środkowej. Przede wszystkim jednak stara się wrócić na Bliski Wschód. Warto pamiętać, że Turcja osmańska jest dużo bardziej życzliwa Kurdom od kemalistowskiej. Spora część ludności kurdyjskiej do niedawna głosowała na AKP – partię Erdogana. Podpisano nawet kilka porozumień gwarantujących Kurdom ich prawa. Do czasu. Kiedy w Iraku i Syrii zaczęły powstawać kurdyjskie organizmy parapaństwowe, Turcja się zaniepokoiła. Ale nie przesadzajmy, żądanie stworzenia strefy bezpieczeństwa w Syrii na początku odrzucone a w końcu zaakceptowane przez Amerykanów jest tyleż próbą postawienia bariery przed kurdyjskimi irredentystami, ile zamysłem trwałego osadzenia Turcji w Syrii jako kluczowego gracza w rozgrywkach o przyszłość Bliskiego Wschodu. Pomysł przesiedlenia uchodźców syryjskich – systematycznie indoktrynowanych przez Turcję – do owej strefy jest powrotem do polityki sułtanów.

Trzecim graczem zainteresowanym przejęciem schedy po Pax Americana na Bliskim Wschodzie jest oczywiście Iran. Persowie podobnie jak Turcja i Arabia Saudyjska aspirują do przejęcia przywództwa w świecie Islamu. Podobnie jak Turcję, położenie geograficzne i historia predestynują Iran do odgrywania roli mocarstwowej w regionie. O ile Turcja (mimo ostrych sporów) może liczyć na wsparcie amerykańskie, o ile Arabia Saudyjska jest w istocie uzależniona od USA, o tyle Iran zabiega o pogłębienie zaangażowania rosyjskiego i chińskiego. A pamiętajmy o kwestii kluczowej. Polityka to gra realnych interesów. Otóż spośród mocarstw światowych realne interesy w regionie mają przede wszystkim Chiny. Rosjanie rozgrywają w istocie grę PR na użytek wewnętrzny, Amerykanie chcą się wycofać zachowując kontrolę nad szlakami morskimi i parasol nad Izraelem. A Chiny? Chiny tak jak USA 50 lat temu są uzależnione od ropy z Zatoki. Mają najwięcej determinacji w walce o wpływy. Tę determinację powinna mieć także Europa. Ale Europy na Środkowym Wschodzie nie ma.