To się szybko nie skończy
Mariusz Staniszewski 30.03.2020

Fakt, że Trybunał Sprawiedliwości Praw Człowieka uznał, że pytania prejudycjalne polskich sądów w sprawie izby dyscyplinarnej są niedopuszczalne, wcale nie skończy zamieszania. Nie łudźmy się, sprawa wcale nie ucichnie i wróci, gdy koronawirus przestanie być najważniejszym tematem. Żadna ze znaczących europejskich stolic nie zrezygnuje z oręża, jakim jest zarzucanie Polsce łamania niezależności sądownictwa.

 

O tym, że unijne traktaty pozostawiają kwestię sądownictwa w gestii krajów członkowskich wiadomo było od dawna. Już kilka tygodni temu Komisja Europejska powoli zaczęła przyznawać, że powiązanie przyznawania unijnych środków z przestrzeganiem praworządności jest trudne, a nawet niemożliwe. Eksperci prawni z różnych gremiów UE już dawno stwierdzili, że nie da się opracować na tyle jasnych i obiektywnych kryteriów praworządności, które określałyby minimalny poziom, jaki powinien obowiązywać we Wspólnocie. Nie tylko dlatego, że traktaty unijne pozostawiają kwestie sądownictwa jako wewnętrzną sprawę państw członkowskich. Ważniejsze chyba są względy praktyczne. Jeśli mamy do czynienia z różnymi systemami prawnymi, tradycjami, kulturą, zwyczajami, to jak mierzyć, gdzie wymiar sprawiedliwości działa bardziej sprawiedliwie, a gdzie mniej? Pojawił się pomysł, by takim kryterium była liczba niezrealizowanych wyroków TSUE, ale wówczas najbardziej niepraworządnym krajem w UE byłyby Niemcy, a przecież nie o to chodziło.

Niemożność skonstruowania systemu pomiaru, który przypominałby na przykład wyliczanie dopuszczalnego deficytu finansów publicznych, zbiegło się z podejrzliwością coraz szerszej grupy polityków wobec przyznawania instytucjom brukselskim tak potężnych uprawnień. Nawet jeśli nowe prawo miało być skierowane przeciwko konserwatywnym rządom w Polsce i na Węgrzech, to przecież nigdy nie wiadomo, kiedy i wobec kogo może być użyte w przyszłości. To zbyt silna broń, by pozostawić ją bez nadzoru unijnym urzędnikom pokroju Fransa Timmermansa.

Jeśli więc nie wchodzą w grę kryteria prawne, to pozostają polityczne. Te są znacznie łatwiejsze, bo wystarczy, że kilka krajów uzna inny za niepraworządny i sprawa załatwiona. Może to trochę przypominać głosowanie dwóch wilków i owcy w sprawie tego, kto ma zostać zjedzony na obiad. Nawet jeśli będą przestrzegane najdrobniejsze procedury demokratyczne, argumenty owcy nie przekonają głodnych drapieżników. Przypomina to trochę dyskusję polskiego rządu z Komisją Europejską. Argumenty merytoryczne – na przykład porównywanie nowych polskich przepisów z prawem obowiązującym w innych krajach UE – spotykają się z wyrazami niepokoju i zatroskania o przestrzeganie unijnych wartości. Kolejnego pojęcia, które unijna biurokracja stworzyła, by szachować przedstawicieli państw członkowskich.

Stworzenie mechanizmu politycznego jest jeszcze bardziej niebezpieczne dla słabszych państw niż prawnego, bo niepotrzebne są już żadne kryteria. Decydowałaby zwykle polityka wewnętrzna – na przykład niechęć socjalistów z jednego kraju, do konserwatystów z drugiego, albo co gorsza prosta rywalizacja o pieniądze – odebranie środków jednemu krajowi mogłoby pozwolić innemu na zrealizowanie ważnych dla wyborców inwestycji, czyli pomóc w wygraniu wyborów. W efekcie wprowadzenie tego rodzaju prawa doprowadziłoby do jeszcze ostrzejszych konfliktów w UE. Z jednej strony wzmocniłoby to Brukselę, która mogłaby pełnić rolę rozjemcy między zwaśnionymi krajami oraz zyskałaby realne narzędzie do przymuszania bardziej czupurnych członków wspólnoty do zachowań zgodnych z wolą biurokracji. Z drugiej jednak wzmocniłoby siły, które mają dość arogancji brukselskiej administracji oraz jej dążenia do poszerzania władzy.

Na szczęście mechanizm polityczny też wydaje się odchodzić w niepamięć, ponieważ nie ma poparcia większości państw członkowskich.

Teoretycznie powinno to prowadzić do wygaszenia sporu o sądownictwo w Polsce, ponieważ wsparcie ze strony unijnych polityków nie będzie przekładało się na groźbę realnych sankcji. W takiej sytuacji im mocniej będą atakować Polskę, tym dotkliwsza będzie potem ich porażka, jeśli nic nie wywalczą. Ponadto bez nadziei na odsiecz z Brukseli polskiej opozycji zabranie paliwa do kontynuowania sporu na takim poziomie emocji jak obecnie. Debaty w Parlamencie Europejskim na temat praworządności w Polsce przynoszą politykom opozycji więcej szkód niż zysków. Obywatele widzą przecież na własne oczy, jak, atakując własny kraj, zabiegają o poparcie deputowanych z innych krajów. Warto pamiętać, że nie tylko w Polsce istnieje powiedzenie, że brudy pierze się we własnym domu, a w polityce ma to szczególne znaczenie.

Nie oznacza to jednak, że naturalne wyciszanie się sporu wokół sądownictwa w Polsce na arenie UE spowoduje całkowite zniknięcie tematu. Wręcz przeciwnie, będzie on pojawiał się jeszcze przez lata, bo żadna z europejskich – i nie tylko – stolic nie pozbędzie się atutu, jakim może być zarzut o łamanie zasad demokracji. Już samo postawienie tej kwestii na forum międzynarodowym ustawia państwo obwinione w gorszej pozycji negocjacyjnej. Z kolei przywódca obcego państwa troszczący się o stan praworządności w Polsce jakby podkreślał, że jego kraju to nie dotyczy. Że jest na wyższym poziomie rozwoju.

Dlatego na przykład nie mogliśmy się spodziewać niczego dobrego po wizycie pochodzącej z Czech komisarz Very Jourowej. Teoretycznie wspólnota interesów państw Grupy Wyszehradzkiej wskazywałaby, że Jourowa spojrzy na toczący się w Polsce spór z większym dystansem, ale przecież Czechy mają swoje problemy. Wysoki poziom korupcji, niejasne interesy premiera, rosnąca niechęć obywateli tego kraju do UE, nastroje ksenofobiczne, niemal całkowite uzależnienie gospodarcze od Niemiec to problemy, których Czesi nie chcą eksponować na arenie międzynarodowej. Wygodniej stać po stronie tej lepszej, cywilizowanej Europy i piętnować Polskę. Dzięki temu ich własne trudności pozostają wewnętrzną sprawą. Żaden kraj nie jest przecież ich pozbawiony.

W całej tej grze nie chodzi o prawdę. Ona nie ma większego znaczenia. Gdyby było inaczej, Vera Jourova musiałaby przyznać, że w swoim kraju ona jako polityk mianowała sędziów. Ale przecież nie wspomniała o tym, bo trudno wytrącać sobie samemu broń z ręki. Ważna jest sama możliwość ataku, choćby sugestii, że „u was nie wszystko jest w porządku”. Gdy dysponuje się takim jokerem można więcej ugrać. Cenę ma przecież nawet milczenie w tak drażliwej sprawie.

Podnoszenie kwestii praworządności porównać można z przywoływanym co jakiś czas rzekomym zwierzęcym polskim antysemityzmem. Co z tego, że najwięcej Sprawiedliwych to Polacy? Co z tego, że Polskie Państwo Podziemne jako jedyne w okupowanej przez Niemców Europie zorganizowało zinstytucjonalizowaną pomoc Żydom? Co z tego, że wielu Polaków oddało życie, ratując swoich sąsiadów? Co z tego, że szmalcownicy byli uznawani za zdrajców i likwidowani? Co z tego, że to Polacy poinformowali świat o masowych mordach na Żydach? Co z tego, że pogrom kielecki był sowiecką prowokacją? Co z tego, że Polska jest dziś najbardziej przyjaznym dla Żydów krajem europejskim? Co z tego, że antysemickich wystąpień jest w Polsce nieporównanie mniej niż na przykład we Francji czy Niemczech? Co z tego, że jeśli do jakichś antysemickich incydentów dochodzi, to są karane bardzo surowo? Co z tego, że żydowskie szkoły w Polsce działają normalnie, a we Francji muszą być otoczone murem i chronione przez policję? Co z tego, że z wielu europejskich krajów Żydzi dziś uciekają, a z Polski nie? Niewiele. I tak co chwilę Polska musi reagować na absurdalne oskarżenia. Za przykład uporania się z trudną przeszłością stawia się nam Austrię, której obywatele stanowili połowę osób zaangażowanych w ostateczne rozwiązanie. Choć nie było polskiego Adolfa Eichmanna, to mamy brać przykład z jego rodaków.

W rzeczywistości nie chodzi przecież wcale o antysemityzm jako taki, ale możliwość deprecjonowania znaczenia państwa na arenie międzynarodowej. Zarzut o uprzedzenie rasowe wobec Żydów po tragedii holocaustu każdemu państwu odbiera powagę, wiarygodność, swobodę działania. To przekłada się na zdolność kreowania polityki, możliwość zawierania sojuszy czy pozyskiwania inwestorów. Prześladowania rasowe są przecież domeną państw bandyckich, pogrążonych w wewnętrznym kryzysie, pozbawionych moralności lub znajdujących się na drodze do totalitaryzmu.

Czarna legenda jest zwykle silniejsza od faktów, dlatego kwestia rzekomego łamania praworządności w Polsce będzie wracać. Nawet jeśli prasa hiszpańska zdradziła ostatnio, że prezydent Francji Emmanuel Macron pragnie wciągnąć Polskę do „jądra Unii” (cokolwiek by to miało znaczyć), to wcale nie będzie równoznaczne z awansowaniem do ligi państw, w których demokracja jest tak ugruntowana, że kwestionowanie jej jest nie na miejscu. Stanie się tak, gdy do unijnej kasy będziemy wpłacać tyle samo, co Niemcy czy Francuzi.

Na razie Polska jest potrzebna do współpracy, bo jej głosy zyskały na znaczeniu po wyjściu Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty. Jeśli jednak nie będzie spełniać oczekiwań Paryża czy Berlina, kwestia niezależności sądownictwa w Polsce wróci. Przez najbliższe lata każda dyplomacja w talii argumentów wobec Polski będzie miała kartę o nazwie praworządność.