Państwo i Prawo
Szczepionka, czyli kalkulacja ryzyka
Łukasz Warzecha 14.12.2020

Na blogu WEI wielokrotnie zajmowałem się kwestią gotowości do akceptacji ryzyka. Stawiałem tezę, że współczesnego człowieka oduczono godzenia się z tym, że ryzyko jest naturalną częścią ludzkiego życia, zaś rządy na tym żerują, gwarantując bezpieczeństwo w zamian za pozbywanie się kolejnych obszarów wolności.

 

Tu szczególnie ciekawym przypadkiem jest szczepionka. Poddanie się szczepieniu zawsze jest związane z jakimś ryzykiem, podobnie zresztą jak zażycie jakiegokolwiek leku. Rzecz jasna, im bardziej lek znany i przebadany, tym więcej wiadomo o związanych z nim ryzykach. O tym, dlaczego w przypadku szczepionek na SARS-CoV-2 te ryzyka są prawdopodobnie większe niż w przypadku innych szczepionek, wiele już napisano. Ja sam stawiałem wiele pytań – między innymi na swoim wideoblogu. Nie miejsce tu, żeby wchodzić w detale. Dość, że raczej zasadna percepcja znacznej części Polaków jest dzisiaj taka, że mamy do czynienia z substancjami zbadanymi gorzej niż przeciętna szczepionka, a zarazem z próbą wprowadzenia miękkiego przymusu państwa, co w naturalny sposób rodzi podejrzliwość. 

Racjonalnie rzecz biorąc, skoro jednak szczepienie mimo wszystko ma być dobrowolne, przynajmniej oficjalnie, każdy powinien samodzielnie dokonać kalkulacji ryzyka. Po jednej stronie mamy swój stan zdrowia, wiek, przebyte choroby i łączące się z tym prawdopodobieństwo zakażenia, ciężkiego przebiegu, nawet śmierci. Mamy także – choć tu już sytuacja nie jest jasna – kwestię ochrony naszych bliskich lub innych osób, z którymi się stykamy. Nie wiadomo jednak – brakuje jasnych informacji w tej sprawie – czy szczepionka faktycznie przerywa transmisję wirusa. Taką opowieść serwują nam rządzący, ale eksperci nie są już jednego zdania. 

Po drugiej stronie mamy ryzyka związane ze wzięciem szczepionki. Są wśród nich wszelkiego rodzaju krótkotrwałe i mało uciążliwe skutki uboczne, opisane przez firmy produkujące preparaty. Lecz są też inne, niewyjaśnione dobrze kwestie: reakcje z innymi lekami (aczkolwiek rząd twierdzi, że nie ma tu przeciwwskazań), wpływ na płodność, alergie. Powinno być też całkowicie jasne, że przy gigantycznej skali szczepień (niekoniecznie w Polsce, ale w ogóle na świecie) prawem zwykłej statystyki NOP-y będą się pojawiać. Pytanie brzmi – na razie bez odpowiedzi – czy będzie ich statystycznie więcej niż w przypadku szczepionek opracowywanych w normalnym, wieloletnim trybie prac. 

Do rachunku ryzyka, sporządzanego racjonalnie, należałoby również dodać brak wygodnego i przyjaznego rozwiązania prawnego w Polsce pozwalającego dochodzić odszkodowania w przypadku komplikacji. Funduszu dla osób z NOP w naszym kraju nie ma i chyba na razie nie będzie. Jak wyjaśnia Centrum Informacyjne Rządu – można dochodzić swoich roszczeń „na zasadach ogólnych”. Oznacza to, że poszkodowany musiałby udowodnić producentowi szczepionki (lub skarbowi państwa – bo w związku z klauzulą indemnizacyjną to on być może musiałby zostać pozwany; to kolejna kwestia, która nie została przejrzyście wyjaśniona) zaniedbanie i jego związek ze swoją przypadłością. Rzecz praktycznie nie do zrobienia bez armii sowicie opłacanych prawników. Trzeba zatem założyć, że ewentualnego odszkodowania po prostu nie uda się w razie problemów zyskać. 

Po przekalkulowaniu ryzyk moglibyśmy podjąć racjonalną decyzję. Możemy także całkiem racjonalnie uznać, że ryzyko zmniejsza się z czasem, w miarę, jak coraz więcej informacji o efektach szczepionek na SARS-CoV-2 będzie dostępnych. Czyli że szczepienie – tak, ale na przykład dopiero po roku od rozpoczęcia akcji. 

Zwracam tu jednak uwagę na bardzo interesujący ustęp w Narodowym (tak, bo wszystko przy tej władzy musi być „narodowe”) Programie Szczepień. Został on zwarty w rozdziale o procesie dopuszczenia szczepionek do obrotu. Czytamy tam o trzech etapach tego procesu. Trzeci z nich to warunkowe dopuszczenie do obrotu:

 

Jeżeli zgodnie z opinią CHMP [The Committee for Medicinal Products for Human Use, część Europejskiej Agencji Leków] m.in. stosunek korzyści do ryzyka jest pozytywny oraz korzyści dla zdrowia publicznego wynikające z natychmiastowej dostępności produktu leczniczego na rynku przeważają nad ryzykiem wynikającym z potrzeby uzyskania dalszych danych, może zostać przyznane pozwolenie warunkowe.

 

Ten fragment jest bardzo ważny. Pokazuje on bowiem, z jakiej perspektywy podejmowana jest decyzja o dopuszczeniu szczepionek do obrotu. Mamy tutaj – całkiem naturalne dla organów działających na poziomie państw czy organizacji ponadpaństwowych – spojrzenie całościowe. Mowa jest o rachunku zysków i strat w skali makro, a nie mikro. Korzyści dla zdrowia publicznego mają przeważać nad ryzykiem. Co to oznacza? Że dokonywany na poziomie całej populacji rachunek może uwzględniać znaczącą liczbę poszkodowanych, ale gdy weźmie się pod uwagę całościową korzyść – czyli na przykład możliwość ponownego pełnego uruchomienia gospodarki, co według rządów ma zależeć właśnie od przyjmowania szczepionki – to bilans mimo wszystko wychodzi na korzyść. 

Z indywidualnego punktu widzenia natomiast wygląda to jednak inaczej. Może się bowiem okazać, że indywidualne ryzyko związane z przyjęciem szczepionki jest znacząco wyższe niż w przypadku szczepionek opracowywanych w dłuższym czasie – a w takim razie bilans korzyści i strat z punktu widzenia poszczególnych osób nie jest już oczywisty. Żeby go jednak dobrze ocenić, musielibyśmy poznać dokładne dane o ryzyku, wyliczanym na poziomie CHMP i następnie przełożyć je sobie na naszą indywidualną sytuację. 

Co zatem robić, gdy takich danych nie mamy? Ich brak to też jakaś forma ryzyka, które trzeba uwzględnić. Mamy natomiast dane o rezultatach prób klinicznych i pojawiające się co jakiś czas informacje o efektach już podawanych szczepionek. 

Przede wszystkim jednak odpowiedzią jest kierunek liberalny: postawienie na decyzję samego zainteresowanego. Nie przyjęto go niestety w przypadku lockdownów. Tam mamy przymusowe zamknięcie gospodarki i ludzi, uzasadniane tym, że trzeba zmniejszyć ryzyko zdrowotne. Ten przymus generuje potężne koszty dla nas wszystkich, a jego ostateczny bilans – jak wielokrotnie pisałem – jest dramatyczny. Zarówno gospodarczy, jak i psychologiczny. 

Przy szczepieniach nie mamy formalnego przymusu (abstrahuję od kwestii rządowych zachęt, które budzą gigantyczne wątpliwości – na przykład zapowiadany preferencyjny dostęp do państwowej opieki medycznej), przyjmijmy zatem, że możemy – inaczej niż w przypadku lockdownu – podjąć decyzję sami. I to jest dobre rozwiązanie. Od nas tylko zależy, do jakiego stopnia przyjmiemy dość siermiężną wspólnotową argumentację rządu. Możemy przecież uznać ją za zasadną. Od nas zależy, jak przekalkulujemy sobie indywidualne ryzyko. Powinniśmy tylko pamiętać, czyniąc to, że gremia, które decydowały o dopuszczeniu szczepionek na rynek, analizowały sprawę z całkiem odmiennego punktu widzenia.