Szlachetny pudel i dobra czynienie
Dariusz Matuszak 20.10.2019

Strzeżcie się książek. Ukazują one tylko połowę historii. Jeśli kiedykolwiek jaki biedny kaleka poprosi was o pomoc, a wy będziecie mieli wątpliwość co do rezultatów, jakie może mieć wasz dobry uczynek, zachowajcie swe wątpliwości przy sobie, a proszącego o pomoc — zabijcie.
Z tymi słowy obrócił się twarzą ku ścianie i wydał ostatnie tchnienie”
– tak kończy się humoreska Marka Twaina „Szlachetny pudel” o dobrym lekarzu, który postanowił wyleczyć psa ze złamaną łapą, przez co sam skonał na wściekliznę. Pudel-znajda przyprowadzał bowiem do niego kolejne chore, bezpańskie psy. Kiedy po kolejnych dobroczynnych akcjach pod jego domem pojawiło się ciągnące się po horyzont stado czworonogów doprowadzony do desperacji lekarz sięgnął po strzelbę, ale został ugryziony przez owego pierwszego pudla, który okazał się chory na wściekliznę.

 

To krótkie opowiadanie Twaina świetnie ilustruje tezy postawione przez znanego przedsiębiorcą i filantropa Macieja Radziwiłła (Prezes Zarządu Fundacji Książąt Czartoryskich) w czasie debaty poświęconej dobroczynności, która odbyła się w „Galerii Delfina” Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego. Najsmutniejszą konstatacją owej dyskusji (czym zaskoczony nie byłem) okazało się to, iż wiecznie obdarowywani, tak się przyzwyczają do życia na cudzy koszt, że gdy tylko przestanie się im pomagać, to nie tylko zapomną o wszelkiej wdzięczności, ale obsobaczą i zaczną żywic niczym niezmąconą nienawiść do swego darczyńcy.

Generalnie z filantropią w Polsce słabo jest. Na 145 krajów sklasyfikowanych w Rankingu Dobroczynności znajdujemy się dopiero na 107 miejscu. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele i zapewne głównym z nich nie jest to, iż jako nacja obdarzeni jesteśmy kamiennymi sercami. Według mnie, tylko sobie tak mniemam, jedną z przyczyn jest nasze ubóstwo. I nie chodzi tu o to, że mało zarabiamy, ile o to, że jako społeczeństwo nie mamy praktycznie żadnego majątku i ciągle zaczynamy od zera. Pewnie teraz dopiero mamy dorosłe pokolenie, które rzeczywiście coś trwałego, wartościowego po swych rodzicach odziedziczyć. Choć nasze zarobki możemy porównać z tymi Greków, czy Portugalczyków, to jednak polskie rodziny nie maja majątków zgromadzonych przez przeszłe pokolenia. Dopiero się dorabiamy jako społeczeństwo, a nie pojedynczy obywatele.

Teologia moralna uznaje ordo caritatis – porządek miłowania, a w tym przypadku raczej czynienia dobra. Moralnym jest najpierw zadbać o swą rodzinę, potem o najbliższą wspólnotę, a dopiero gdzieś na końcu o anonimowych potrzebujących. Nawet jeśli nie potrafimy tego opisać tak, jak nauka Kościoła, to instynktownie każdy wie, że ma powinność w pierwszym rzędzie troszczyć się o swe dzieci itd. I to jest dobre.

Argumenty na to przedstawił m.in. wspomniany Maciej Radziwiłł, który mówił, że dobroczynność nie może być tylko odruchem serca, ale przemyślanym działaniem mającym przynieść dodatkowe korzyści poza zwykłym udzieleniem pomocy. Inaczej mówiąc dobroczynność musi pracować. Kiedy nie zabezpieczymy potrzeb tej najbliższej wspólnoty, którą jest np. rodzina, kiedy nie uzyskamy komfortu polegającego na pełnym poczuciu bezpieczeństwa, możemy się kierować odruchami serca wobec potrzeb innych, ale zwyczajnie nie stać nas na systematyczną działalność w tym obszarze.

Jest jeszcze jeden aspekt pracy owych dobrych uczynków. One muszą mobilizować obdarowanych. Maciej Radziwiłł opowiedział mi o księdzu na Białorusi, któremu pomaga. Polscy parafianie marzyli o tym, by wreszcie po 100 latach usłyszeć głos dzwonu, który przywołuje wspólnotę. Dzwon dostali, ale sami zbudowali wieżę kościelną, na której go zawieszono.

Kolejnym powodem, dla którego tak słabo u nas z dobroczynnością jest to, że mamy bardzo niechętne, żeby nie powiedzieć podejrzliwe, podejście do pracy społecznej. Mówił o tym Michał Lipiński, dyrektor Konkursu “Teraz Polska”. Czynienie dobra nie polega tylko na obdarowywaniu, ale też na pracy na rzecz innych. Być może to komuna zabiła w nas społecznikostwo, chęć udzielania się, poświęcania, nie w bohaterskich zrywach, ale w codziennej, żmudnej mało efektownej pracy.

Chęć i potrzeba pracy na rzecz innych przetrwała tam, gdzie jest tradycja, silne więzi wspólnotowe, dobrze zdefiniowana i pielęgnowana tożsamość, szacunek dla dorobku pokoleń, rozumianego też jako kultura, czy obyczaj. W uproszczeniu można powiedzieć, że tam gdzie są konserwatywne wartości. Kilka razy w Boże Ciało zdarzyło mi się być w Bukowinie Tatrzańskiej. Dzień przed świętem wszyscy sprzątają swoją wieś. Ochotnicza Straż Pożarna zmywa wodą chodniki i jezdnie. Dzieciaki zamiatają wokół obejścia i miejsca, które są przestrzenią wspólną. Każdy płot, każdy dom jest udekorowany. To nie jest tylko przygotowanie na religijne święto, ale też praca dobroczynna na rzecz wspólnoty.

Porozrywani historią, często wykorzenieni, porozrzucani po często przypadkowych miejscach nie zbudowaliśmy silnego poczucia wspólnoty, więc nie dziwi mnie to, że niechętnie udzielamy się na zewnątrz.

Z badań przedstawionych przez Tomasza Barana, jednego z partnerów panelu badawczego Ariadna wynika, że Polacy uważają, że bogaci mają moralny obowiązek przekazywać część swych pieniędzy na cele dobroczynne. Tak sądzi 55% z nas. Aż 66% twierdzi, że zamożni albo wcale, albo zbyt mało się angażują. Tymczasem Maciej Radziwiłł wskazał, iż czynienie dobra nie może być pochodną poziomu zamożności. Moralny obowiązek filantropii mają wszyscy niezależnie od zasobności swych kieszeni. Oczywiście ona może być proporcjonalna w swym wymiarze materialnym, ale nie w wymowności gestu. Prawdziwą dobroczynnością jest oddanie bliźniemu jednego ze swych dwóch płaszczy, a nie jednego z pięćdziesięciu – uważa Maciej Radziwiłł. Zresztą, przedsiębiorca dość skąpo szafuje pojęciami: dobroczynność, czy filantropia. To co my często uważamy za działalność charytatywną, on uznaje jako formę wyrafinowanej konsumpcji. Ot, wielu kupuje sobie w ten sposób lepsze samopoczucie. I według mnie to też jest dobre. Wskazuje, że chęć czynienia dobra jest jednak immanentną, wręcz wynikającą z instynktu cechą natury ludzkiej. Wyobraźmy sobie, że po spełnieniu dobrego uczynku czujemy się gorzej.

Wszyscy trzej paneliści wskazali na jedną rzecz – budowanie socjalnego, wręcz socjalistycznego państwa, które chce mieć monopol na „czynienie dobra”. Co więcej rządzący, i to nie tylko obecna ekipa, zazdrośnie strzegą swej pozycji i uprzywilejowania także w tym obszarze. W niczym filantropom nie pomogą. Rzucają nam, obywatelom tylko ochłapy, by mamić nas poczuciem, iż działamy charytatywnie. Nie jest żadną dobroczynnością przeznaczanie 1% podatku na wskazany przez siebie samego cel. Jak ktoś słusznie zauważył obdarowujemy fundacje, domy dziecka, hospicja etc. pieniędzmi, które i tak nie są nasze, bo zabrało nam je państwo.

Państwo kreuje się na opiekuńcze, udaje, że czyni dobro zajmując się potrzebami ludzi. Otóż nie, jest dokładnie odwrotnie. Samo pojęcie państwo „opiekuńcze” jest obłudne i aroganckie. Pokazuje tylko pychę władców i ich urzędników. Rolą państwa nie jest opiekowanie się obywatelami. Jest coś uwłaczającego w tej supozycji, że wolni ludzie nie mogą zatroszczyć się sami o siebie i potrzebują jakiejś zewnętrznej mocy, która o nich zadba, pomoże, poprowadzi. Obywatele są traktowani jak bezradne, jeszcze nierozwinięte dzieci, którymi mamusia i tatuś muszą się zaopiekować. Albo jak chorzy. Wspólnota ma moralny obowiązek dbać o jednostki, które sobie nie radzą. Ale to nie znaczy, że mamy przyjmować model państwa, w którym nie radzą sobie wszyscy.

Państwo powinno działać jak wynajęta instytucja świadcząca usługi, za które obywatele mu płacą podatkami. Żadnym aktem dobroci nie jest wywiązywanie się z tego obowiązku. Urzędnik przyznający rentę, nie działa filantropijni, nie czyni żadnego dobra. On zwyczajnie pracuje za co mu się płaci. Podobnie jak strażak, który gasi. Suma tych wszystkich podobnych czynności, procedur etc. jest działalnością państwa i jako taka nie może być uznana za dobroczynną. Tymczasem władza od 30 lat stara nam się wmówić, że właśnie tak jest. Nie ma żadnego czynienia dobra, odruchu serca w tym, że ludziom rozda się pieniądze, w postaci np. 500+, kiedy im się je wcześniej zabrało. Żaden poseł, który podniósł rękę za tym rozrzucanym na ślepo socjalem dobrego uczynku nie spełnił. Maciej Radziwiłł mówił o kupowaniu sobie dobrego samopoczucia. W tym przypadku jest jeszcze gorzej. Władcy kupują sobie głosy poddanych i uzależniają ich od siebie.

To nie jest jakiś polski fenomen. Od czterdziestu lat tak działają zachodnie welfare states, a teraz my staramy się naśladować model, który na naszych oczach rozpada się i niesie państwom katastrofę. Choćby w postaci zerwania więzi społecznych, czy kryzysu demograficznego. Osławiona Szwecja, która jakoby jest niedoścignionym wzorem, jeszcze na początku lat 90. była najbogatszym państwem świata (licząc Produkt Krajowy Brutto na głowę). Dziś jest w trzeciej dziesiątce. (Problemy jakie trawią ten skandynawski raj to temat na wiele innych tekstów).

O tym do jakiej katastrofy prowadzi owa opiekuńcza, czy dobroczynna działalność instytucji władzy najlepiej widać w Stanach Zjednoczonych. O ile przy porównywaniu sytuacji poszczególnych państw należy uwzględniać kulturę, historię, obyczaje, religię i wiele innych czynników, które wpływają na ostateczny rezultat, tak w przypadku USA mamy do czynienia z organizmem właściwie jednorodnym, o tej samej przeszłości, potencjale etc. na całym swym obszarze. Zmienna jest głównie to gdzie kto rządzi, czy w stanie, mieście etc. Republikanie, czy Demokraci.

Tam gdzie od dziesiątków lat władze sprawują ci ostatni, mamy do czynienia z zapaścią na miarę Trzeciego Świata. Owo czynienie dobra przez władzę w postaci zasiłków, bonów żywnościowych, taniego subsydiowanego budownictwa mieszkaniowego, dopłat do komunikacji publicznej, czynszów, rozbudowanej „darmowej” opieki medycznej doprowadziło kwitnące metropolie do prawdziwego upadku i największych różnic w poziomie zamożności. Kalifornia, gdzie PKB na głowę należy do najwyższych w USA ma poziom ubóstwa taki jak najbiedniejszy stan USA – Missisipi. Wielkie metropolie, które były oazami zamożności – jak Los Angeles, San Francisco, czy Baltimore, Detroit, to getta biedy z enklawami ogromnego bogactwa. Jak w Ameryce Południowej i Środkowej, gdzie blisko murów luksusowych osiedli i rezydencji w kartonach śpią bezdomni. I trzy pokolenia kupionych wyborców całkowicie uzależnionych od dobroczynności władzy – zasiłków, bonów żywnościowych etc. Owa opiekuńczość, pomoc w ogóle tam nie pracują.

Pozbądźmy się też złudzeń co do CSR czyli corporate social responsibility. To nie żadna działalność charytatywna, na co wskazał m.in. Radziwiłł, tylko forma marketingu i promocji, której celem jest na końcu zwiększenie sprzedaży. Prezes firmy, który wzruszy się losem potrzebującego i za pieniądze firmy pomoże nie jest żadnym darczyńcą, czy filantropem. Nawet wtedy, gdy podaruje jeden ze swych stu płaszczy. O dobroczynności możemy mówić w przypadku, gdy sami pracownicy, w swoim wolnym czasie, za swoje własne środki zaangażują się w pomaganie. Przedsiębiorstwo co najwyżej ułatwia w logistyce dobroczynnego przedsięwzięcia. Jednym z pozytywów importowania z Zachodu kultury zarządzania jest właśnie to, iż, czy to z pobudek merkantylnych, czy z potrzeby serca firmy pomagają organizować swym pracownikom niesienie dobra. Mobilizują ich, dostarczają, know how, narzędzia itp.

Prędzej czy później awansujemy w Rankingu Dobroczynności i dogonimy Europę Zachodnią, zwłaszcza, że ta, jak przewiduję, nie będąc w stanie zmierzyć się ze swymi problemami ograniczy swą działalność charytatywną. Do tego by ja doścignąć potrzeba oprócz wymienionych wyżej jeszcze dwóch rzeczy: partnerów po drugiej stronie i czystości intencji. Bogaci filantropii nie mogą zarządzać środkami, które przeznaczają na pomoc. Muszą zajmować się pomnażaniem swego bogactwa, tak by jeszcze więcej dobra móc zdziałać. Potrzebują więc po drugiej stronie instytucji, czy organizacji, które właściwie będą gospodarowały powierzonym im dobrem. Nie ma nic gorszego z punktu widzenia dobroczynności niż zmarnowanie, czy zdefraudowanie środków przeznaczonych potrzebującym.

I kolejna rzecz: czystość intencji. Wpłacanie pieniędzy na nowy samochód dla pechowca, który miał nieszczęście znaleźć się na drodze kolumny BOR i zderzyć z limuzyną premier Szydło, nie jest żadnym szlachetnym, dobroczynnym gestem. Nikt nie słyszał o zrzutkach na samochody innych ofiar, które codziennie w wypadkach tracą swe pojazdy. To był zwykły akt lichej złośliwości wobec PiS. I słusznie został ukarany. Pieniądze na nowy samochód nieszczęśnika zniknęły. Jak się okazało organizator zbiórki nie zadbał o odpowiednie zapisy dotyczące zrzutki i pieniądze ze wspólnego konta zajumała żona, z która się rozwodził.