Trzeba szybko robić coś konkretnego…
Łukasz Warzecha 18.08.2020

Trzeba szybko robić coś konkretnego,

Bo inaczej wywloką stąd każdego – śpiewał Kazik w „Lewym czerwcowym”. To, zdaje się, uniwersalna dewiza każdej władzy w Polsce. Dodać by jeszcze można, że nieważne, co, byle coś robić.

Tak, wiem, to już nudne. Ileż można pisać o tym, jak politycy planują zmieniać rzeczywistość ustawami i jak mały ma to sens? Lecz cóż – taka praca. Może trochę syzyfowa, zgoda.

Oto Ministerstwo Sprawiedliwości stworzyło projekt regulacji dotyczących urządzeń transportu osobistego (UTO), czyli przede wszystkim hulajnóg elektrycznych (ale nie tylko, bo są przecież także np. elektryczne deskorolki czy jednokołowce typu Segway Ninebot, działające na zasadzie żyroskopowej). Wśród przepisów znalazł się taki, że na chodniku UTO może poruszać się z prędkością nie większą niż 8 km na godzinę, zaś za przekroczenie prędkości ma grozić grzywna – czyli, zgodnie z kodeksem wykroczeń, do 5 tys. złotych. W tym jednym przepisie kilkakrotnie przekroczono granice absurdu.

Po pierwsze – już na pierwszy rzut oka widać, że to przepis całkowicie nieegzekwowalny. Pomijając fakt, że przy 8 km/h może być trudno utrzymać na urządzeniu równowagę (to tylko odrobinę szybciej niż idzie przeciętny piechur, który zwykle osiąga ok. 5 km na godz.), powstaje pytanie, jak mianowicie miano by to ograniczenie egzekwować. Takiej prędkości nie zmierzy żaden radar, zresztą ich instalowanie na chodnikach byłoby kosztownym nonsensem. Zatem jak ewentualnie policja albo straż miejska ma oceniać, czy użytkownik jedzie 8 czy 10 km na godzinę? A przypomnę, że konsekwencje mogą być niebagatelne – 5 tys. zł to nie w kij dmuchał. Skoro tak, to należałoby oczekiwać, że używane będą odpowiednio precyzyjne urządzenia pomiarowe, tak aby nie było wątpliwości, że przepis faktycznie został złamany.

Przypominam też, że UTO – podobnie zresztą jak rowery – nie muszą być wyposażone w prędkościomierz. Jak w takim razie miałby swoją prędkość oceniać użytkownik, by utrzymać się w limicie? Nie wiadomo.

Po drugie – zwolennicy kształtowania rzeczywistości za pomocą ustaw natychmiast stwierdzili, że można przecież zainstalować na hulajnogach ograniczniki prędkości. Otóż nie – nie można, bo ograniczenie ma obowiązywać jedynie na chodniku. Zresztą takie ograniczniki teoretycznie już w hulajnogach sprzedawanych w UE są, ustawione na wyższą prędkość, tyle że wystarczy podstawowa wiedza o oprogramowaniu, żeby je usunąć.

Można, rzecz jasna, zacząć kombinować z systemami sprzężonymi z GPS – o ile GPS jest w ogóle w stanie wychwycić różnicę rzędu metra czy dwóch w zależności od tego, czy jedziemy po chodniku czy jezdni lub DDR – ale w tym momencie skórka przestaje być warta wyprawki. Tego typu system byłby bowiem na tyle skomplikowany i przez to kosztowny, że ceny hulajnóg musiałby natychmiast skoczyć. (Ten efekt znamy z motoryzacji – wprowadzenie kolejnych obowiązkowych systemów czynnego bezpieczeństwa przełożyło się w ostatnich latach na już przynajmniej kilkunastoprocentowy wzrost cen niektórych modeli.) A co z masowo kupowanymi hulajnogami z Chin?

Po trzecie – trudno pojąć, dlaczego restrykcje mają uderzyć akurat w posiadaczy UTO, ale już nie w rowerzystów, panoszących się w polskich miastach jak święte krowy. W czym ci pierwsi, których jest zresztą mniej, są gorsi od tych drugich? Dlaczego za jazdę z prędkością 15 km na godz. po chodniku jadącemu na UTO ma grozić do 5 tys. zł grzywny, a rowerzyście pędzącemu między pieszymi 25 km na godz. nie grozi nic?

Trudno to pojąć. Wiadomo natomiast, że UTO są solą w oku aktywistów miejskich, którzy wzięli je na cel od momentu ich upowszechnienia. To z kolei ma przyczyny całkowicie ideologiczne. Aktywiści są zafiksowani na punkcie rowerów, które uznają za jedyny prawomyślny środek indywidualnego transportu, podczas gdy zelektryfikowane UTO w nieakceptowalny z ich punktu widzenia sposób demokratyzują indywidualny transport. Na elektryczną hulajnogę może wsiąść i wygodnie jechać nią każdy – od wysportowanego 20-latka, przez brzuchatego biznesmena w garniturze po starszą panią. Na rowerze już nie. Aktywiści cierpią, bo UTO zajmują „ich” rowerową przestrzeń. Pod pretekstem zagrożenia, jakie ich użytkownicy mają stwarzać dla pieszych, chcą wykasować je z przestrzeni publicznej, ignorując zarazem całkowite rozbestwienie rowerzystów, pod których lewicowi prezydenci miast dostosowują miejską infrastrukturę.

Czy zatem problemu z UTO nie ma? Owszem, jest – identyczny jak z rowerzystami i tak samo należałoby potraktować oba te środki transportu. Zasada pierwszeństwa pieszych na chodniku, zawarta w nowym projekcie, jest słuszna i tu trudno się przyczepić. Zamiast jednak tworzyć kompletnie nierealistyczne i nieegzekwowalne regulacje, MS powinno skupić się na mechanizmie egzekwowania odpowiedzialności. Potrącenie pieszego na chodniku, w zależności oczywiście od skutków i okoliczności, powinno być karane surowiej niż dotąd – ale identycznie surowo w przypadku rowerzysty, użytkownika hulajnogi, rolek, deskorolki (obojętnie – elektrycznej czy tradycyjnej) czy jednokołowca. Blankietowe ograniczenia są nonsensem, szczególnie że czym innym jest jazda z prędkością, dajmy na to, 20 km na godz. chodnikiem pełnym ludzi w centrum miasta w godzinach szczytu, a czym innym chodnikiem całkowicie pustym późnym wieczorem.

Dla porządku przypomnę, jaki zwykle jest los przepisów takich jak te przedstawione w projekcie MS. Jeśli wchodzą w życie, są przez 90 proc. czasu martwe. Gdy jednak ta czy inna służba musi się pokazać albo nadrobić zaległości w statystykach mandatowych, rusza dzielnie w teren i zaczyna się łapanka na pechowców. Przy czym w tym konkretnym przypadku można spokojnie założyć, że żaden mandat nie ostoi się w sądzie, ponieważ sądy wielokrotnie już podważały wskazania teoretycznie wystarczająco precyzyjnych policyjnych urządzeń pomiarowych określających prędkość samochodów. Tutaj zaś musielibyśmy mieć do czynienia z pomiarem „na oko”, który nie ma żadnej wartości.

Podejrzewam zresztą, że decydenci z MS doskonale to wiedzą. Dlaczego w takim razie stworzyli tak absurdalną regulację? Bo i tutaj zawsze działa kolejna stała zasada: gdy pojawia się problem, politycy dochodzą do wniosku, że „trzeba coś zrobić”. Nieważne, co, byle wyglądało, że działamy i zaradzamy bolączce męczącej lud prosty. A że działamy bez sensu, bez pomyślunku i bez analizy – to już nie nasz problem. Malkontentów się wskaże jako mącicieli, przepis się uchwali, robotę odwali, a że skutki będą zerowe albo wręcz ujemne? A kto by się tym przejmował.