Test wyborczy na Białorusi
Marek Budzisz 20.10.2019

Zgodnie z komunikatem opublikowanym przez białoruską centralną komisję wyborczą, w zbliżających się wyborach do izby niższej tamtejszego parlamentu, które odbędą się 17 listopada, wystartuje 558 kandydatów, którzy będą ubiegać się o 110 mandatów. Jest to liczba zbliżona do tego, co działo się w 2016 roku, kiedy o mandat walczyło 520 osób. W tym roku o możliwość kandydowania ubiegało się 703 osoby, łatwo zatem obliczyć, ilu pretendentów władze nie zarejestrowały.

 

Listopadowe wybory na Białorusi, zwłaszcza to na ile poprawi się ich demokratyczny standard, bo przecież w to, że będziemy mieli do czynienia z prawdziwie wolnym głosowaniem nikt nie wierzy, są o tyle istotne, że stanowić będą pierwszy realny sprawdzian intencji białoruskich władz, deklarujących od pewnego czasu wolę zbliżenia z kolektywnym Zachodem. Do tej pory, w tej ostatniej kwestii ścierały się dwa punkty widzenia. Pierwszy, głoszący, że w istocie deklaracje Łukaszenki i jego ministra spraw zagranicznych Uładzimira Makieja, ożywione kontakty dyplomatyczne zarówno ze Stanami Zjednoczonymi jak i zbliżająca się wizyta białoruskiego prezydenta w Austrii, wszystko to jest w istocie zasłoną dymną przez planowanym na początek grudnia podpisaniem umowy o pogłębieniu integracji z Rosją. Celem tej gry miałoby być wytargowanie więcej od Rosji, zwłaszcza w kwestii tego, co białoruska dyplomacja określa mianem „bieżących problemów”, a chodzi w tym wypadku o ceny rosyjskiej ropy naftowej, gazy, rekompensaty za zanieczyszczoną ropę w rurociągu Przyjaźń, odblokowanie rosyjskich kredytów (zadłużenie Białorusi w Rosji to już 7,5 mld dolarów) i generalnie więcej pieniędzy. Pogląd przeciwny, jest w pewnym sensie lustrzanym odbiciem pierwszego, ale głoszącym, że co prawda Białoruś chce wytargować więcej od Moskwy, ale nie za cenę utraty suwerenności. A w związku z tym deklarowany „zwrot” na Zachód jest autentyczną opcją białoruskich elit, które chciałyby równoważyć przewagi Moskwy wpływami Zachodu. Jednak w Mińsku doskonale zdają sobie sprawę, że bez pewnego „poluzowania” kolektywny Zachód nie pójdzie na współpracę, a w związku z tym następuje odwilż. Pierwszym krokiem było osiągnięte porozumienie w sprawie ruchu granicznego, które ułatwia (tańsze wizy) wyjazdy obywatelom Białorusi do państw Unii Europejskiej, ale drugim, znacznie istotniejszym, miałoby być dopuszczenie do białoruskiego parlamentu większej reprezentacji tamtejszych sił opozycyjnych. Oczywiście nie w takim stopniu, że można byłoby mówić o standardzie demokratycznym, ale do tej pory w białoruskim parlamencie zasiadały dwie posłanki mogące uchodzić za przedstawicielki opozycji, więc przestrzeni do poszerzenia obszaru wolności jest sporo.

Co wynika z pierwszych informacji jakie napływają o rejestracji kandydatur wyborczych? W 15 okręgach o mandat będzie walczyło 3 kandydatów, w 23 po czterech, w 29 po pięcioro, w 25 po sześcioro, w 11 siedmioro i ośmioro w 5. W jednym (nr 63) zarejestrowano dziewięcioro kandydujących. Tyle statystyka. Jak przedstawia się udział opozycji w tych wyborach? Według niezależnego portalu Naviny.by przedstawicieli partii i organizacji opozycyjnych nie ma w 26 ze 110 okręgów wyborczych. I tak w obwodzie mińskim takich okręgów jest 6 (z 17), w homelskim 6 (z 17), w witebskim 5 (z 14), brzeskim 3 (z 16), grodzieńskim 2 (z 13), w mohylewskim także 2 (z 13). W mińsku przedstawiciele opozycji zostali zarejestrowani we wszystkich 20 okręgach w których wybierać się będzie deputowanych. W 16 okręgach zarejestrowano po trzech kandydatów opozycji, po dwóch w 31 i po jednym w 35.

Ten zdawałoby się na pierwszy rzut oka optymistyczny obraz nieco zmieniają inne, napływające z Białorusi informacje. Otóż władze nie zarejestrowały kandydatur dwóch dotychczasowych opozycyjnych posłanek – Aleny Anisim oraz Hanny Konopackiej, odmówiono również rejestracji liderowi Ruchu o Wolność Jurijowi Hubarewiczowi. W przypadku posłanek władze zastosowały na Białorusi podobną jak w Rosji technologię, polegającą na kwestionowaniu, pod byle pretekstem, zebranych przez ich komitety podpisów. I tak wystarczyło, aby na liście data wpisana została inną ręką, niż podpis popierającego kandydaturę wyborcy, aby unieważnić jego podpis. Obydwie posłanki zapowiadają zaskarżenie decyzji komisji wyborczej do sądu, ale wydaje się, że bez silnej presji z Zachodu władze nie zmienią swej decyzji. Przede wszystkim dlatego, że jest ona częścią wieloletniej strategii Mińska wobec formacji opozycyjnych polegającej na niedopuszczeniu, aby na tamtejszej scenie politycznej pojawił się jakikolwiek polityk mogący zdobyć szerszą popularność. Po to eliminuje się tych, którzy są w większym stopniu rozpoznawalni, a dopuszcza polityków początkujących, szerzej nieznanych. Huberewicz jest zaś zdania, iż jego kandydatury nie zarejestrowano głównie z tego powodu, że w okręgu nr 107 w Mińsku z którego chciał kandydować o mandat ubiegał się będzie również jeden z liderów pro-prezydenckiej organizacji Biała Ruś Giennadijem Dawydko. Chodziło o to, aby w trakcie przedwyborczych debat nie padały trudne pytania.

Zarejestrowano dwie kandydatury z ruchu Matki 328, kobiet domagających się ukrócenia nadużyć białoruskiego wymiaru sprawiedliwości wobec ich dzieci, które zostały aresztowane pod zarzutami związanymi z narkotykami. Ruch zorganizował w 2018 głośną głodówkę, która zyskała poparcie w wielu ośrodkach Białorusi, zwłaszcza wśród ludzi chcących walczyć z panoszeniem się przedstawicieli tamtejszych służb siłowych.

Białoruscy komentatorzy zwracają również uwagę na to, że zarejestrowany został tylko jeden kandydat z kilkunastu wystawionych przez organizacje uchodzące za „prorosyjskie”. A ponadto, ich zdaniem, władze raczej nie pójdą na znaczący wzrost liczby deputowanych mogących uchodzić za opozycyjnych. Z dwóch powodów. Po pierwsze będą obawiać się, w sytuacji narastających napięć wewnętrznych, związanych z pogarszającą się sytuacją gospodarczą, że grupa posłów opozycyjnych może się powiększyć. W pewnym sensie już doświadczenia z tej kadencji mogą być dla nich ostrzeżeniem – na początku były tylko dwie posłanki głosujące najczęściej przeciw rządowym przedłożeniom, pod koniec liczba przeciwników wzrosła do 9. Może okazać się też, że obecny parlament będzie tym, który kształtował będzie zasady „transferu władzy”, gdyby Łukaszenka np. z powodów zdrowotnych zdecydował się odejść. A w związku z tym kontrola nad izbą niższą (wyższa składa się z nominatów Prezydenta i osób wybieranych przez lokalne władze) może być kluczowym czynnikiem. Wszystko to oznacza, że jeśli białoruskie władze zdecydują się na pewne „poluzowanie” to nie będziemy mieli do czynienia ze zmianą jakościową. Jeżeli w miejsce dwójki opozycyjnych posłanek, teraz przeciwników rządu, reprezentowało będzie np. dziesięcioro posłów, to będziemy mieli do czynienia z istotną zmianą, ale taką, którą władza będzie w stanie akceptować. Jeżeli będzie to liczba większa, to już niemal rewolucja. Niedługo intencje Mińska zostaną zweryfikowane w trakcie wyborów.