Taki mamy klimat
Jerzy Marek Nowakowski 17.07.2019

Klimat ma w dyplomacji wielkie znaczenie. I wcale nie mam na myśli problemu ocieplenia klimatu. O tym można debatować bez końca. Tym razem chodzi mi o bardzo ulotne zmiany nastawienia elit politycznych do poszczególnych pojęć i zjawisk w świecie wielkiej polityki. Takim pojęciem, które staje się mocno demode, jest samostanowienie narodów.

 

Podczas niedawnej wizyty Donalda Tuska na Kaukazie Południowym Przewodniczący Rady Europejskiej kilka razy wypowiadał się na temat konfliktu w Górskim Karabachu. Mówił oczywiście o nienaruszalności granic (co bardzo ucieszyło Azerbejdżan i Gruzję), mówił o konieczności rozwiązywania konfliktów wyłącznie na drodze negocjacji (to z kolei wybijali Ormianie), ale – w odróżnieniu od wcześniejszej narracji większości polityków Zachodu – ani razu nie wspomniał o prawie narodów do samookreślenia. W publicystyce Armenii to przemilczenie zostało rzecz jasna zauważone i ostro skrytykowane. Ale nie było ono przypadkowe. Świadczy właśnie o zmianie klimatu.

Trwający od stulecia, a od lat trzydziestu mający charakter permanentnej wojny, konflikt pomiędzy Azerami i Ormianami o maleńkie, (ale niezwykle ważne symbolicznie), terytorium Górskiego Karabachu angażuje niemal wszystkie światowe mocarstwa. Do niedawna propagandowo wygrywali go Ormianie. Wszystkie międzynarodowe porozumienia wskazywały na konieczność takiego uregulowania konfliktu, które zagwarantuje prawa zamieszkującej Karabach ludności ormiańskiej. W istocie sprowadzało się to do sugestii by przyszłość Karabachu została rozstrzygnięta w referendum.

Generalnie klimat – przynajmniej w świecie zachodnim – sprzyjał Ormianom, którzy sprawnie zdobywali sympatię dla swojej wizji rozwiązania konfliktu. Przeciwne wiatry zaczęły wiać po rosyjskiej napaści na Gruzję w 2008 roku. Utworzenie marionetkowych parapaństewek w Abchazji i Południowej Osetii w oczywisty sposób wzorowanych na Górskim Karabachu, zostało uznane za nieuprawniony zabór terytorium Gruzji. I zmniejszyło entuzjazm świata dla mechanicznego uznawania prawa małych narodów do secesji czy separacji. Nie usunęło go całkowicie, bo w końcu dopiero w lutym 2008 r. świat zachodni uznał niepodległość Kosowa. Ale rosyjska próba tworzenia parapaństw na Kaukazie stała się sygnałem alarmowym, wskazującym, iż zakwestionowanie zasadny nienaruszalności granic może służyć głównie agresywnym mocarstwom a nie uciśnionym narodom.

Decydujący cios idei samostanowienia zadała jednak rosyjska agresja przeciwko Ukrainie. Zabór Krymu i próba oderwania Donbasu były dzwonkiem alarmowym. Wszelkie próby legalizowania zmian terytorialnych drogą referendum mogą być wykorzystane do uprawomocnienia zaboru Krymu. Takie jest zresztą myślenie dyplomacji rosyjskiej. Kiedy Moskwa w 2016 r. uznała, że Donald Trump jako prezydent Stanów Zjednoczonych będzie bardziej otwarty na rozmowę o legalizacji zaboru Krymu, rosyjska dyplomacja zaczęła brutalnie naciskać na Azerów i Ormian by zawarli porozumienie w kwestii Karabachu, którego fundamentem miało być rozstrzygniecie losów prowincji w drodze referendum. I naciski natychmiast zelżały, kiedy okazało się, iż Amerykanie nie są skłonni do zniesienia sankcji i zgody na przeprowadzenia na Krymie kolejnego referendum.

Ostatecznym ciosem w koncepcję samostanowienia okazał się zaś Brexit. Zapowiedzi odłączenia się Szkocji i Irlandii Północnej w razie twardego Brexitu brzmią co najmniej groźnie. I nikt w Europie nie ma ochoty brać sobie na głowę kolejnego kłopotu o niewyobrażalnych następstwach. Wystarczy, że Hiszpania z ogromnym trudem radzi sobie z separatyzmem Katalonii czy Baskonii.

Przemilczenie Tuska w sprawie Górskiego Karabachu nie było przypadkiem. Taki zrobił nam się klimat. A z drugiej strony warto zauważyć, że zarówno Armenia jak i Azerbejdżan są ofiarami własnej propagandy. Znowu można powiedzieć, takie sobie zmiany klimatu zafundowali i ich problem. Przez całe dziesięciolecia w obu krajach narracja propagandowa była taka, że los terytorium o wielkości dwóch niedużych polskich powiatów, jest absolutnie kluczowy dla przyszłości państw.

Ponieważ niewiele wiemy o problemach Kaukazu Południowego, to warto przypomnieć: w wyniku wojny lat 1992-1994 Armenia zajmuje blisko 20% terytorium Azerbejdżanu. Większa część tego terenu to obszar nazywany przez Ormian „strefą bezpieczeństwa” czyli 7 regionów, do których Ormianie nie roszczą formalnie pretensji. A które mają – przynajmniej w narracji Ormian – ochronić enklawę Górskiego Karabachu przed potencjalnym ostrzałem czy atakiem z Azerbejdżanu. I warunkiem wstępnym jakiegokolwiek rozwiązania pokojowego w sprawie Karabachu ma być zwrot tych terytoriów. Tyle tylko, że przez lata propaganda wmawiała mieszkańcom Armenii, iż są to „odwiecznie ormiańskie ziemie”. Z sukcesem. Na mapach sprzedawanych w Erywaniu ziemie te są przedstawiane jako terytorium Karabachu i nie ma społecznego przyzwolenia na to by w ogóle rozważać ich zwrot Azerbejdżanowi. Samo wspomnienie o takiej możliwości wywróci każdy rząd. Podobnie jak w Baku wspomnienie o tym, że być może warto rozważyć możliwość referendum w kwestii przyszłości Karabachu, bo tam z kolei obywatele karmieni są propagandą, że tylko zagrożenie ze strony Rosji powoduje, iż odwiecznie azerski Erywań, nie został jeszcze przez Azerbejdżan „odzyskany”.

Rzecz jasna sam konflikt najbardziej cieszy Rosjan, którzy jeszcze rękami Stalina wrzucili to jabłko niezgody pomiędzy Azerów i Ormian. A teraz pochylają się z troską nad konfliktem pielęgnując i podgrzewając istniejące spory, sprzedając broń obu stronom sporu, a ostatnio wtrącając się, aby porewolucyjny rząd Armenii skłócić z władzami Karabachu. Oczywiście Moskwa trzyma w kieszeni nabity pistolet aby w razie czego interweniować, co w wypadku eskalacji sporu oznacza śmiertelne zagrożenie dla niepodległości Gruzji, gdyż w razie rozpalenia się wojny, rosyjskie tzw. siły pokojowe będą musiały (obawiam się, że przy aprobacie Zachodu) przemaszerować przez centrum Gruzji.

Wracając zaś do klimatu. Wydaje się, że Armenia ma najgorszą od początku konfliktu atmosferę dla uzyskania koncesji w Karabachu. A jednocześnie czas gra na korzyść Baku, bo różnica potencjałów ekonomicznych Azerbejdżanu i Armenii jest na tyle duża, że z każdym rokiem rośnie przewaga militarna Azerów, którzy w razie destabilizacji regionu (na przykład w wypadku ataku USA na Iran) będą mieli ogromną pokusę zbrojnego rozstrzygnięcia konfliktu. Na dodatek premier Paszynian, który w wyniku aksamitnej rewolucji zdobył władzę w Erywaniu, znajduje się w kleszczach. Putin mu nie ufa, pamiętając, że był on liderem antyrosyjskich środowisk w Armenii, a z drugiej strony tylko Rosja stanowi potencjalny hamulec dla wojennych ambicji Azerbejdżanu. W rezultacie Paszynian musi być uległy wobec Moskwy ograniczając sobie pole manewru we współpracy z Zachodem.

Sienkiewicz kończąc „Ogniem i mieczem” napisał, iż „nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą” mając na myśli Polaków i Ukraińców. Na Kaukazie ta nienawiść zatruła może nie tyle narody pobratymcze ile narody mające wspólny interes jakim jest uniezależnienie się od dawnych hegemonów. Konflikty, propaganda wrogości, wzmacnianie nacjonalistycznych stereotypów sprawiają, iż wszyscy na Południowym Kaukazie przegrywają. Z wyjątkiem sprawnie grającego sąsiada z północy.

Tak swoją drogą, to specjaliści od straszenia zmianą klimatu oznajmili niedawno, że już wkrótce w Warszawie będzie taki klimat jak w Tbilisi. Oby nie polityczny.