To już nie jest zabawne
Łukasz Warzecha 12.09.2020

Wiedziałem, że Polską rządzą dziś socjaliści. Ale nie wiedziałem, że rządzą nią komuniści, i to tacy gdzieś z początku lat 50. Właśnie w roku 1950 dokonano w Polsce wymiany pieniędzy i zarazem denominacji. 28 października wymianę ogłoszono, rozpoczynała się ona już dwa dni później, a już 8 listopada stare złotówki traciły ważność. Przy czym lokaty bankowe wymieniano w relacji 3 do 100, a gotówkę – zaledwie 1 do 100. Efektem tego złodziejskiego zabiegu było przekonanie Polaków na dekady, że pieniądze opłaca się chomikować przede wszystkim w obcej walucie, oczywiście nie w bankach (co i tak ze względów prawnych byłoby trudne), bo władzy ludowej może w każdej chwili przyjść do głowy podobny jak w 1950 r. pomysł.

 

Projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt w punktach dotyczących zamknięcia branży futrzarskiej oraz praktycznego zamknięcia branży uboju rytualnego jest – piszę to z pełną odpowiedzialnością – projektem z ducha komunistycznym, stworzonym przez osoby o komunistycznej mentalności. W obu przypadkach branżom daje się rok za likwidację, nie przewidując w związku z tym żadnych odszkodowań. Powtarzam: to są metody, jakimi posługiwali się komuniści.

W poprzednim wpisie przedstawiłem już argumenty przeciwko zakazowi hodowli zwierząt na futra oraz uboju rytualnego. Nie spodziewałem się jednak, że projekt będzie do tego stopnia totalniacki. Mówimy o setkach gospodarstw, tysiącach firm, wliczając kooperantów, tysiącach miejsc pracy, często jedynych w okolicy. Właściciele hodowli funkcjonowali w pełni legalnie, inwestując własne pieniądze i biorąc kredyty. Mają zobowiązania sięgające wielu lat. Zamykanie ich biznesów ustawą w ciągu roku może mieć tylko dwa wyjaśnienia: albo jest to świadectwo całkowitej ignorancji w kwestii realiów rynkowych i finansowych, z której wynika przekonanie, że dowolne przedsięwzięcie można zwinąć w parę miesięcy i zacząć robić coś innego; albo jest to przejaw niebywałej wręcz wrogości i arogancji wobec grupy obywateli, którzy od lat zasilają swoimi podatkami polski budżet, z którego płacone są wynagrodzenia autorom tego projektu. Nie wiem, który wariant jest gorszy. Wiem, że czegoś takiego nie zrobiła dotąd żadna władza w historii III RP.

Ci, którzy sądzą, że ta sprawa ogranicza się do niewielkiej, mało znaczącej branży, nie rozumieją problemu. Jedna jego część to kwestia otwarcia drzwi skrajnie lewicowej ideologii, o czym pisałem poprzednio. Druga część to obraz Polski jako kraju skrajnie niepewnego, gdy idzie o warunki inwestowania. Polska ma problem z inwestycjami, a szaleńczy projekt wygaszenia branży futrzarskiej i ubojowej znacząco je pogłębi – i to niezależnie od tego, jakie ostatecznie będą jego losy (wciąż można mieć nadzieję, że w ostateczności prezydent postawi weto).

Inwestorzy, rozważając ulokowanie swoich pieniędzy w naszej części Europy, widzą zawsze uproszczony obraz. Nie wnikają w detale politycznych zawirowań, jak zakładają niektórzy. Z ich punktu widzenia nie ma to sensu. Patrzą na maksymalnie uproszczony rachunek korzyści i ryzyk. Pod względem generalnych warunków prowadzenia biznesu, Polska pod rządami PiS obsuwa się w rankingach. Czy są one sporządzane rzetelnie czy nie – to nie ma znaczenia. Dla inwestorów są wyznacznikiem. Do tego dochodzi niepokój związany z zawirowaniami w sądownictwie. I znów: nie ma tu wnikania w detale. Ważne jest to, że z sądownictwem jest problem, że politycy zyskali sposoby nacisku na sądy, a postępowania, w szczególności cywilne i w wydziałach gospodarczych sądów, nie zostały w żadnym stopniu usprawnione ani przyspieszone.

PiS miał już na koncie posunięcia sygnalizujące, że traktuje bardzo dowolnie otoczenie prawne, którego stabilność jest dla inwestorów jednym z kluczowych czynników. Była to między innymi ustawa wiatrakowa z 2016 r., która radykalnie zmieniła przeliczniki opłacalności inwestowania w siłownie wiatrowe, podczas gdy działające w Polsce firmy były już zaangażowane finansowo na poprzednich warunkach i według nich kalkulowały opłacalność swoich inwestycji.

Projekt zmiany ustawy o ochronie zwierząt jest pod tym względem znacznie gorszy. Nie zmienia warunków działania biznesów, ale po prostu kasuje dwie świetnie prosperujące branże w absurdalnie krótkim czasie i bez odszkodowania. To jest praktyka z kraju autorytarnego. Dodatkowo uzasadnienie jest właściwie wyłącznie ideologiczne, a jego źródłem są upodobania jednej osoby.

Jak czytają to inwestorzy? Bardzo prosto: żadna branża nie jest bezpieczna. Ideologiczne uzasadnienia mają to do siebie, że są arbitralne i w dużej mierze nieprzewidywalne, a fakt, że wszystko zależy od jednej osoby w państwie zwiększa czynnik nieprzewidywalności. W tej sytuacji inwestor, mając przed sobą mapę regionu, wybierze kraj, gdzie takich uwarunkowań nie ma, a pozostałe są co najmniej tak samo dobre jak w Polsce lub lepsze. Daleko szukać nie trzeba – takimi miejscami są choćby Czechy, ale także Węgry, gdzie Viktor Orbán, deklarując budowę nieliberalnej demokracji, jest zarazem skrajnie pragmatyczny i nie pozwala sobie na takie ideologiczne wariactwa, jakich właśnie jesteśmy świadkami w Polsce. Przeciwnie – by wspomnieć choćby „ustawę niewolniczą” z 2018 r., zmieniającą sposób liczenia nadgodzin, dostosowaną specjalnie pod potrzeby zachodnich koncernów motoryzacyjnych, prowadzących działalność na Węgrzech.

Zatem projekt PiS nie tylko przyniesie straty budżetowi, nie tylko otwiera drzwi radykalnej lewackiej narracji, nie tylko sprawi, że tysiące ludzi wylądują na bruku w momencie gospodarczego tąpnięcia – ale jeszcze sprawi, że inwestycyjny wizerunek Polski oberwie kolejny raz.

Skoro zaś o wizerunku mowa – z rosnącym oszołomieniem czytam coraz bardziej kuriozalne uzasadnienia „piątki dla zwierząt”, płynące z obozu władzy i jego otoczenia. Wypowiedź premiera Morawieckiego z internetowej sesji pytań i odpowiedzi sprzed kilku dni uderzała infantylnością i banalnością wobec konkretnych kosztów zmian i szkód, jakie wyrządzą. Jednak dotychczasowy poziom absurdu przebiła prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, Beata Daszyńska-Muzyczka.

W krótkim tekście opublikowanym na portalu wPolityce.pl pani prezes stawia tezę, że to dzięki likwidacji ferm zwierząt futerkowych polska wieś będzie mogła zarobić dziesiątki miliardów na turystyce (w szczególności, jak dodaje, na „turystyce historycznej”, bo, jak twierdzi autorka tego wywodu, na polskiej wsi jest dużo zabytków). Należy z tego wnioskować, że – zdaniem pani Daszyńskiej-Muzyczki – przyczyną, dla której dotychczas wieś tych miliardów na turystyce nie zarabiała, było istnienie kilkuset ferm zwierząt futerkowych. To teza tak jawnie nonsensowna, że czuję się zwolniony z obowiązku udowadniania tego.

Pani prezes pisze też, że „branża futerkowa nie ma przyszłości”. Można spytać: skoro nie ma przyszłości, to po co likwidować ją ustawą? Dlaczego nie pozwolić działać rynkowi? Tego pani prezes nie wyjaśnia.

Choć może jednak częściowo tak. Stwierdza mianowicie, że Polska ponosi „straty wizerunkowe z tytułu eksportu futer”. To bardzo ciekawa pod wieloma względami teza. Ja o takich stratach wizerunkowych nie słyszałem, a jeśli pani prezes wie o nich coś więcej, to chciałbym się dowiedzieć, jak przeliczają się one na pieniądze. Jaka na przykład liczba zagranicznych turystów zrezygnowała z przyjazdu do naszego kraju z powodu moralnego wzburzenia tym, że produkujemy futra? Ktoś, coś?

Intrygująca jest też nagła wrażliwość osoby z bądź co bądź kręgu władzy (a trzeba tu dodać, że pani prezes niemal całe życie zawodowe pracowała w bankowości, tyle że prywatnej – w BZ WBK) na kwestie wizerunkowe. Jeśli rzekome straty wizerunkowe z powodu funkcjonowania branży futrzarskiej mają nas skłaniać do jej likwidacji, to przemyślmy może inne działania, które przynoszą już nie domniemane, ale niewątpliwe straty wizerunkowe. Na przykład poczynania PiS w kwestii sądownictwa.

Wszystkich moich czytelników chciałbym prosić, żeby spróbowali uświadomić sobie całą złowrogość sytuacji: rządzący, nie zapowiadając tego w swoim programie (ani w 2015, ani w 2019 r.) z zaskoczenia prezentują projekt likwidujący dorobek życia tysięcy osób w ciągu roku. Wszystko to ma źródło w decyzji jednej osoby, niepoddanej jakiejkolwiek kontroli.

To już naprawdę nie jest zabawne.