Teraźniejszość której nie znamy
Tomasz Wróblewski 02.04.2020

Dolar – im głośniej o śmierci tym staje się silniejszy. Ameryka znowu bankomatem całego świata.

 

Słabością każdej prognozy jest przyszłość, której nie znamy. W czasach pandemii ryzykowna jest nawet teraźniejszość. Tę znamy tylko w szczątkowym wymiarze. Musimy brać poprawkę na to, kto ją relacjonuje i co z tą informacją chce zrobić. Na to wszystko nakłada się przemożna potrzeba ekonomistów, polityków, publicystów do prognozowania. Te też wpływają na nasze poczucie rzeczywistości. Wywołując mniej lub bardziej racjonalne zachowania rynkowe, które natychmiast wywracają wcześniejsze prognozy. Część publicystów sięga po wielkie, utarte schematy przemian geopolitycznych, w które próbuje wpisać rozedrganą rzeczywistość. Od wielkiego krachu w 2008 roku modne stały się koncepcje globalnych przemian spowodowanych upadkiem dolara. Trzeba przyznać, że rząd Stanów Zjednoczonych i sam dolar sporo zrobili, żeby uwiarygodnić taki scenariusz. Bilionowe zadłużenie, ucieczka miejsc pracy, uzależnienie kraju od chińskiego importu, wszystko to aż się prosiło o przesilenie kończące epokę dolara.

Nadeszło przesilenie. Wybuch pandemii i paraliż ekonomiczny połowy świata przyspieszył spekulacje o rychłym upadku amerykańskiej hegemonii zarażonej chorym dolarem. Dolar ma swoje problemy i tym bardziej Ameryka w dobie koronawirusa. Wcześniejsze prognozy nie brały pod uwagę tego jak mechanizmy obronne największych gospodarek świata zmienią środowisko finansowe. James Rickards w książce „Śmierć Pieniądza” porównywał współczesny system finansowy do kasyna, w którym pieniądz jest oderwany od realnej gospodarki a to, co kupuje, nie oddaje wartości towarów na rynku. System według Rickardsa dobiega swoich dni, wystarczy mały wstrząs, żeby rozbić bank.

Wstrząs nastąpił, kasyno jeszcze trwa, ale zmieniły się zasady gry. Krupier ogłosił, że w ruletkę od tej pory wygrywają wszystkie czerwone i wszystkie czarne. Kiedy goście rzucili się do gry, żeby w kasie nie zabrakło dla nich pieniędzy, krupier ogłosił, że kasa nie ma dna i każdy zawsze będzie wygrany. Goście patrzą dookoła po sali i widzą, że wszystkie ruletki przyjęły te same zasady gry. Gorzej, wszystkie ruletki we wszystkich kasynach robią to samo. Trochę zgłupieli, ale na koniec walą do największego kasyna w mieście, wychodząc z założenia, że jak już cały system runie, to pewnie tam najpóźniej. Upojeni szczęściem i alkoholem nie dostrzegają, że duże kasyno podnosi ceny drinków proporcjonalnie do wygranych i zanim ktokolwiek się zorientował, zaczyna wychodzić na swoje.

Ta na pozór absurdalna historyjka oddaje to, co właśnie zdarzyło się na globalnych rynkach i to, co przydarzyło się dolarowi. Na przekór prognozowanej śmierci dolara, Amerykański Bank Rezerw Federalnych stał się bankiem centralnym całego świata.

Banki, korporacje i prywatne osoby, przez ostatnie kilka tygodni na gwałt wyzbywały się swoich aktywów. Zostawali tylko z tymi, które gwarantują łatwą zbywalność. Najbardziej poszukiwana była jednak gotówka, jako jedyna gwarancja stabilizacji wobec niepewności na rynkach pracy i rynkach podaży. Korporacje wychodzą z założenia, że w chwili wybudzenia gospodarki będą potrzebowały ogromnych zasobów finansowych do uruchomienia swojej produkcji, a wcześniej do ocalenia tego co jest krytyczne do przetrwania samej organizacji. W czasach kiedy wszystkie banki centralne zachowują się jak oszalały krupier, inwestorzy muszą zdecydować przy czyim stole usiądą. Będą tacy, którym spodoba się krupierka, inni przyzwyczaili się do swojego miejsca i zostaną przy lokalnej walucie. Większość będzie jednak wyceniała ryzyko i zajmą miejsce w dużym kasynie, które zakładają, że zbankrutuje jako ostatnie.

Od początku marca inwestorzy na całym świecie likwidują aktywa, akcje, obligacje, udziały w niepewnych spółkach i walutach – walczą o dolara. Dopóki Bank Rezerw Federalnych nie zaspokoi wszystkich, szaleństwo się nie skończy. Wszyscy będą kupować dolary. Ameryka zamieniła się w jeden wielki bankomat dla świata, umacniając, a nie osłabiając pozycję dolara. FED robi wszystko, żeby zapewnić płynność pieniądza, o czym ostatnio pisał Bloomberg, w przekonaniu, że od tego zależy stabilność innych rynków finansowych. Waluty innych państw, zwłaszcza słabszych, niebezpiecznie tracą na wartości. To na dłuższą metę mogłoby być pożądane z uwagi na niższe koszty eksportu, ale w chwili deficytu podaży oznacza tyle tylko, że oszczędności potrzebne innym państwom do ratowania się przed pandemią, gwałtownie topnieją. Tak długo, jak będzie rosło zapotrzebowanie na dolara, tak długo inne rynki walutowe pozostaną pod ogromną presją tworząc zagrożenie dla stabilizacji całych regionów świata. Ogłoszona niedawna inicjatywa Szanghajskiej Organizacji Współpracy gdzie Chiny, Indie i Rosja zadeklarowały, że będą od tej pory handlować między sobą wykorzystując własne waluty. Na pozór wielkie wydarzenie, ale ani na chwilę nie zatrzymało marszu dolara. Przeciwnie – odebrane została jako akt desperacji i jeszcze większego uzależnienia. Chiny i Rosja kilkakrotnie próbowały przejść na wymianę wzajemną z użyciem własnych walut, za każdym razem kończyło się to klapą i to w czasach, kiedy zapotrzebowanie na dolara było w normie.

To wszystko, co napisałem nie oznacza, że obecny system walutowy przetrwa. Kasyno tak skonstruowane wcześniej czy później musi paść, jednak prosta wymiana dolara na inny system płatniczy dziś nie wchodzi w grę. I ostatnia moja refleksja na temat prognoz – po latach zwykle okazuje się, że nawet nasze najśmielsze przewidywania nie były dość odważne. A wszystkie schematy były zbyt schematyczne.