Tiger a sprawy polskie
Jerzy Marek Nowakowski 18.04.2019

Właśnie spłonęła katedra Notre Dame. Polskie debaty przedwyborcze zaczynają przypominać tani bazar z przedwyborczymi parówkami. Nauczyciele strajkują. Więc tym razem w ogóle nie będzie o polityce.

 

Gratulacje od dwóch byłych i aktualnego: prezydentów Stanów Zjednoczonych. Entuzjazm dziesiątek  tysięcy kibiców. I powtarzane nieustannie: Tiger is back. Większość światowych mediów tak zatytułowała informacje po najbardziej prestiżowym turnieju golfowym roku czyli Masters. Po 14 latach przerwy puchar podniósł Tiger Woods, najwybitniejszy golfista ostatnich dekad, pięciokrotny zwycięzca tego turnieju. Już w ubiegłym roku, kiedy po obyczajowych skandalach a potem latach spędzonych na kolejnych operacjach i leczeniu kontuzji Tiger wygrywał kończący sezon turniej Tour Championship mówiono, że powrócił. Teraz postawił kropkę nad i.

No dobrze, ale w Polsce, gdzie golf jest – delikatnie mówiąc – mało popularny po co zawracać sobie głowę jakimś Woodsem, mamy swoje gwiazdy: Piątków, Lewandowskich i innych. Ano właśnie po to, by uświadomić sobie, że są inne sporty poza piłką nożną. Pół świata emocjonowało się powrotem Tigera, bowiem golf jest jedną z najpopularniejszych dyscyplin sportowych na świecie.

Nie tylko dlatego, że 43 letni Woods, i jeszcze starsi od niego: Phil Mickelson (49 lat) czy Bernhard Langer (62) grali w tym samym turnieju na poziomie równym graczom mogącym być ich dziećmi czy wręcz wnukami. Dla każdego 40 czy 50-latka taki obrazek jest niezmiernie optymistyczny. Zwłaszcza, że golf uprawiany na poziomie amatorskim jest sportem bardzo mało kontuzjogennym. Trochę wbrew opowieści o nieustannych kontuzjach Tigera można spokojnie polecać grę w golfa dojrzałym paniom i panom. Bynajmniej nie tylko ze względu na pewną elegancję i etykietę obowiązującą w tym sporcie. Skądinąd mam pretensje do Tigera, że nosząc koszulki bez kołnierzyka narusza golfowy dress code.

W golfie, inaczej niż choćby na korcie tenisowym (o boiskach do siatkówki czy futbolu nie wspominając), każdy gracz indywidualnie dawkuje sobie tempo i obciążenia. Rzecz jasna chcąc grać na poziomie zawodowców narażamy się na kontuzje. Ale jeżeli jest to sport traktowany rekreacyjnie, to w zasadzie kontuzja nam nie grozi. Inaczej niż na trasie maratonu albo podczas pojedynku tenisowego.

Niektórzy mówią, że jest to sport nudny. Hmm… Amerykanie twierdzą, że nudny to jest dopiero soccer w Polsce zwany piłką nożną. Każdy, kto spróbował tej gry doskonale wie, że emocje i zmienność sytuacji na polu są jak najbardziej porównywalne ze sportami zespołowymi, a nikt mnie nie przekona, że bieganie po zasmrodzonych ulicach maratonu jest bardziej emocjonujące od gry na kilkudziesięciu hektarach zieleni, gdy każda piłka wymaga doboru odpowiedniej taktyki i właściwego dla niej kija.

A tak na serio, to każdy sport jest nudny jeżeli się go nie uprawia. Zaś golf jest idealną dyscypliną sportową dla dwóch grup wiekowych. Dzieci uczą się zarówno koordynacji wzrokowo – ruchowej jak zasady fair play i – co wobec powszechnego schamienia jest jeszcze ważniejsze – konieczności przestrzegania dość sztywnych zasad zachowania na polu. Z kolei osoby po 40. mogą uprawiać sport bez ryzyka kontuzji, łączący zalety towarzyskie gry w grupie z całkowicie indywidualnym rozliczaniem się z samym sobą.

W wypadku golfa słyszymy najczęściej dwa zarzuty. Pierwszy, że drogo. Tak to prawda wejście na pole kosztuje sporo. Bo sprzęt wcale drogi nie jest. Początkujący golfista może skompletować podstawowe wyposażenia za niewiele więcej niż 1000 złotych. Natomiast tak zwane green fee to wydatek minimum 150 złotych za 18 dołków w dzień powszedni a jeszcze więcej w weekendy. Tyle, że w zamian mamy około 5 godzin solidnego wysiłku i relaksu. No bo drugi zarzut to właśnie stwierdzenie jakie słyszę od wielu osób uprawiających tzw. czynny wypoczynek: „co to za sport, powolne łażenie po trawniku”. Powolne? Niekoniecznie, etykieta golfowa zabrania bezzasadnego opóźniania gry, co sprawia, że spacer zamienia się w szybki i dość forsowny marsz. W sumie jakieś 8 – 10 kilometrów. Do tego dochodzi kilkaset wymachów angażujących prawie wszystkie mięśnie. Bez wątpienia nie jest to triatlon, ale dla kogoś kto spędza cały dzień przy biurku to wysiłek akurat odpowiedni, by sobie nie ponadrywać mięśni.

Powrót Tigera Woodsa, który sprawił dwie dekady temu, że golf stał się sportem masowym, jest dobrą okazją do rozmowy o polskim golfie. Jako społeczeństwo starzejemy się a jednocześnie jesteśmy zamożniejsi i – co ważne – coraz częściej siedzenie przed telewizorem z butelką piwa chcemy zamienić na bardziej aktywny tryb życia. Oferta sportowa jest tymczasem obliczona na ucznia albo wyczynowca. Oglądamy celebrytów biegających maratony. W telewizji. Bo opcja biegania (i trenowania) w smogu i obłokach spalin każdemu rozsądnemu człowiekowi kojarzy się ze wszystkim, tylko nie ze zdrowiem. To samo dotyczy jazdy rowerem, która poza okolicznościami wakacyjnymi grozi śmiercią lub kalectwem. Realnie zostają kluby fitness. Nadzwyczaj niechętnie odwiedzane przez panie z mankamentami (prawdziwymi lub mniemanymi) figury i panów z brzuszkiem.

Golf byłby rewelacyjną ofertą zarówno dla tych, którzy mają ze sportem niewiele wspólnego jak i dla tych, którzy chcą sprawdzić się w rywalizacji a nie zamierzają wylądować u fizjoterapeuty z uszkodzonym biodrem albo łokciem. No i jeszcze chcą rozkoszować się dyskretnym urokiem lekkiego snobizmu. Pod dwoma warunkami – obniżenia kosztów i powszechnej dostępności. Jak uczy ekonomia, warunek pierwszy niemal automatycznie spełnia się, gdy zaistnieje warunek drugi. W Stanach Zjednoczonych golf jest sportem uprawianym przez wszystkich: od prezydentów po studentów. Tyle, że obok klubów, w których członkostwo kosztuje setki tysięcy dolarów, są wszędzie pola publiczne, na których można zagrać za uczniowskie kieszonkowe. Podobnie jest ze sprzętem i nauką gry. Oczywiście pola publiczne są dotowane albo przez firmy, albo przez władze lokalne. Firmy mają z tego realne profity reklamowe (i bonus dla swoich pracowników) a na dodatek uprawianie golfa rzeczywiście sprzyja zdrowiu. Dwie partie golfa tygodniowo dokładnie wypełnieją dość wyśrubowaną normę wysiłku fizycznego, zalecaną przez lekarzy.

Korzystając z prawdopodobnego nawrotu ogólnoświatowej „tigeromanii” warto podyskutować w Polsce o tym, czy nie warto by, zamiast kolejnego centrum handlowego, wybudować w większych miastach publiczne pola i przeprowadzić akcję medialnej promocji golfa. Dla starzejącego się społeczeństwa może to być atrakcyjna oferta czynnego i sensownego spędzania czasu. Dla dzieci zabawa w sport, który nie uczy jak sprytnie faulować tylko jak zachowywać się zgodnie z zasadami czystej gry. A dla okolicznych mieszkańców zastąpienie betonowych płaszczyzn kawałkami zadbanej zieleni.