Szczyt niepewności – przypraworządnili czy nie przypraworządnili
Dariusz Matuszak 22.07.2020

Skończyli obradować i ustalili, że podzielą to, czego nie mają, ale mają mieć. Z tym, że nie na pewno. O co się kłócili na unijnym szczycie opisywał nie będę, bo robią to inni. W końcu wymyślili to, co wymyślają zawsze, czyli „mądry kompromis” i dali to, co zawsze dają, czyli „potężny impuls”. Kilkadziesiąt miliardów w te lub w tamte, na takich czy innych warunkach, to ważne, ale to tylko detale. W tumulcie i opisach kłótni umyka pełen obraz, a ten jest bardzo ponury. Wszyscy skłóceni ze wszystkimi i ma się na masowy rozwód.

 

Nas interesuje najbardziej to czy wprowadzono szaleńczy pomysł uzależnienia dostępu do unijnych środków od przestrzegania praworządności w takiej formie, jak ją pojmują eurokraci, czy nie wprowadzono. Tego to akurat nie wie nikt. Jedni twierdzą, że tak, inni że nie, jeszcze inni, że owszem, ale nie na pewno, albo w formie takiej, że nie da się go egzekwować. Trwa kłótnia o interpretacje odpowiednich zapisów. Rozpoczęła się godzinę po tym jak powstały. Jeśli ktoś jest przeciwnikiem PiS to wie, że zasadę wprowadzono, ale jeśli już np. Szwedem, albo Hiszpanem i słucha tamtejszych mediów i polityków, to jest głęboko rozczarowany, że nie. Co ma sobie myśleć szwedzki, albo hiszpański przeciwnik PiS, to ja nawet nie chce myśleć.

W skrócie wygląda to tak, że nie wiadomo kto miałby podejmować konkretne decyzje o tym, że kurek z pieniędzmi jest zakręcony z powodu łamania praworządności. Jeśli Rada Unii Europejskiej, to w niej wystarczy kwalifikowana większość głosów. Jeśli zaś ostatecznie Rada Europejska, to tam potrzebna jest jednomyślność. Na liberum veto to my się znamy jak mało kto, więc w razie czego Polska zawsze może zablokować decyzje, że Polska ma pieniędzy nie dostać.

Jedno jest pewne – kłótnia o to czy obowiązuje klauzula o uzależnianiu dostępu do funduszy od przestrzegania domniemanej praworządności będzie trwała przez lata.

Dyskusja na jej temat w Polsce jest bardzo trudna. Kto bowiem jest jej przeciwny, ten automatycznie musi popierać PiS i o praworządność nie dbać. Trudno, co robić. Uznaję ową klauzulę za groźną, szkodliwą i groteskową. Na wielu poziomach.

Otóż przede wszystkim nie chodzi o żadną praworządność, tylko o przypisywanie sobie prawem kaduka kompetencji, których żaden z organów Unii nie posiada. Stąd zresztą ten mętny zapis, który przyjęto. Z żadnych unijnych przepisów klauzuli zależności: praworządność = pieniądze nie da się wywieść, więc trzeba je wyinterpretować z odmętów urzędniczych dyskusji eurokratów. I perorowania na sali Parlamentu Europejskiego. Tak czy owak, klauzula ma być pałką na te kraje, gdzie władze sprawują nieprawidłowe rządy, które nie dość spiesznie pędzą w europejskim wyścigu o postęp. Najgłośniejszymi heroldami są przedstawiciele tych państw, w których rządzi lewica wagi ciężkiej. Nie jakaś tam mdła w socjaldemokratycznym wydaniu, ale taka niemal rewolucyjna marksistowska jak w Hiszpanii, czy Włoszech. Największym orędownikiem jest Juan Fernando Lopez Aguilar, były hiszpański minister sprawiedliwości, a teraz szef LIBE Komisji ds. Wolności Obywatelskich i Sprawiedliwości Parlamentu Europejskiego. Socjalista z kraju, gdzie socjaliści rządzą, gdzie są więźniowie polityczni, i który lekceważy wyroki TSUE. Podobnie jak Włoch Sassoli szef Parlamentu Europejskiego, który wbrew wyrokowi Trybunału unieważnił mandaty europosłów hiszpańskim więźniom politycznym.

Kiedy podpisywano porozumienia o rozdziale pieniędzy i praworządności, to właśnie ukazał się raport mówiący o tym, iż Niemcy od 30 lat łamią kryteria dotyczące sprzedaży broni. Jako jeden z czołowych handlarzy bronią na świecie Niemcy sprzedają ją tam, gdzie łamane są prawa człowieka. I to proszę Państwa jest bardzo rentowne. Znacznie bardziej niż sprzedaż broni tam, gdzie jej nie trzeba. Tak więc Niemcy ślą ją masowo na Bliski i Wschód i np. do Jemenu, albo Libii, czyli tam gdzie się dość szybko zużywa i wciąż potrzeba nówek sztuk. To przypomina mi trochę historię czołgów III Rzeszy, którymi Syria w 1967 roku zaatakowała Izrael. Swe zdobycze wojenne sprzedały Francja i Czechosłowacja. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Ustalmy też: nikt z Komisji Europejskiej łącznie ze słynną wiceprzewodniczącą Jourovą nie ma bladego pojęcia czy w Polsce jest łamana praworządność, czy nie. Tymczasem to właśnie owa Komisja miałaby orzekać i karać blokowaniem dostępu do funduszy. Nikt nigdy nie słyszał o tym, by zajęto się praworządnością w Hiszpanii, Włoszech, Francji czy Niemczech gdzie np. wprost z gabinetów politycznych przechodzi się do Trybunału Konstytucyjnego. Jak wygląda praworządność i demokratyczny porządek nad Sekwaną, to sobie każdy w każdy weekend może obejrzeć, bo będzie transmisja live z rozruchów i walk na ulicach.

Generalnie jest coś niesłychanie aroganckiego i pysznego w tym, by to eurokraci wbrew obywatelom poszczególnych państw sami sobie orzekali czy w danym kraju jest praworządnie, czy nie. Inaczej mówiąc, wy tam głupi Polacy wybieracie sobie głupią, łamiącą prawo władzę, więc my w Brukseli wam to naprostujemy i kurek z pieniędzmi zakręcimy.

Ja rozumiem te wszystkie opowieści o praworządności, o wartościach europejskich etc., tyle, że w nie zupełnie nie wierzę. To tylko slogany na propagandowe potrzeby.

Jest też aspekt praktyczny. Wyobrażam sobie, że z jakichś tam powodów ktoś tam orzeknie, że w jakiś tam państwie jest niepraworządnie, więc kurek z pieniędzmi zakręci. I co dalej? Dany kraj się podporządkuje, podkuli ogon oczekując na kolejne ciosy i wtrącanie się w jego wewnętrzne sprawy? A może się postawi i zablokuje wpłaty składek? Jaki sens będzie miało członkostwo w Unii – organizacji, gdzie nawet nie będzie miało się dostępu do wpłacanych przez siebie pieniędzy i wpływu na podejmowane decyzje. Komisja LIBE proponuje pozbawienie Polski prawa głosu w Radzie Europejskiej. A więc bez pieniędzy i bez głosu. Chyba też nikt nie wyobraża sobie, że ktoś w Brukseli powie, że od łamiących prawo składek nie bierzemy, bo takie brudne pieniądze to nas brzydzą. Jeśli raz ten mechanizm zostanie uruchomiony – uzależniania pieniędzy od posłuszeństwa, to już nigdy się nie da go zatrzymać. Drogi są dwie: albo całkowite podporządkowanie się Brukseli, albo rozpad, bo na kary unijne poszczególne państwa będą odpowiadały własnymi działaniami jak chociażby wspomniane wstrzymanie składek. Eskalacja będzie nieuchronna – cios za cios.

Zdumiewający jest tez sam fakt, że komukolwiek teraz w Brukseli chce się zajmować jakąś tam praworządnością w Polsce czy na Węgrzech. Dla mnie to kolejny dowód na nieczyste intencje, bo są sprawy znacznie ważniejsze i najważniejsza – przetrwanie gospodarek poszczególnych państw. O ile to, co napisałem powyżej, można zbyć wzruszeniem ramion i skwitować tym, że jestem pisowcem i przeciwnikiem Unii (to ostatnie akurat się zgadza), więc patrzę na to przez jakieś okulary ideolo, to jednak nic nie zmieni faktu, że Wspólnota stoi w obliczu możliwej wielkiej klęski. Furczą w powietrzu miliardy, biliony przyszłych euro, które skądś się tam wezmą, tymczasem Europejczycy za chwilę nie będą mieli co do gara włożyć, tak jak w Grecji. I to nie jest figura retoryczna. Jeżeli sprawdzą się prognozy ekonomiczne Komisji Europejskiej, to w wariancie optymistycznym PKB takich krajów jak Hiszpania, Grecja, Portugalia, Włochy, Francja, Chorwacja skurczą się o 11 procent. A są i przewidywania mówiące o spadku o 15 procent. Dla wszystkich tych krajów, oprócz Chorwacji, nawet przy najlepszym scenariuszu oznacza to cofnięcie się do poziomu z roku 2003 i to zarówno jeśli chodzi o PKB, jak i w przeliczeniu na głowę. Czyli do czasów sprzed rozszerzenia Wspólnoty o Polskę i inne kraje bloku postsowieckiego, co dało wielki impuls do rozwoju starej Unii, której otworzył się rynek 75 milionów ludzi. Dwie całkowicie stracone dekady. Żaden z tych krajów 11 lat po kryzysie finansowym nie osiągnął w roku 2019 poziomu z roku 2008, a teraz wszystko jeszcze runie pod ciężarem pandemii. Zrozumiała była więc walka na unijnym szczycie o pieniądze z drukarek. Nie można się dziwić Hiszpanom, Włochom czy Francuzom, którzy mówili o ostatniej szansie, ale też Holandii, Austrii, czy Szwecji, które nie mają ochoty żyrować gigantycznych pożyczek, czy fundować darmowych kolacji.

Jakiekolwiek rozstrzygnięcia nie padną, sumy się na stole nie pojawią, to i tak już wiadomo, że pękły wszystkie bariery bezpieczeństwa, jak choćby te związane z poziomem zadłużenia. I tak wcześniej lekce je sobie ważono, teraz zaś pedały hamulców zostaną już całkowicie wymontowane. Między bajki można sobie włożyć prognozy na kolejne lata, a wszelkie plany finansowe na przyszłość to już nawet nie zamki na piasku, tylko z wody, albo co najwyżej z kiślu W tym kontekście widać chociażby absurdalność układania unijnego budżetu na 7 lat.

Pandemia jest tragedią niezawinioną, choć można oczywiście oceniać reakcje na nią, ale to, że nie potrafiono się odbudować po kryzysie 2008 roku, to już wina poszczególnych państw i w znacznej mierze samej Unii jako spajającej je instytucji. Na kwestie badania i oceniania praworządności można więc spojrzeć też z tej perspektywy. Oto ludzie, którzy zupełnie nie poradzili sobie z problemami własnych krajów, jako choćby Charles Michel, były premier mniejszościowego, w praktyce nieistniejącego rządu socjalistów w Belgii, a teraz szef Rady Europejskiej, mieliby zajmować się Polską. Mamy do czynienia z fundamentalnym problemem braku wiarogodności. Nie wiem jak można mieć zaufanie do ich zdolności racjonalnego oceniania rzeczywistości i podejmowania odpowiednich działań. Jak nie daj Bóg miałbym iść do dentysty, to nie wybiorę sobie tak szczerbatego, jakby 11 sezonów w mistrzostwach świata otwierania zębami butelek z piwem startował. Dokładnie taki sam problem mamy z unijnymi arbitrami od praworządności. Nawet nie chodzi o to, że w tych rożnych krajach unijnych prawo jest permanentnie łamane, więc mamy do czynienia z wielka hipokryzją. Chodzi też o to, że eurokraci, którzy akurat w tym sezonie w Brukseli siedzą jak ów Michel, czy Von der Leyen, która ma postępowanie przed komisją Bundestagu, kompletnie z niczym sobie nie radzą. Oddawanie pod osąd takich osób kwestii praworządności jest absurdalne. To jednak nie tylko problem z unijnymi urzędnikami ale ze Wspólnotą jako całością, która składa się z krajów, które same siebie doprowadziły na skraj katastrofy, czego dowodem jest kilkunastoletnie pełzanie w rozwoju gospodarczym. W tym kontekście być może to absurdalne zajmowanie się przez nieudaczników innymi krajami ma jednak sens. Chodzi wszak o pieniądze, które dopiero mają mieć. A co jeśli ich zabraknie, bo wszystkie przewidywania im się posypią i kochane pieniążki spływać do Unii nie będą? Składki są wszak od PKB uzależnione. A jak np. ktoś przestanie spłacać bajońskie sumy pożyczek etc.? Wtedy taki mechanizm oszczędnościowy zwany „praworządnościowym” może okazać się bardzo przydatny. Brakuje kochanych pieniążków, to dawaj – wszczynamy procedurę o praw łamaniu i oszczędności same się znajdują.