Państwo i Prawo
Ta nasza wyjątkowość
Mariusz Staniszewski 08.02.2021

Rok od wybuchu pandemii nadal wielu jest przekonanych, że to tylko przypadek, który nie może zmienić naszego wcześniejszego życia.  Jakby zaraza nie mogła być częścią uporządkowanego świata, w którym najważniejsze są komfort i przyjemność.

 

Pojawienie się COVID-19 miało być tylko epizodem. Niewielką przerwą w budowie nowego, lepszego świata, w którym nie dość, że w zapomnienie miały pójść prawa natury, to jeszcze łudziliśmy się, iż będziemy tę naturę dowolnie kształtować. Jakby historia zaczynała się od nas, a wszystko, co było wcześniej, straciło już dawno wartość albo tak bardzo odeszło w zapomnienie, że w zasadzie przestało istnieć lub stało się tylko legendą. 

Za nic mamy choćby doświadczenia z historii. Paweł Jasienica w Ostatniej z rodu pisał tak:

Na wieść o pojawieniu się »powietrza« Kraków zazwyczaj pustoszał. Zamykano sklepy i warsztaty, przestawano nawet wykonywać weksle. Szlachta i bogatsze mieszczaństwo uciekali na wieś, w co bardziej głuche strony. Od moru cierpiało przede wszystkim pospólstwo. Magistrat najmował grabarzy i przybierał ich w czarne opończe z białymi krzyżami. Krążyli ulicami i usuwali zwłoki. 

Oczywiście, że od tamtego czasu minęło ponad pięć wieków. Rozwinęła się nauka, inaczej ocenia się wartość ludzkiego życia, w zupełnie inny sposób rozumiane jest poczucie bezpieczeństwa. W tym wszystkim wyparliśmy z naszego życia śmierć i przemijanie, jakby nie były one nieodłączną częścią naszej rzeczywistości. W konsekwencji, gdy świadomość końca przestaje istnieć w naszej świadomości, znika także pokora. Dla dzisiejszego człowieka pojęcie to jest synonimem zacofania, głupoty i mierności. Pokorni są tylko frajerzy, którzy nie rozumieją, że świat ma spełniać nasze zachcianki. Tyle i tylko tyle. Całą resztę niech sobie wsadzi, gdzie tam chce. 

Jeśli rzeczywistość zaczyna wyglądać inaczej, to tym gorzej dla rzeczywistości. Nowoczesny, postępowy człowiek nie chce jej w takim szarym wydaniu. Ma być kolorowa, jak wcześniej, bo inaczej znajdziemy winnych: rząd, lekarzy, Chińczyków, Gatesa, Trumpa, Unię Europejską, firmy farmaceutyczne. To oni razem lub osobno odpowiadają za to, że nasze życie nagle się zmieniło. Przestało być takie przyjemne i beztroskie.  

Nie myślcie sobie jednak, że kiedyś było inaczej. W XIV wieku wraz z morowym powietrzem w Europie pojawili się słynni biczownicy. Ich celem nie było jednak tylko umartwianie własnego ciała w pokucie za ogólne zgorszenie i powszechną niegodziwość. Znacznie bardziej niebezpiecznym ich obliczem było szukanie winnych zarazy. Czasem były to czarownice, ale częściej Żydzi, którzy mieli celowo zatruwać studnie i nie wiadomo, co jeszcze. Na nic zdawały się apele papieży i biskupów, którzy przekonywali, że Żydzi z chorobami nie mieli nic wspólnego. W pień wycinano całe społeczności starozakonnych, bo ktoś przecież musiał odpowiedzieć za pogarszające się warunki życia.  

Ponad pięćset lat temu król – Jasienica pisze o Zygmuncie Auguście – uciekał do Niepołomic i izolował się nawet od najbardziej możnych ówczesnej Rzeczpospolitej, każąc im przed spotkaniem odbywać dwu-, trzytygodniową kwarantannę. „Pomór odpędzano wtedy dymem. Kto tylko mógł, ten układał przy swej siedzibie i podpalał stosy suchych liści dębu i popiołu. Zarządca wiejskiej rezydencji królewskiej musiał chyba trzymać ich sterty całe – na wszelki wypadek”, gdyż dwór spowity był w wielkiej chmurze. 

Dla współczesnego człowieka to oczywiście dowód ciemnoty i zacofania, bo co dym może mieć wspólnego z zarazą. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, w jakim stopniu ówczesne metody były skuteczne, może podobnie jak puszczanie krwi choremu, ale nie to jest przecież w tej historii najważniejsze. Istotne jest, że robiono to, co uważano za skuteczne. Mimo smrodu i niewygody. Nie obrażano się na świat, bo najważniejsze było zarazę przeżyć. Wszak, gdy morowe powietrze minie, znów może być pięknie i wesoło. 

Współczesny, wspaniały człowiek żył – ba, wielu z nas nadal żyje – w przekonaniu, że wymyślił unikalny świat, a postęp technologiczny zapewni mu nieskończone szczęście. Ból i cierpienie odsuną się hen daleko. Wreszcie, niczym w grze komputerowej, będzie zaliczać kolejne poziomy, a kiedy osiągnie najwyższy, zmieni wystrój oraz zasady i zabawa zacznie się od nowa. 

Co z tego, że w ubiegłym roku zmarło w Polsce o około siedemdziesiąt pięć tysięcy osób więcej niż zwykle. A inni, choć udało im się przeżyć, opowiadają, jak żegnali się już z tym światem. To przecież ciągle nie jest powód, by zrewidować wyobrażenie o tym, jak ma wyglądać nasze życie. Refleksja też jest przecież dla frajerów, którzy tracą czas, zamiast się bawić.

Jeśli czegoś nas ta pandemia uczy, to chyba tylko tego, że zaczynamy dostrzegać zdziecinnienie tego naszego nowego, wspaniałego świata. Mało jest w nim chęci do budowania przyszłości, a sporo prymitywnego hedonizmu, który każe nam się wściekać, że wirus zabrał nam wakacje, huczne imprezy i nie pozwala poszusować po słonecznych, ośnieżonych stokach.