Trump może nie ma serca, ale ma racje
Tomasz Wróblewski 10.10.2019

Trudno się dziwić historycznej wrażliwości Polaków na zdradę sojusznika, czym zresztą tłumaczę tak ostre oceny decyzji Trumpa o wycofaniu wojsk z syryjsko-amerykańskiego pogranicza i skazania Kurdów na mordercze ataki tureckich wojsk. Całego świata nie da się jednak zrozumieć przez pryzmat wyłącznie własnych doświadczeń sprzed 70 lat i dotyczących zupełnie innych państw czy narodów. Z czysto ludzkiego punktu widzenia oburzenie może i jest zasadne, ale ocena polityczna wymaga czegoś więcej i nie powinna sięgać dalej niż tylko wydarzeń ostatniego roku. Wróćmy do decyzji politycznych Waszyngtonu jeszcze z czasów prezydentury Obamy, które antagonizowały jednego z najwierniejszych sojuszników Ameryki i krytycznego dla strategii NATO wobec Rosji. Biały Dom w czasach Obamy praktycznie zerwał z wcześniejszą polityką hołubienia i traktowania Turcji na specjalnych zasadach. Polityki zakładającej wzmacnianie tureckich sił zbrojnych, ich baz przy rosyjskiej granicy i otaczając Ankarę wsparciem w czasach kiedy Francja, Niemcy robiły wszystko co w ich mocy żeby nie wpuścić Turcji do Unii Europejskiej. Obama odsunął Turcję na bok i co najdziwniejsze, wbrew rekomendacjom własnych doradców, nadał specjalny status wojownikom kurdyjskim. Niezależnie od roli jaką kurdyjskie oddziały wyzwoleńcze mogły odegrać w wojnie przeciwko wojskom Asada, YPG blisko współpracowała z Kurdyjską Partia Pracy, której bojownicy całkiem otwarcie prowadzili działania terrorystyczne na ternie Turcji i jeszcze w 2014 roku klasyfikowani byli przez Departament Stanu jako organizacja terrorystyczna. Od 1984 PKK dokonało setki zamachów i napadów zbrojnych na terytorium Turcji zabijając łącznie kilkadziesiąt tysięcy cywili, policjantów i wojskowych. A mimo to, przez cały okres konfliktu w Syrii, Ankara twardo stała przy swoim sojuszniku, przełykając gorzka pigułkę i amerykańskie szkolenia kurdyjskich wojsk przez CIA, jeszcze w czasach Busha. Prawdziwy kryzys wybuchł w 2015 roku po zestrzeleniu rosyjskiego myśliwca przez turecką artylerię. Prezydent Obama potraktował to jak uliczną burdę, wyraził zaniepokojenie, ale nie dał Turcji żadnego specjalnego wsparcia, ani nawet deklaracji o trwałości 5 artykułu. Radźcie sobie sami. Rosnąca presja ze strony Moskwy i osamotnienie Turcji na arenie międzynarodowej, zmusiły Erdogana do pokajania się Putinowi, co Rosja zręcznie wykorzystała do zbliżenia wzajemnych stosunków włącznie z podpisaniem umowy na sprzedaż 400 Iskanderów Turcji. A i ten kontrakt został podpisany dopiero po tym jak opóźniały się kolejne dostawy amerykańskiego sprzętu wojskowego, gdzie Waszyngton powątpiewał w bezpieczeństwo swoich technologii – coś co przez pół wieku Zimnej Wojny nigdy nie było problemem. Trudna do zrozumienia jest też szczególna sympatia Białego Domu dla Fethellaha Gulena, charyzmatycznego przywódcy religijnego, którego wcześniej służby imigracyjne chciały wydalić z Ameryki i nie przedłużały mu wizy wskazując jego dziwne powiązania z osobami stanowiącymi zagrożenie terrorystyczne. Tak naprawdę szkoła, którą prowadził Gulen w Ameryce była przykrywką do najróżniejszych działań, a jego wychowankowie faktycznie znaleźli się wśród osób przygotowujących zamach na demokratycznie wybrany rząd w Turcji. Po zamachu, stanowisko administracji zmieniło się jednak diametralnie, zapewniła Gulenowi opiekę i stały pobyt w US. Jakby tego mało, jeszcze w 2016 roku Obama nakazał nowe szkolenia oddziałów kurdyjskich, które miały wesprzeć amerykańskie wojska w Syrii, odrzucając ofertę rządu w Ankarze, żeby to armia turecka u boku amerykańskich wojsk szybciej i sprawniej zapewniła bezpieczeństwo i opanowała tereny zajęte przez ISIS, co pewnie pozwoliłoby na ocalenie nieporównanie większej liczby cywilnej ludności, spowolnienie masowej migracji i pewnie niedopuszczenie do wejścia wojsk rosyjskich. Trudno powiedzieć co by było gdyby, ale niechęć Obamy do konserwatywnego rządu Erdogana, jego odwołań do religii i tradycyjnych wartości musiała być obca ówczesnej administracji i miała pewnie wpływ na ostateczny dobór sojuszników w Syrii. Tak Ameryka straciła nie tylko jednego z najwierniejszych sojuszników od blisko 70 lat, ale tez gwaranta, że rosyjskie ambicje nie rozleją się dalej na południe i Bliski Wschód. To zresztą zdaje się być w pełni spójne z innymi posunięciami prezydenta Obamy w kwestii tarczy ochronnej w Europie Środkowej, w sprawie Gruzji czy Krymu.

Ten opis może nie czyni z Ameryki bardziej przewidywalnego gracza międzynarodowego, ale wycinkowy osąd jednej decyzji Trumpa jako oderwanej od realiów globalnej sytuacji też niewiele mówi, poza okazją do narzekania jacy to my zaraz będziemy biedni, jak nas też ten Trump zdradzi. Każda okazja dobra, ale z geopolitycznego punktu widzenia, jeżeli uda się ponownie zbliżyć Turcję do Ameryki, to długoterminowe korzyści będą nieporównanie większe dla nas niż strach przed czymś, co może się zdarzyć a niekoniecznie się zdarzy.